Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty


To już niedługo: 8 marca - Dzień Kobiet. Z tej okazji przedstawiam Wam 12 moich ulubionych piosenek o (mniej lub bardziej pięknej) miłości w wykonaniu kobiet. Bo czym bez tej miłości byłoby nasze życie? I czym byłoby bez naszej płci? Kolejność jest tutaj przypadkowa, bo nie mogę wybrać zwycięskiego kawałka. Każdy z nich jest cudowny na swój sposób!
Wszystkim kobietom, które czytają ten post życzę wszystkiego dobrego, niech Wam się powodzi w życiu i żebyście miały kogo kochać!

12 PIOSENEK O MIŁOŚCI SPECJALNIE NA DZIEŃ KOBIET

Ellie Goulding - How Long Will I Love You
Przy tej piosence przez długi czas najlepiej pisało mi się kiedyś posty na bloga. Piękna kobieta ze świetnym głosem i naprawdę szkoda, że tak rzadko można ją usłyszeć w wolniejszych piosenkach. Radzi sobie z nimi perfekcyjnie!



RBD - No pares
Tą piosenką cofnijmy się do czasów gimnazjum i mojego nastoletniego buntu, który przeżywałam razem z bohaterami mojego ulubionego serialu w tamtych czasach. Nie wiem, czy znajdą się tutaj osoby pamiętające "Zbuntowanych", młodsze ode mnie panie pewnie nawet nie wiedzą o jego istnieniu, a szkoda, był naprawdę fajny. Co prawda teraz już mam inne spojrzenie na świat i nie zgadzam się z wieloma rzeczami, które tam serwowano, ale w końcu nie dla ludzi w moim aktualnym wieku była to produkcja.
W każdym razie zespół utworzony na potrzeby serialu koncertował i działał w rzeczywistym świecie, a ta piosenka po dziś dzień jest jedną z moich ulubionych.



Adele - When We Where Young
Duża przemiana zewnętrzna Adele (z szarej myszki do prawdziwej gwiazdy) kompletnie nie zmieniła jej sposobu na przekazywanie pięknych i bolesnych przeżyć poprzez piosenki. To jedna z niewielu artystek, których praktycznie każdy utwór chwyta za serce. I to jest naprawdę świetne uczucie. I piękne słowa zapisane w muzyce.



Beyonce - Sandcastles
Mój chłopak się ze mnie nabija, bo lubię Beyonce, ale nic na to nie poradzę. Lubię sobie jej posłuchać. Tym bardziej w tych łagodnych, pełnych emocji kawałkach, w której jej głos nabiera jeszcze większej mocy. Fajna jest ta piosenka i jeszcze fajniejsza płyta.



Selena Gomez - The Heart Wants What It Wants
Swego czasu katowałam ten utwór jak szalona. I chociaż nie przepadam za piosenkami Seleny, ba, nie uważam, żeby była ona dobrą wokalistką, tak ten utwór przypadł mi bardzo do gustu. Do tego wszystkiego dochodzi ten teledysk, smutny tekst na samym początku i ten klimat, którego nie umiem opisać, ale za to pewnie większość z Was będzie wiedziała, o co mi chodzi.
 


Ariana Grande - Moonlight
Płyta? Bardzo obojętna, ale ta jedna piosenka wygrała wszystko. I do tego ten tekst: "When he’s holding me tight and he calls me Moonlight too". Ładne to i tyle. Więcej chyba nie mam co na temat tej piosenki mówić.



Beyonce - Broken Hearted Girl
Stara piosenka, ale czasami lubię sobie do niej wracać. Jakieś bardziej kiczowate to było kiedyś, ale teraz? No piękny kawałek o złamanym sercu, a która z nas tego nie przeżyła?
 


Margaret - Byle jak
O, i to jest dla mnie zaskoczenie, bo przymierzając się do tego posta, nie sądziłam, że znajdą się tutaj polskie akcenty. Najzwyczajniej w świecie jakoś mniej lubię polskie kawałki. Znam jednak wartość Margaret, która robi kawał dobrej roboty. Coś zupełnie innego, niż tworzą polscy artyści. A jeśli do tego śpiewa wolno i po polsku to mnie kradnie całkowicie. Gdy usłyszałam tę piosenkę w radiu, to wiedziałam, że będzie musiała się tutaj pojawić. Piękna jest!



Jess Gllyne - Take Me Home
Już chyba kiedyś wrzucałam na bloga linka do tego kawałka, ale muszę jeszcze raz. Jak to jest fajnie zaśpiewane! Melancholia od razu się u mnie załącza i tak sobie przy tej piosence myślę o miłych rzeczach, które mnie w życiu spotkały.
 


Miley Cyrus - When I Look At You
Miley można kochać lub nienawidzić. Dla mnie to po prostu fajna osoba, która swego czasu trochę za bardzo zbłądziła. I chociaż nie jestem jakąś wielką fanką jej muzyki, tak z tym tytułem polubiłam się, gdy tylko pojawił się w internecie. Poza tym polecam film "Ostatnia piosenka" na podstawie książki Sparksa z piosenkarką w roli głównej. Płakałam przy nim jak głupia.



Tori Kelly - Dear No One
Rzadko znajduje coś nowego w internecie, nowych wykonawców, nowe piosenki. Ostatnio jeśli słucham nowe kawałki to w radiu. Albo jest to rap. Tori udało mi się jednak kiedyś odnaleźć i nie żałuję długich godzin spędzonych przy jej muzyce. Poza tym, aż zazdroszczę tych włosów!



Adele - Someone Like You
Tak, tak, znowu Adele. Nie mogłam sobie darować, bo ten kawałek jest równie dobry co ten wrzucony wcześniej. Ma kobieta głos. Petarda!



Jeśli macie jakieś fajne piosenki w tym klimacie, to ja bardzo chętnie przesłucham:)

Minął rok odkąd się poznaliśmy, a już niedługo minie rok odkąd jesteśmy razem. I chociaż - jak sam zauważyłeś - trudno tutaj o konkretną datę, to i tak czekam na ten moment z niecierpliwością. Pewnie łatwiej byłoby, gdyby ktoś kogoś zapytał, czy chciałby świętować razem z nim kolejne wspólne tygodnie, miesiące i lata. Prościej byłoby ustalić, jaki dzień był tym pierwszym, kiedy wiadomo było, że tutaj, w tej chwili zaczęliśmy. Wyszło nam jednak coś innego, naturalną ścieżką poszliśmy w swoją stronę i cieszę się, że Cię do tego ciągnęłam.

Myślę, że w końcu znajdziemy sobie ten jeden dzień, kiedy to wszystko nam się zaczęło albo chociaż pójdziemy na kompromis i stwierdzimy, że tak, to jest ta chwila, ale póki co, mamy co mamy. Co nie znaczy, że nie możemy jakoś tego uczcić. Któregoś dnia, niedługo.



KOCHAM - O TYM, CO NAJWAŻNIEJSZE W ŻYCIU

Mija nam rok kochanie, a ja ciągle uśmiecham się na wspomnienie tego, jak - niczym kozica - skakałeś po bieszczadzkich górach, a ja w tym czasie miałam wrażenie, że zaraz wyzionę ducha. Lubię sobie wspominać, jak pierwszy raz podałeś mi rękę. Po to, aby pomóc mi wspiąć się na stroną górę. Potem podawałeś mi ją częściej, nie tylko po to, żeby pomóc mi wejść na szczyty, ale także, żebym mogła spokojnie zejść z górki. Podawałeś mi tę rękę, bo bez Twojego oparcia mogłabym równie dobrze zjechać z tej góry na tyłku albo skręcić kostkę… Ale wiesz co jest w tym najlepsze? To, że byłeś dla mnie oparciem już od samego początku, nawet wtedy, gdy jeszcze nie byliśmy razem, i wciąż mnie wspierasz. Nie tylko trzymasz za rękę i pilnujesz, żebym nie upadła, ale także dotrzymujesz mi kroku, gdy potrzebuję Twojego wsparcia, bo mam ciężki dzień, bo się stresuję, bo zdaję sobie sprawę, że czeka mnie mnóstwo pracy. Czy wtedy, gdy troszczysz się o to, żebym coś zjadła, czy żebym sobie coś kupiła, bo doskonale wiesz, jak bardzo na sobie oszczędzam. Czy choćby wtedy, gdy przytulasz się do mnie, bo jest mi strasznie zimno, a z Tobą u boku mogę znaleźć nie tylko ciepło, ale i schronienie przed wszystkim, co mnie czeka.
Nie wiem jak Ty, ale ja bardzo lubię przebudzić się w nocy lub nam ranem i patrzeć, jak uroczo śpisz, jak spokojnie oddychasz i jak blisko jesteś. Lubię skraść pocałunek w policzek, w ramię, czy to miejsce na plecach, gdzie między łopatkami wykwita kręgosłup. A potem lubię przytulić się jeszcze bardziej, objąć mocno i zasypiać ze świadomością, że mam obok Ciebie, czyli wszystko to, co najważniejsze w życiu. Lubię też momenty, gdy zdrętwiała dziwną, senną pozycją, przekręcam się tyłem do Ciebie i słyszę jak Ty również zmieniasz pozycję, przysuwasz się bliżej, wsuwasz rękę pod moją i obejmujesz.
Wiesz kochanie, to zawsze sprawia, że cieszę się i zasypiam w poczuciu, że jestem całym Twoim światem, który tulisz do piersi i nikomu, nigdy nie oddasz.
Uwielbiam, gdy mówisz, że mnie kochasz. Że bardzo, najbardziej, że jestem Twoja. I to jak świecą się Twoje oczy, gdy mówisz, że lubisz, gdy się wtedy uśmiechem. To, jak kąciki ust podskakują Ci do góry, a te Twoje brązowe tęczówki są jeszcze piękniejsze niż normalnie. Wiesz, te Twoje oczy polubiłam od razu. Ale przyznaję, że nie było trudno polubić i Ciebie, zaufać i pokochać. Wbrew temu co mówisz, masz w sobie wiele ciepła i miłości, które dajesz mi każdego dnia. Choćby wtedy, gdy przytulasz, ot tak, bez uprzedzenia, bo czujesz taką potrzebę albo chcesz mnie zaskoczyć. Albo w momencie, gdy budzisz się, otwierasz oczy i przygarniasz mnie jeszcze bliżej, mówiąc te piękne słowa, które zawsze sprawiają, że robi mi się lepiej i dzień staje się jeszcze fajniejszy. Są jeszcze chwile, gdy całujesz, mimowolnie, przelotnie i uciekasz robić dalej to, co robiłeś przed momentem. A ja tylko czekam, aż złapię Cię znowu i tym razem na pewno tak szybko nie puszczę.
Sam dobrze wiesz, że różnimy się w wielu poglądach, różne rzeczy lubimy i robimy. Ba, sam kiedyś stwierdziłeś, że nawet zupy nas dzielą, bo nie zgadzamy się co do tego, która z nich jest najlepsza. Ale powiem Ci misiu, że chyba nie o to chodzi w byciu razem, żeby mieć takie same zachcianki, ulubione smaki czy takie same pasje. W miłości chyba chodzi o to, żeby znaleźć złoty środek między tym, co lubisz Ty, a tym, co lubię ja. I żeby wspierać się nawzajem w tym, co chcemy robić, dopingować, pomagać i trzymać kciuki, żeby się udało. Chodzi też o  pielęgnowanie i pogłębianie tych wszystkich rzeczy, choćby było ich niewiele, które oboje darzymy sympatią. Tak sobie czasami myślę, że dobrze się wypełniamy. W końcu Ty mi zawsze pomożesz ze sprawami technicznymi, a ja Tobie mogę pomagać z tym wszystkim, co wymaga pisania. I tak, nawet jakbym Ci miała pomóc za te kilka lat napisać Twoją pracę dyplomową, to wiedz, że możesz na mnie liczyć. Co jak co, ale myśli w słowa, chyba ładnie potrafię ubrać.
Mam Cię od roku, trochę już za nami, ale jeszcze więcej na nas dopiero czeka. Zastanawiałeś się, ostatnio, jak to możliwe, że to już rok, że tak szybko minęło, że tyle ze mną siedzisz. Mogę Ci powiedzieć, że mi też szybko minęło tych dwanaście miesięcy, ale też to, że dobrze mi z Tobą i każdego dnia przekonuję się, że może być jeszcze lepiej. I że jestem w najlepszym miejscu na świecie, że znalazłam szczęście, wsparcie, że czuję, że z Tobą mogę przenosić te przysłowiowe góry i wyczekiwać na to, co jeszcze nam los przyniesie. I koniecznie muszę napisać, że kocham. Mocno. I każdego dnia jeszcze bardziej. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. A to daje mi nadzieję na to, że będzie nam razem dobrze przez kolejny rok i następne lata.

PS. Wiem, że kochasz i wiesz, jak bardzo lubię słodycze i dzisiaj jest ten dzień, kiedy naprawdę zjadłabym coś dobrego. Nie żebym coś insynuowała, tak tylko piszę, misiaku…

PHOTO: pexels.com




 Napisałam licencjat! No dobra, prawie go napisałam, troszkę jeszcze zostało do poprawy, ale najgorsze za mną. Najwyższa pora tutaj wrócić. Na tego mojego bloga. Do Was. Wrócić w takim stylu, bo mam nadzieję, że tego teraz będzie więcej.

PISZĘ: KOCHAM, TĘSKNIĘ, NIEDŁUGO WRACAM

Autobus gwałtownie hamuje, zatrzymując się na czerwonym świetle. Ktoś przeklął. Ktoś inny kogoś szturchnął, potrącił, przeprosił. Spojrzał w cudze oczy, by w końcu wrócić do swojej strefy komfortu. Telefon w ręce, wzrok utkwiony w wielkich billboardach, usta zaciśnięte w wąską linie. Autobus znowu rusza... Torby podrygują na każdym dołku, zakręcie, przy manewrze wymijania…
Przystanek: wychodzą, potykają się, zderzają ramionami w ciasnych drzwiach, nie mogąc zdecydować się – przepuścić czy najpierw wyjść? Oczami badają chodniki, uciekają wzrokiem, ukrywają swoje wnętrza. A ja myślę o nim… O jego brązowych oczach, które zaglądają w każde zakamarki. Wypełniają się miłością, radością i uśmiechem. Myślę o oczach, które szukają odpowiedzi, reakcji, pozwolenia. Szukają moich oczu, z którymi mogłyby toczyć szczęśliwe potyczki, kradnąc z nich dumę, uwielbienie i oddanie. Te oczy potrafią wykryć każdą wątpliwość, każdy strach, ból czy zmęczenie. Działają kojąco. Pozwalają wierzyć, że martwię się zupełnie niepotrzebnie, że pora odpuścić, że nie ma się czym stresować. Że są dla mnie.
Myślę o tym, że dawno już ich nie widziałam. Że nie widziałam jego. Kilka dni: w pracy, na uczelni, w bibliotece, bez niego. Minuty zamieniające się w godziny, dni mijające jak tygodnie. Odliczanie do spotkania, pocałunku, do wtulenia się w jego ramiona, w których każdy problem przestaje mieć znaczenie. Do słuchania jego bijącego serca, wygrywającego najładniejsze melodie… Czas biegnie strasznie wolno, gdy ja zmierzam do niego. Gdy jestem, gdzieś tam - w środku Warszawy, w wirze zajęć, ferworze zadań, kakofonii dźwięków, wśród problemów, piętrzących się nad głową. Gdy po raz kolejny wsiadam do autobusu, który zatrzymuje się na następnym przystanku, tym samym co wczoraj, przedwczoraj i jutro. Tłum obojętności otacza mnie z każdej strony. Przytłacza, denerwuje, porywa w objęcia marazmu i sprawia, że jeszcze bardziej chce uciec. Wrócić, zobaczyć, przytulić…
Wielkie budynki, miasto betonu, szara codzienność, która uderza każdego dnia i czasami potrafi przytłoczyć. Miejsce, które bez niego wydaje się smutne, pozbawione szczęścia, humoru. Miasto, w którym ludzie zatracają siebie, swoje pasje, poczucie, że nie są sami na świecie. Kolejne skrzyżowanie, hamulec, gaz, hamulec. Korek. I wspomnienie tego, do czego chcę wrócić: jego uśmiechu, ponieważ potrafi poprawić nawet najbardziej popsuty nastrój. Śmiechu, który rozśmiesza do łez; sposobów na to, żeby się ze mną podroczyć i uroczego spojrzenia, gdy do końca nie wie, czy nie przesadził.
Chciałabym wyjść na następnym przystanku, złapać pierwszy lepszy tramwaj do Centrum, a potem wrócić do domu. Do niego. Żeby móc wtulić się w jego szyje, pozwolić, żeby nosił mnie na rękach, krzyczeć, żeby puścił i bawić się tak, jakbym miała szesnaście lat. Żeby móc poczuć, że życie to nie tylko zmartwienia i że mam jego i jestem w najlepszym miejscu na świecie. Z osobą, która kocha, potrzebuje, opiekuje się i zrobi wszystko, aby było lepiej.
Wyjmuję telefon: piszę, że kocham. Że tęsknię. Że brakuje mi go teraz, tutaj obok. Że potrzebuję, aby przytulił i przekonał, że będzie dobrze, że jeszcze chwila stresu, pracy, a potem już będzie z górki. I że będę miała jego na wyciągniecie ręki i będę mogła usiąść na kolanach, objąć i zapomnieć o całym bożym świecie. Tęsknię. Chociaż widziałam go dwa dni temu i wiem, że zobaczę go niedługo. Tęsknię, bo kocham, bo mi zależy, bo jest najcudowniejszy na świecie i bez niego trudno wytrzymać w tym wielkim mieście. Gdziekolwiek, gdzie nie mam jego obok. Jest kochany, potrafi pocieszyć, poprawić humor, sprawić, że stres opuszcza chociaż na kilka chwil. Jest mój. A ja chciałabym wrócić.
Autobus dojeżdża do kolejnego przystanku. Wstaję, wysiadam, oto mój cel podróży. Taki daleki od tego, który naprawdę sobie obrałam. Jeszcze chwila, kilka dni. W końcu będzie obok. Cały mój, cały dla mnie. A ja będę dla niego.


 PHOTO: www.pexels.com



Też nie lubisz dzielić się opłatkiem, latać do wszystkich i słuchać tego samego co roku ględzenia od ludzi, których a) nie lubisz b) nie znasz c) przez cały rok nic nie obchodzisz? Może – jak ja – masz dosyć słuchania takich samych życzeń (w święta, urodziny, imieniny, dzień skończenia szkoły czy zdania prawka) od wszystkich dookoła? Życzeń, które tak naprawdę są anonimowe i można je złożyć każdemu? A może masz ochotę wyróżnić się z tłumu i sprawić, że Twoje życzenia nie będą oklepane, tylko wyjątkowe, magiczne i zapadające w pamięć? Spokojnie, dzisiaj Cię tego wszystkiego nauczę.
            Trzy proste rady na sam początek: dowiedz się czegoś fajnego o drugiej osobie (co lubi, co robi, jak żyje albo jak spędza wolny czas); bądź szczery i wreszcie: pamiętaj, że kluczem do sukcesu są emocje. Niżej przykładowe życzenia, bierzcie i czerpcie z nich wszyscy. A Ty Daniel wiedz, że to wszystko dla Ciebie.

JAK SKŁADAĆ WYJĄTKOWE ŻYCZENIA, KTÓRE ZOSTANĄ ZAPAMIĘTANE?

            Wiesz, że to już ponad cztery miesiące? Chociaż ciężko o konkretną datę, tak jakoś po prostu wyszło... Może ostatni dzień w górach? Wtedy już nie mogłeś się z tego wykaraskać, bo nie dałabym Ci ku możliwości, taka jestem niedobra. Cztery miesiące! Żeby mi tak uciekały godziny w pracy jak te spędzone z Tobą! I żebym miała w niej tak samo wesoło i przyjemnie jak mam wtedy, gdy jesteś obok.
            Może i faktycznie czteromiesięczny związek nie jest najdłuższym na świecie, ale wiem, że jestem z osobą, której dałabym wszystko, co tylko chciałaby dostać i której marzenia spełniałoby się z równie wielkim uśmiechem na twarzy, co swoje własne. I może przede mną jeszcze wiele rzeczy do odkrycia, ale możesz mi wierzyć, że niespodzianki, które mnie czekają (nawet te niezbyt miłe) będą przeprawą prowadzącą do czegoś dobrego. Taką mam nadzieję i życzę Ci, żeby odkrywanie mnie, było dla Ciebie równie przyjemne, co dla mnie jest uczenie się Ciebie.
            Nie lubię składać życzeń ludziom, którym nie mam nic do powiedzenia, ale dla Ciebie trochę tego trzymam w zanadrzu. Więc – przede wszystkim – życzę Ci zdrowia. Oby serce w tym roku dokuczało znacznie rzadziej i żebyś nie łapał żadnych katarów, kaszlów czy okresu. Obyś omijał szpitale, ostre noże i cukinie, bo oglądanie Twojego palca w szwach nie jest czymś, na co chciałabym patrzeć o poranku. Żeby starczyło Ci siły na podniesienie 200 kg na przysiad (te 200 kg to prawie jak ja po świętach, więc mógłbyś mnie nosić na rękach, nie żeby coś), a przy okazji, żeby nie dokuczały Ci bóle w krzyżu, dupsku, kolanach czy w palcu, którego trzeba było szyć. Żebyś mógł wreszcie robić rzeźbę i żeby cele, które sobie obrałeś, z każdą chwilą przybliżały się do Ciebie. Żebyś dobrał się do nich wszystkich i cieszył z każdego – choćby najmniejszego - sukcesu. Rzymu nie zbudowano od razu, więc i Ty musisz trochę poczekać na te większe ciężary, które będziesz mógł dźwigać, ale wszystko kiedyś do Ciebie przyjdzie – w swoim czasie.
            Życzę Ci również spokoju, bo czasami pożąda się go bardziej niż długich libacji, nie zależnie od tego, jak fajne byłoby towarzystwo obok. Czasami przecież trzeba odpocząć. Żeby nie denerwowała Cię rodzina, znajomi, ja i ten Twój pies. Chociaż może powinnam napisać, żebyś Ty tak bardzo nie drażnił jego? W każdym razie – życzę spokoju. Ale również dobrych spotkań ze znajomymi, którymi będziesz mógł żyć przez długi czas. I podróży, wyrwania się z szarej rzeczywistości, która czasami potrafi przytłoczyć, znudzić, zasmucić. Żebyś jeszcze miał okazję powspinać się po górach (może razem ze mną? Nie mam nic przeciwko, chociaż na szczytach często sapię jak po przebiegnięciu maratonu, ale mam nadzieję, że i tak mnie wtedy lubisz), pojechać na ten swój Hip Hop Kemp – jak nie w tym roku, to najpóźniej w następnym i po prostu wyrwać się z domu i być, żyć, chłonąć oraz poznawać.  
            O marzeniach zbyt wiele nie mówisz, ale wierzę w to, że spełni Ci się każde z nich. Że będziesz szczęśliwym człowiekiem, no i że będziesz miał więcej cierpliwości do mnie, bo wiem, że czasami jestem jak wrzut na tyłku, ale staram się jak mogę za bardzo nie męczyć. Będzie dobrze, miło, fajnie i mam nadzieję, że uda mi się chociaż trochę pomóc w gonieniu za tymi drobnostkami, o których myślisz, śnisz i które chciałbyś dostać lub osiągnąć. Żebyś miał powody do uśmiechu, a we mnie widział wsparcie i pociechę.
            Życzę Ci powodzenia na egzaminach, które czekają Cię w tym roku. Zawodowy zdasz na pewno, a matura? Skoro tak roztrzaskałeś próbną, to czym Ty się w ogóle przejmujesz? Niech wyniki będą dla Ciebie dobrą niespodzianką i niech poprowadzą Cię dalej. Żebyś wybrał dobrze, co chcesz robić dalej i żebyś nawet przez chwilę nie żałował. Szczęścia nie tylko w nauce, ale również w życiu zawodowym. Mam nadzieję, że trafi Ci się taka praca, że będziesz mógł z niej wyciągnąć jak najwięcej i nie będziesz wstawał rano z myślą, że oto przed Tobą kolejny stracony dzień i robota, przy której tkwisz tylko dla pieniędzy. Ale pieniędzy też Ci życzę, bo może i jestem materialistką, jednak uważam, że znacznie ułatwiają one życie.
            Determinacji w dążeniu do wyznaczonych celów i stawiania sobie kolejnych poprzeczek, które chętnie będziesz pokonywał. A także pielęgnowania tego ciepła, które w sobie nosisz. I nie mówię tutaj o tym, że – jak dla mnie – masz wiecznie gorączkę, taki jesteś rozpalony, ale o byciu kochanym człowiekiem, który bywa nerwowy, ale ma te wszystkie piękne drobnostki, które sprawiają, że jest tak świetną osobą. Więcej wiary w innych, we mnie, w siebie i swoje możliwości. Jesteś najlepsiejszy na świecie i marzy mi się, żeby te święta były dla Ciebie wesołe, miłe i przyjemne. A więc - dobrych świąt, misiek!
           

I Wam wszystkim też wszystkiego dobrego!
           


Najlepsze miejsce na świecie? To, które zapewnia mi spokój, gwarantuje bezpieczeństwo. To, które jest nadzieją na lepsze jutro oraz dobre tu i teraz. Najlepsze miejsce na świecie? To, w którym mam jego. Obok.


JESTEM. W NAJLEPSZYM MIEJSCU NA ŚWIECIE

Brązowe oczy, a w nich dobro i spokój. Tymi oczami kradł mnie od pierwszego spotkania. Z początku niewinnie, a potem już z całą zachłannością. Świat przestawał dostarczać problemów, gdy się w nie patrzyło. Ciepło z nich bijące przyciągało do siebie, tuliło i kusiło do tego, żeby brać więcej. Żeby patrzeć jeszcze częściej i jeszcze dłużej. Więc patrzyłam. A w końcu wciągnęło mnie tak głęboko, że nie mogłam już wyjść. Jednak czy ja naprawdę miałam ochotę wychodzić?
Wiedziałam, że będzie dobrze. Musi być. Tak sobie powtarzałam. A on kradł mnie tak, że nawet nie zauważyłam. Byłam tak blisko, że nie sposób było się cofnąć. Ale nie chciałam robić kroku wstecz. Przeciwnie. Miałam nadzieję biec dalej. Do tego serca, które tłukło się w jego piersi. Głośno i wyraźnie, jakby całemu światu chciało zakomunikować, że jest, że żyje, że chce czegoś od niego. I ja też zaczęłam czegoś chcieć. Tylko nie tak nachalnie, jak to zwykle bywa. Nie było potrzeby. Chciałam czegoś. A to wszystko pojawiało się ot tak, naturalnie. I było tak, jak powinno być zawsze – bez pretensji czy niedomówień.
            Ma dużą dłoń. To wtedy powtarzałam. Ta dłoń jednak w dziwny sposób idealnie pasowała do mojej. I pusto było strasznie, gdy nagle jej zabrakło, gdy ginęła na kilka dni, gdy wracała do swojej rzeczywistości. Ale jeszcze piękniej pasowała, gdy miałam ją znowu. Zawsze tak samo ciepła, wabiąca delikatnym dotykiem. Cała moja. Głupotą byłoby nie korzystać. Nie brać, nie grzać się. Nie próbować i nie doświadczać. A więc robiłam to wszystko, chcąc poznawać. Bo poznawanie dawało mi możliwość kradnięcia go jeszcze bardziej.
Jednak to uczenie się siebie nie kończyło się na trzymaniu się za ręce. To również tulenie się do jego ramienia. Tego, które zawsze był gotowy nadstawić. Tego, w którym ginęłam pod ciężarem obowiązków, chcąc znaleźć odrobinę wsparcia, zrozumienia. Pocieszenia również, nie będę kłamała. To uczenie się miejsc, w których mogłam czuć się najbardziej komfortowo. Takich, w których nic nie bolało, nie uwierało, a jego kości nie wbijałyby mi się w policzek. A w końcu tych wszystkich zapewniających, że jestem bezpieczna. I wyjątkowa.
            Najlepsze miejsce na świecie to takie, w którym mam jego. Na wyciągnięcie ręki. Obok. Może bliżej. Dobrze jest wtedy, gdy można przytulić się, zatrzymać na chwilę i przestać martwić tym, co było i co ma nadejść. Cudowne są momenty, kiedy zapomina się o całym bożym świecie i czeka tylko na jedno: aż obejmie ramionami, przyciągnie jeszcze bliżej, oprze policzek o moją głowę i przekona, że to wszystko dookoła nie ma żadnego znaczenia, bo najważniejsze jest to, że on jest obok. Że przy nim nie może stać się nic złego, nie mogę się złościć, irytować, wkurzać na ludzi i denerwować na pracę. To wszystko powinno zniknąć. Od tego są takie momenty. A najlepsze są te z samego początku. Te, kiedy po raz pierwszy przytulił – doskonale pamiętam – i pozwolił poczuć, że świat się nie liczy, jeśli jego nie ma obok. Że to wszystko, co było, jest nieważne. Że z nim każda przygoda będzie pełna kolorów, a problemy rozwiąże się od razu.
Mówił, a słuchać można go było godzinami. Chociaż całych godzin nie chciał przegadać. Śmiał się i pozwalał wybrzmieć ciszy. A ta cisza nie naciskała na moją klatkę piersiową i nie zmuszała mnie do tego, aby ją przerwać. Była. My byliśmy wokół i kompletnie nam ona nie przeszkadzała. Tak jak nie przeszkadzał deszcz, wiatr i wszechobecne zimno. Bo najważniejsze było to, że on był blisko.
Najlepsze miejsce to takie, w którym można być i nikt nie przejmuję się tym, czy coś jest nie tak. Liczy się tylko dwójka osób, ich emocje, uczucia i historia, którą razem tworzą. Nieważne czy to dzieje się na Hawajach, w Teksasie czy w polskich Bieszczadach. Jeśli mam jego, to wszystko inne przestaje mieć znaczenie. To tylko dekoracja, tło, szczegół. Miałam jego, wciąż mam. I jestem w najlepszym miejscu, w jakim mogłabym się znaleźć.  


        Walentynki: komercha niesamowita, grube pieniądze i niezmiernie dużo kiczu. Czy serio? Która z nas nie chciałaby dostać tej przeklętej czekolady, miśka czy kwiatka? Podejrzewam, że każda z nas o czymś takim po cichu sobie marzy.  Mam tylko nadzieję, że facet nie czeka z tym do tych dziwnych dat, które świecą się w kalendarzu: Walentynki, Dzień Kobiet, Wigilia czy Wielkanoc... Mam nadzieję, że mały prezent potrafi dać ot tak, każdego innego dnia, bo po prostu kocha.         A teraz Walentynki po mojemu. Nie będzie o filmach, które 14 lutego trzeba koniecznie zobaczyć. Nie będzie o tym, co kupić, ani co zrobić, żeby sprawić radość. Będzie zupełnie inaczej. 


            Uśmiecha się. Kąciki jego ust uciekają ku górze. Gonią za czymś, czego ja nie mogę złapać. Śmieje się, a jego ciało towarzyszy temu wszystkiemu. Delikatnie poruszają się jego ramiona, oczy błyszczą, lewa skroń lekko pulsuje, a w policzkach tworzą się dołeczki. To wszystko należy do niej. Widzę to po sposobie, w jaki zerka na nią przelotnie. Po tym, jak jego radość niesie się coraz głośniej po sali, odbija od zielonych ścian, kwiatów w wielkich donicach i biurka, przy którym siedzę.
Śmieje się, a ona mu towarzyszy. Nakręcają się nawzajem, zupełnie nieświadomi tego, co właściwie robią. Wygrywają swoją melodię. Melodię, którą znają doskonale. Jej cichy chichot przeplata się z jego śmiechem. Łączą się, mieszają, uzupełniają. Ja myślę tylko o tym, że do niedawna miałam swoją ulubioną muzykę, a ta muzyka płynęła z Jego wnętrza. Myślę o tym, że tamten śmiech był sto razy lepszy od tego, który słyszę teraz. Spokojniejszy, bardziej dźwięczny i przyjemniejszy dla ucha. Był mój. Był dla mnie. Całkowicie mnie pochłaniał. Sprawiał, że na chwilę zapominałam o tym, że wokół nas toczy się jakieś życie. Tamten śmiech zabierał mnie do miejsca, w którym mogłabym poczuć wolność. Taką prawdziwą, niczym nieskrępowaną. W tamtych chwilach mogłabym być, kim tylko chciałam.
           
Patrzy na nią tak, jakby reszta świata nie istniała. Jakby na Ziemi zostali tylko oni dwoje. Patrzy i wiem, że nic więcej nie potrzeba mu do szczęścia, ponieważ szczęście ma przy sobie, na wyciągnięcie ręki.
Wiatr bawi się z jej długimi włosami. Porywa je raz w jedną, raz w drugą stronę. Słońce dotyka jej twarzy, ona widzi tylko jego. Odwzajemnia spojrzenie. Gubi się w jego oczach, szuka odpowiedzi na pytania, których nikt głośno nie zadał. Próbuje zrozumieć, bada.
W jego tęczówkach odmalowuje się uwielbienie. Takie totalne, trudne do okiełznania. Znam to spojrzenie i nie mogę wyjść z podziwu dla jego mocy. Przyprawia ono o mocniejsze bicie serca i zapiera dech w piersi. Daje wiarę w to, że jesteś numerem jeden, że nie ważne co, że będzie dobrze. Że na zawsze. Albo ten jeden dzień dłużej.
Wspomnienie Tamtego spojrzenia przygniata mnie i dusi od środka. Próbuję być silna. Próbuję powstrzymać łzy, które cisną mi się do oczu. Wyrównuję oddech i skupiam się na ludziach biegnących po chodniku. Zielone światło, dziki pęd przez ulicę.
Łapię się na tym, że podążam myślami za spojrzeniem, którego On już nigdy nie rzuci w moją stronę. Za spojrzeniem, które witało mnie każdego dnia i życzyło dobrej nocy wieczorem. Obezwładniający ból przeszywa moje ciało i zastanawiam się, jak wiele jeszcze jestem w stanie znieść. I jak długo będę wspominała to, co miałam.
Zerka na nią z góry. Oczy toną mu w radości, której nie można zmierzyć, zważyć czy opisać słowami. Ma ją w sercu, ma ją wypisaną na twarzy. Ma ją w tych przeklętych oczach, które z wielkim skupieniem zapamiętują najdrobniejszy element jej twarzy.

Jego dłoń delikatnie głaszcze jej zmarznięte palce. Powolnymi ruchami próbuje przywrócić jej normalne krążenie. Pieści każdy centymetr. Nie zapomina o najmniejszym szczególe. Złącza ich ręce razem i całuje jej dłoń. Ten zupełnie niewinny gest przypomina mi o Jego dotyku. Pełnym pasji i oddania. Przypomina mi te wszystkie razy, kiedy Jego palce muskały moją skórę. Te wszystkie chwile, w których był tak blisko, że czułam Jego ciepło.
Wracam myślami do tych godzin, kiedy mogłam położyć głowę na Jego ramieniu i wsłuchać się w Jego głos, który tworzył historie o tym, co zdarzyło się danego dnia. Historie o rzeczach, które go interesowały, cieszyły albo przygnębiały. Wspominam sposób, w jaki gładził kciukiem moje dłonie czy zarzucał mi ręce na szyję. Przypominam sobie również, jak przyciągał mnie bliżej, wędrował dłońmi po każdym fragmencie mojego ciała i całował każde miejsce, które zdążył zbadać.
Tęsknie za tym dotykiem. Za szczerością, która z niego biła. Tęsknie za Jego dłonią, która idealnie łączyła się z moją i za faktem, że nikt inny nie potrafił jednym, małym gestem zdziałać tyle dobrego. Nie mogę pogodzić się z faktem, że nie budzę się wtulona w Jego klatkę piersiową, że Jego usta nie muskają mojego nagiego ramienia, a oddech nie zostawia śladów na mojej szyi.
Widzę go, jest zupełnie tak, jakby był obok. Jakby szeptał miłe słówka wprost do mojego ucha i śmiał się, leżąc z głową na moich kolanach. Czuję jego dłoń zaciskającą się na mojej piersi i mokre pocałunki składane na szyi. Czuję go tutaj, w chwili, gdy naprawdę go potrzebuję. Czuję, że mógłby tutaj być, że powinien, że to wiele dla mnie znaczy. Wiem też, że to zupełnie idiotyczne z mojej strony, bo On jest gdzieś w świecie, oddalony o kilometry, których nawet nie chce liczyć. I wiem, że to, co miałam kiedyś, już pewnie nie wróci, ale tęsknie jak cholera i wszędzie widzę, jak szczęśliwa byłam, gdy rzeczywiście stał obok. Gdy patrzył w moje oczy, dotykał mnie swoimi ciepłymi dłońmi, obejmował tak, że problemy przestawały mieć znaczenie i uśmiechał się, dając poczucie, że jest tylko dla mnie.



PHOTO: pexels.com


Tuli ją do siebie. Najmocniej jak potrafi, najlepiej jak umie. Chce dać jej to, czego teraz jej brakuje – poczucie komfortu i bezpieczeństwo. Zamyka oczy, przyciąga ją bliżej. Pozwala na to, aby położyła głowę na jego ramieniu. Zapewnia, że jest tutaj, właśnie dla niej. Właśnie teraz. Nic nie mówi. Wie, że ona potrzebuje chwili dla siebie. Musi zmierzyć się z tym wszystkim, co ją dzisiaj spotkało, co ją zdenerwowało, co wytrąciło z równowagi. Daje jej czas na przemyślenie wszystkiego, co ją trapi. Cisza. Ona właśnie tego teraz potrzebuje. Ciszy i jego. Obok.
Wie, że najlepiej ofiarować jej czas. Bo czas leczy rany i skłania do zwierzeń. Całuje ją więc w czubek głowy, kładzie się na łóżku i ciągnie za sobą. Nie ma nic przeciwko, aby położyła głowę na jego klatce piersiowej. Tuż nad sercem. Widzi, z jakim skupieniem, ona odmierza kolejne uderzenia. Widzi również, jak, z każdym kolejnym oddechem, ona się uspokaja. To go pociesza. Najgorszy bowiem jest widok jej załzawionej twarzy albo oczu, przez które przemawia smutek. Ma nadzieje, że wkrótce jej przejdzie. Że spojrzy na niego i uśmiechnie się tak, jak lubi najbardziej. Jednocześnie ma świadomość, że dzisiaj jest gorzej niż zwykle. Że ona potrzebuje znacznie więcej uwagi i bliskości drugiego człowieka.
Splata jej palce ze swoimi, delikatnie głaszcze jej dłoń, mówi, że nigdzie się nie ruszy. Że ona może na niego liczyć. Lekko się uśmiecha, gdy ona kiwa głową. To pierwszy odruch świadczący o tym, że ona jest tutaj i słucha. Znowu całuje ją w czubek głowy. Marzy o tym, aby jej przeszło. Marzy o tym, żeby zatrzymać wszystkie zło, które mogłoby ją dosięgnąć. W końcu przeklina sam siebie, ponieważ wie, że nie jest w stanie tego zrobić. A bardzo by chciał.
Zaczyna nucić piosenkę. Nie byle jaką. Przecież to ich kawałek. Przerywa jednak gdy słyszy cichy szloch wydobywający się z jej gardła. Przeprasza. Łapie ją za brodę i prosi, żeby spojrzała w jego oczy. Przeprasza jeszcze raz. Jego wzrok wyraża szczerość. Na jej twarzy maluje się za to ból. Cierpienie, które on musi ukoić.
Dotyka jej policzka, zmazuje kolejne łzy, których ona nie jest w stanie zatrzymać. Czeka, aż będzie gotowa się odezwać. Przejeżdża dłonią po jej plecach. W dół i w górę. I od nowa. Raz po raz. Rozgrzewa jej zesztywniałe ciało, szepcze, że musi być silna. Jeśli nie dla siebie to dla niego. Zapewnia, że da jej wszystko, czego tylko będzie potrzebowała. Że on jest tutaj i wysłucha jej, gdy tylko będzie chciała porozmawiać. Próbuje nie liczyć jej urywanych oddechów. Stara się nie zwracać uwagi na smutek na jej twarzy, w ruchach, w sercu. Stara się o to, ponieważ wie, że wystarczy chwila, aby i jego dosięgła czarna rozpacz. A przecież teraz najważniejsze jest, żeby jej pomóc. Musi poprawić jej humor, pocieszyć. I pocieszy, bo na tym zna się najlepiej.
Gdy ona zaczyna mówić, on czuje się coraz gorzej. Oddałby wszystko, żeby nie musiała tyle cierpieć. Żeby miała spokojne życie i ludzi, na których mogłaby liczyć. Chciałby nigdy więcej nie słyszeć o tym, że kolejny facet ją zawiódł. Że zranił. Że rozczarował. Chciałby wiedzieć, że ma kogoś, poza nim samym, kto byłby w stanie zapewnić jej tyle bezpieczeństwa, ile jej potrzeba. Tyle, na ile zasługuje. Chciałby, żeby faceci wreszcie docenili to, jaka jest. Ma nadzieję, że wreszcie znajdzie się taki, któremu będzie mogła zaufać i który jej nie zrani. Chciałby, żeby któryś dał jej szczęście. Żeby cieszył się z nią, z tych małych (i większych) rzeczy. Chciałby czuć, że może ją oddać pod czyjąś opiekę. Że w rękach tego faceta ona będzie odczuwała radość. 
Wie, że ona jest w stanie znieść sporo złego. Że czasami krzyczy i denerwuje się, ale w końcu dopadnie ją spokój. Po jednym dniu. Po dwóch. W końcu się pozbiera. Jednak rozczarował ją. On. A rozczarowanie jest najgorsze. Tym bardziej, że oddała mu kawałek siebie, na tacy, tak po prostu. Podzieliła się sobą, wpuściła go do środka i dała wszystko, co dać mogła. Przywiązała się. O to jedno akurat nie trudno, ale cała reszta? Raczej nie bywa taka ufna. Nie szasta na prawo i lewo tymi wszystkimi słowami, którymi częstowała jego. Nie wstaje rano i nie zastanawia się, jak sprawić, żeby ktoś miał lepszy dzień. Nie martwi się tak bardzo, nie pisze tak często, nie angażuje się tak mocno. Zaufała. I po raz kolejny się rozczarowała. I po raz kolejny moczy jemu koszulkę, chociaż zarzekała się, że już więcej żaden facet nie doprowadzi  jej do takiego stanu.
Bolało. Musiało boleć. Jak diabli. Dawno nie widział jej tak roztrzęsionej. A przecież jeszcze wczoraj witała go uśmiechem numer 5.. I mówiła, że jest szczęśliwa, że ma się świetnie. Że dawno nie było jej tak dobrze. I co? Zranił. Mocno. Uderzył w czuły punkt.
Wrażliwa. Tak by ją określił, chociaż na pierwszy rzut oka może się wydawać, że wcale taka nie jest. Może on też patrzy tylko pobieżnie? Nie widzi tego, co głębiej? Tego, że cisza męczy ją bardziej niż krzyk? Chociaż krzyku również nie lubi. Albo tego, że potrafi przez kilka godzin analizować parę słów, które ktoś namazał? Może nie rozumie tego, że za każdym razem uśmiecha się widząc wiadomość od niego? Może faktycznie tak jest. Ale to „może” go nie usprawiedliwia.
Rozczarował, powtarza ona. A on, zupełnie nieświadomie, kołysze ją w swoich ramionach, zapewniając, że będzie dobrze. Jak nie dzisiaj to jutro, jak nie jutro to za kilka dni. Ale w końcu będzie ok. Znajdzie faceta, który ją zrozumie. A póki co? Może liczyć na niego. Do niego może przyjść, gdy tylko poczuje się gorzej. W końcu od tego jest.

Post edytowany. 


             Zimne powietrze wpada do pomieszczenia, obija się po kątach, tuli mnie niczym matka swoje pierworodne dziecko. Zachód słońca. Przyszło mi oglądać zachód słońca. Jest chłodny jesienny wieczór, przede mną widok na miasto skąpane w barwach tej dziwnej pory roku. Złoto, czerwień, pomarańcz, zieleń. I to zachodzące słońce odmierzające kolejne minuty. Coś się kończy, coś innego się zaczyna. Na niebie mieszają się róże i błękity, a mnie szczypie mróz w nos. Zmarzły mi dłonie, policzki nabrały koloru, chłód przenika mnie do szpiku kości. Ciągle stoję. Jakbym miała schwytać wieczór w garść. A może chcę zatrzymać dzień? Albo coś zupełnie innego…?

            Mocniej owijam się swetrem, chucham na zmarznięte dłonie, patrzę. Ostatnie promienie znikają za horyzontem, ciemność zaczyna kraść moje widoki. W blasku latarni połyskują wciąż pojedyncze liście. Ostatni promień odbija się w oknie z bloku z naprzeciwka… Jeszcze chwilę stoję, bo co innego mam robić? Spoglądam na tych wszystkich ludzi, którzy snują się po chodnikach. Szczeka pies, samochód wyjeżdża z piskiem opon, ktoś krzyczy, ktoś mu odpowiada. Wiatr porusza suchymi gałęziami. W powietrzu czuć nadchodzącą zimę.
            Rzucam ostatnie spojrzenie na okolicę, a potem zamykam z hukiem okno. Echo niesie się po pustym mieszkaniu.
            Siadam w starym fotelu, podciągam kolana do piersi, wsłuchuję się w ciszę. Zamykam oczy, chociaż i tak otacza mnie ciemność. Zatracam się. Tak totalnie się zatracam. Bo mogę. Bo chcę. Chyba też dlatego, że muszę.
            Moje myśli podążają w sobie znanym kierunku. Chyba je kradnie, on. Znowu. Tak po prostu. Nawet nie pyta o zdanie. Bierze je w posiadanie, a ja się temu poddaję, bo chyba nie wiem, jak to zatrzymać. A może nie chcę tego robić? Ślęczę z tymi zamkniętymi oczami, wokół mnie kompletna cisza, a w głowie ta jedna osoba, która ostatnio zabiera mi coraz więcej. Zaczynam się martwić. Jak to zwykle bywa. I nawet nie o siebie się martwię, tylko o niego. Bo może palnąć jakąś głupotę, zawsze jest ta niewiadoma. Albo coś mu się stanie, gdzieś tam, w drodze. No i ma ciężko, wiem, że ma. Zastawia mnie czy podoła. Z tym wszystkim. Tyle mu się zwaliło na głowę. I wiecznie nie ma czasu. Chociaż może… może z tym czasem to tak tylko, dla mnie. Bo w końcu całymi dniami się nie uczy, ale… telefonów też nie odbiera. Wzdycham, kładę nogi na oparcie. Wtulam się w ten stary fotel. Bo nie mogę w niego.
            Chowam dłonie w zakamarkach ubrania. Tęsknię? Chyba faktycznie to robię… Dużo myślę, ostatnio. Przynajmniej częściej niż zwykle. I denerwują mnie pewne rzeczy, niby małe, ale jednak. Jakaś taka melancholia się u mnie rodzi, chociaż to pewnie jesień. Potem, zimą, będzie znacznie gorzej. Jednak te małe rzeczy… No tak, denerwują mnie. Pojęcia nie mam, co z tym wszystkim zrobić. Mówić o tym głośno czy lepiej zostawić dla siebie? Przypuszczalnie zostaną dla mnie, bo kiedy mam o nich powiedzieć? Z kranu znowu zaczyna kapać woda, ktoś w mieszkaniu obok stuka, znowu remont? Pieprzona Warszawa.
            Może przesadzam. Czasami mi się zdarzy. Czasami częściej niżbym chciała. Jednak niewiadomą są dla mnie pewne rzeczy. A życie nauczyło mnie, że z niewiadomych powinno się tworzyć równania. I pewnie nie zawsze wynik końcowy nas ucieszy, ale chyba lepiej jest wiedzieć. Bo jeśli wiemy to możemy działać dalej, a jeśli nie, to wciąż tkwimy w tym samym punkcie.
            Dobijam się jeszcze bardziej, bo w końcu docieram do momentu, gdy był obok. Na wyciągnięcie ręki. Cofam się o te kilkanaście dni, uciekam gdzieś wspomnieniom. Chyba znowu nie zasnę. Pozostaję, gdzieś tam… Spojrzenie w oczy… Lubię jak się uśmiecha… Podobają mi się jego usta… Przyciąga mnie bliżej… Ciekawe co teraz robi. Czuję koszmarne zimno.
Chyba się przyzwyczaiłam, do niego. Ale ciągle jest dla mnie zagadką. Trochę niewyraźnie widzę to, co będzie jutro, pojutrze, później. Staram się po to nie sięgać. Nie myśleć, oby o tym nie myśleć. Całował, kurde. Znowu cisza krzyczy w moich uszach. Odchylam głowę, próbuję rysować wzory na suficie. Mentalnie, przynajmniej mentalnie. I chyba zadzwonię. Bo mi go brakuje. Tylko czy to dobry moment? Najbardziej kusi ten jego głos. Wiadomości, które chciałby przekazać. Pytania. Zmęczony? Mam nadzieję, że dzisiaj nie. Sięgam po telefon. Podchodzę do kaloryfera, sweter już nie zapewnia dostatecznie dużo ciepła. Chciałabym go obok.
Cyfry na dekoderze układają się w godzinę, miasto zaczynają rozświetlać kolejne mieszkania, w których obca ręka zapala światło. Jest jesienny, chłodny wieczór. Zimno przenika mnie do szpiku kości, ale nie odbija się już od ścian. Wokół panuje cisza. Tylko ten cholerny kran. Znowu kapie z niego woda. Słychać też trzaskające drzwi gdzieś w mieszkaniu obok. Kaloryfer ogrzewa moje zmarznięte ciało. Tęsknie. I dlatego dzwonię. Na niebie widać pierwsze gwiazdy.
- Halo? – rzuca.
Ciepło. Teraz jest wystarczająco ciepło. 



       Czy żałuję? Boże, jeszcze jak! Chciałabym powiedzieć, że to nic nie znaczyło, że było tylko przelotną znajomością i że jutro nie będę do tego wracała. Ale wiesz, było już tyle dni jutrzejszych, a ja nadal siedzę i analizuję co mogłam zrobić, żeby być teraz na jej miejscu. Żeby mieć go przy sobie, czuć ciepło bijące od jego ciała, niczym się nie martwić. Mam wrażenie, że gdzieś po drodze naszej znajomości przegapiłam okazję. Że nie wsiadłam do odpowiedniego pociągu, a może po prostu nie wysiadłam z innego? Może coś z przeszłości goni za mną niczym cień, którego nie mogę się pozbyć? Nie wiem tego, naprawdę tego nie wiem. I to tak cholernie boli, bo zależało mi. Ale może faktycznie jest teraz szczęśliwy. Może ona daje mu coś, czego nie mogłam dać mu ja?

Żałuję, że nie spróbowałam, że nie dałam sobie (nam) tej szansy. Żałuję, że mogę teraz tylko użalać się nad sobą i zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Bo pewnie o to chodziło. Coś jest nie tak we mnie i znalazł to u niej.
     Żałuję, że ona miała więcej odwagi ode mnie. 

Bałam się. Bałam się tak totalnie oddać siebie, zatracić się i zaufać. Tak wiele razy zawiodłam się na ludziach… Tak często lizałam rany po kolejnych ciosach od życia, że strasznie ciężko było mi przekazać kawałek siebie.

Tak. Wiem, że nie powinnam oceniać każdego w ten sposób. Popełniłam błąd, ok? Nie musisz mi wypominać. Nie Ty… Przecież sama radzę sobie z tym doskonale. Chyba wystarczy, nie chcę słuchać tego od innych. Jestem swoim największym wrogiem.
Powinnam dać się ponieść emocjom, iść w stronę upragnionego szczęścia albo lepiej – dać się tam prowadzić. Ale wiesz, ogarniał mnie strach, bo zawsze sobie myślałam, co będzie, gdy cała ta piramida runie. Zostałyby tyko zgliszcza.

Nie, nigdy nie dał mi powodów do tego, żebym mu nie ufała. Może to było w tym wszystkim najgorsze. Fakt, że to zbyt idealne, że coś się za tym kryje.
Jestem cholernie popapranym człowiekiem. Z jednej strony bardzo bym chciała, a z drugiej pojawiały się myśli, że i tak nic z tego nie wyjdzie. Że rozczaruje się znowu, i wiesz co? Rozczarowałam się, problem w tym, że sobą.

Słuchaj, ja wiem o tym, że dziewczyna to nie ściana. Takie krążą plotki, ale chyba nie mam serca (albo przeciwnie, mam go tak wiele), żeby się w ich sprawy mieszać. Jest szczęśliwy. Nie mam zamiaru mu tego psuć.

Faktycznie, zabrzmiało trochę tak, jakbym nie mogła się zdecydować i z jednej strony marzyła o nim,  a z drugiej życzyła mu szczęścia… Ale nie, to nie była ironia. Chciałabym, żeby dobrze mu się układało i nie mogę zaprzeczyć, że smutno mi się robi, ponieważ znalazł radość gdzie indziej… Ale skoro już ją znalazł to niech się nią cieszy.
Chciałabym tylko, żeby czasami dał znak życia. Żeby przestał mnie ignorować, spławiać. Chciałabym, żeby przestał uciekać. Mam wrażenie, że się mnie boi. Moich reakcji itd.. Czasami rzeczywiście mam dziwne pomysły, ale… jest szczęśliwy. Po co to zmieniać? Po prostu brakuje mi tych rozmów o wszystkim i o niczym. Brakuje mi tego, że mogłam mu powiedzieć o tym, co mnie martwiło. Brakuje mi tych wszystkich wiadomości, w których pisał, że idzie spać i mojego zdziwienia, bo była pierwsza po południu. Czasami faktycznie mi tego brakuje.

Hey, nie jest ze mną tak źle. Żyję, śmieję się, mam się całkiem dobrze. Tylko przychodzą takie momenty, że chciałabym coś napisać, otwieram okienko z jego imieniem i kurde…. Nic nie mogę z siebie wykrzesać. Albo przeciwnie, piszę i piszę, a potem i tak nie dostaje odpowiedzi. Wiem, że ma teraz ją i nikogo innego nie potrzebuje, ale obiecał… Twierdził, że nie chce zrywać kontaktów i wierzyłam w to, naprawdę w to wierzyłam. I trzymałam się tego jak głupia, jak koła ratunkowego, ale chyba powoli się topię. Może to i dobrze, może wreszcie się uwolnię. Może zapomnę, bo zapomnienie oznacza koniec bólu.

Nie wiem czy do siebie pasowaliśmy. Prawdę mówiąc to nic nie wiem. Ciężko mi powiedzieć. Po prostu złapałam z nim fajny kontakt. Trudno jest się z czegoś takiego wyplątać tym bardziej, że przywiązuję się do ludzi. Nic na to nie poradzę.
Nie wiem nawet czy rzeczywiście chciałabym, żeby wyszło z tego coś więcej. Ale żałuję, że nie spróbowałam. Teraz mogę tylko słuchać o tym, jak mu dobrze. Naprawdę mogę, nie kłamię! Cieszę się, że się uśmiecha. I really do. Pragnę tylko, żeby częściej się tym uśmiechem dzielił, bo inaczej skąd mam wiedzieć, że dobrze się bawi?

Potrzebowałam się komuś wygadać, wiesz? Dać upust emocjom. Rozmowa naprawdę wiele daje i może wreszcie odpocznę. Przestanę się zamartwiać tym, czy u niego na pewno wszystko jest ok. Ma teraz kogoś innemu. Kogoś, komu może powiedzieć albo napisać dobranoc i kogo przywita nowego dnia. Może trochę żałuję, że to nie ja, ale takie jest życie, co nie? Trzeba się do tego przyzwyczaić.
Miałam potrzebę powiedzenia wszystkiego, co mi chodzi po głowie. Po prostu musiałam się zwierzyć. Są dni, kiedy nawet ja się łamię i mówię o tym, co mnie uwiera. Bo ta sytuacja(trochę pasowa) dokucza mi w jakiś sposób. Ale jest mu dobrze. I to naprawdę napawa mnie optymizmem. Bo cieszę się razem z nim. Niech mu będzie dobrze. Tylko niech czasem o tym napisze.

Rzeczywiście, może plączę się w tym wszystkim. Ale wiesz, siedzę sama pośrodku pustego mieszkania i nawet nie mam się do kogo słowem odezwać. Wspomnienia mają to do siebie, że uderzają, kiedy najmniej ich potrzebujemy. Bo widzisz. Było mi dobrze, nawet bez niego. Chyba po prostu miałam tyle na głowie, że nie starczało czasu na użalanie się nad sobą. A teraz wpieprzałabym lody litrami, potem wypominała sobie, że dupa mi od tego urośnie i sięgałabym po nową porcję… 
Wakacje to taki niewdzięczny czas, kiedy niewiele się dzieje. Niby jest ta praca, niby są znajomi, ale nie przez cały czas. I kurde to jest lipne, bo jak mnie weźmie na wypominanie to wypominam wszystko i wszystkim. I mam podły nastrój. Ale wiesz… Powoli mi przechodzi. Po prostu potrzeba mi nowych wrażeń. Zapomnieć się da, w każdej chwili. Tym bardziej, że sama nie wiem, czego tak do końca chcę. Dawałam sobie radę z zapominaniem, tylko teraz tak jakoś wiele tych par i ciągle o tym wszystkim myślę. Ale czy chciałabym tak z nim? Może jedynie potrzebuje czyjejś bliskości. Jakiejkolwiek. Nawet nie o niego chodzi. Dusi mnie ta samotność. Ostatnio. Ale to nie jego wina.

Za dużo romansów ostatnio czytam, za dużo widzę tych ściskających się ludzi, którzy myślą, że są całym swoim światem. Po prostu mi smutno. Może nawet nie przez niego. Chyba to tak, po prostu. Chociaż sama już nie wiem. Jednak ulżyło mi. Teraz. Jak już to powiedziałam komuś innemu. Dzięki za te rady oraz trzeźwość umysłu. Potrzebowałam kogoś obiektywnego. Kogoś, kto zerknie na to wszystko i pokaże, co mogłabym zrobić. Wygadałam się i lepiej mi po tym. Nie kłamię. Faktycznie mi lepiej. Moja prywatna terapia, ha! Całkiem dobrze się sprawdza.

Tak. Obiecuję, że nie będę robiła żadnych głupot. Tak, tak, może jeszcze trochę się nad sobą popastwię, ale bez przesady. Mam swoje życie, pora wreszcie coś z tym faktem zrobić. Skoro on znalazł szczęście, to dlaczego ja miałabym siedzieć z założonymi rękami, odgrywając męczennice? Nie jestem do tego stworzona.



 Musicie wiedzieć, że totalnie nie miałam pomysłu na ten post. Żadnego, normalnie mniej niż zero. Za każdym razem, kiedy chciałam coś wyskrobać, kończyło się to fiaskiem i zamyśleniem. O czym? To powyżej. 
Koniec końców stwierdziłam, że najlepiej będzie się wyspowiadać. Bo to pomaga. Naprawdę. Jakoś mi lżej i żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. I tak - mam nadzieję, że jest szczęśliwy. I nie - nie uważam, żebym w jakiś sposób się sprzedała tym tekstem. Zawsze spisywałam to, co leżało mi na sercu. Teraz jest dokładnie tak samo. 



Wiesz, czasami mam ochotę uciec gdzieś daleko. Zostawić za sobą wszystkie złe rzeczy, które mnie spotkały. Zostawić za sobą Twój obraz, który nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Chciałabym wymazać Twoją twarz z pamięci, zmazać wszystkie nasze rozmowy, zapomnieć o tych pieprzonych dobrych chwilach, które mieliśmy.
Chciałabym zbudować za sobą mur. Długi i wysoki. Taki, przez który nie przedostałoby się nic, absolutnie nic, co jest związane z Tobą. Marzę o tym, żeby zamknąć drzwi wspomnieniom, ponieważ one cały czas kierują mnie w stronę życia, które mieliśmy. I to cholernie boli, bo przecież Ciebie już tutaj nie ma. I nie możesz mi pomóc, a nawet jeśli mógłbyś, to czy byś to zrobił?

Spoglądam na ten dziwny świat i zastanawiam się, dlaczego tak strasznie chcę mi się wyć za każdym razem, gdy patrzę na niezaścielone łóżko, albo białą huśtawkę, którą pomalowałeś lata temu. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego wciąż zawracam sobie głowę tymi głupimi rzeczami, o których zawsze mi przypominałeś. „Ściel łóżko, kochanie”, „Kupuj tylko niebieski karton mleka”, „Nakarm kota”…  Ale wiesz co? Tutaj nie ma już kota. I Ciebie również nie ma.
Tak bardzo chciałabym wiedzieć, gdzie trafiłeś… Czy tam również promienie słońca łaskoczą Twoją skórę każdego poranka? Masz tam ogródek, w którym i tak nic nie rośnie? A może w tym miejscu, do którego się dostałeś, kwitną piękne róże, a Ty wdychasz ich zapach, opierasz się o balustradę i patrzysz w przyszłość? Czy zasypiasz z myślą, że kolejny dzień będzie lepszy od poprzedniego? Martwisz się o mnie? Bo ja niepokoję się o Twój los. Wiem, może to śmieszne, ale naprawdę chciałabym, żeby żyło Ci się dobrze. Jednak pragnę, aby to dobrze, było przy mnie, właśnie tutaj.
Czasami chciałabym zapomnieć, bo zapomnienie oznacza koniec bólu. Już nie trzeba się przejmować, nie trzeba czuć i myśleć.
On obezwładnia, wiesz? Ten ból. Paraliżuje, przeszywa do szpiku kości, nie daje oddychać. Łapie w pułapkę, z której  nie można uciec i śmieje się prosto w twarz. To okrutny rechot kradnący każdą dobrą komórkę ciała. Chciałabym żeby odpuścił. Aby zostawił mnie samą. Chciałabym zapomnieć, bo zapomnienie oznacza koniec bólu.
Strasznie boję się tego, co będzie. Jak sobie poradzę i jak to wszystko przetrwam... Wyobraź sobie, że znowu nie poszłam do pracy. Nawet nie próbowałam… Tak po prostu nie wstałam z łóżka, zostałam i myślałam. O Tobie, jakżeby inaczej. I czułam Cię obok, wiesz? Każdą cząstkę Ciebie. Tak jakbyś był przy mnie, uśmiechał się i dotykał mojego ciała. Słyszałam również Twój głos. Tę piękną melodię, która w przeszłości dawała mi iskierkę nadziei. Miało być dobrze. Przecież sam tak mówiłeś.
- Będzie dobrze, kochanie. Wszystko będzie dobrze.
 Nie jest. Od dawna nic nie idzie tak, jak powinno. Jednak mówiłeś, że będzie ok! Nawet dzisiaj to powtarzałeś. I byłeś taki słodki, taki delikatny. Zupełnie jak na samym początku naszej historii. Szeptałeś miłe słówka, gładziłeś mój policzek i całowałeś kąciki ust. Mogłam cieszyć się Tobą, chociaż przez chwilę.
Potem znowu zniknąłeś. Po raz kolejny Cię straciłam, a może po prostu uciekłeś. Czy stchórzyłeś? A może to ja, może coś zrobiłam źle? Może nie powinnam przywoływać Cię w pamięci?
Tak bardzo chciałabym, żebyś wrócił do mnie. Chcę żebyś został, żebyś mnie przytulił, objął mocno ramionami i nie pozwolił nigdzie iść…
Chcę spokoju. Chcę zasnąć, nie myśleć o tym, że nie jesteś w zasięgu mojego wzroku. Że już Cię nigdy nie dotknę. Pragnę zbudować długi mur, wiesz? Długi i wysoki, żebyś już nigdy do mnie nie przyszedł. Zabijasz mnie. Tak łatwo mnie zabijasz. A ja na to pozwalam… Ale wiesz… Chciałabym zbudować mur, który odgrodziłby mnie od tego wszystkiego co miałam, a czego już mieć nie będę. Domagam się tylko jednego: znowu normalnie żyć. Czy to tak wiele? Dlaczego nie pozwalasz mi odejść skoro sam odszedłeś? Dlaczego ja nie mogę być szczęśliwa skoro Ty pewnie odnalazłeś radość w życiu? Z jakiego powodu mnie zatruwasz? To długa i bolesna agonia, która sprawia, że powoli umieram. Tak bardzo Cię pragnę… Tak bardzo chciałabym, żebyś stanął obok. Ale chciałabym też ten wysoki i długi mur, którym odgrodziłabym się od świata, dzięki czemu nie mógłbyś mnie dosięgnąć. A ja wreszcie zasnęłabym spokojnie i nie miałabym snów. Zapomniałabym, że miałam Cię kiedyś na wyłączność. W ogóle nie pamiętałabym o Twoim istnieniu. Miałabym spokój. Ten upragniony spokój, który koiłby moje zszargane nerwy. Ten błogosławiony stan pozwalający mi odetchnąć pełną piersią, uśmiechnąć się na znajomy widok.
Wiesz, czasami mam wielką ochotę uciec gdzieś daleko. W takie miejsce, w którym mnie nie znajdziesz. Gdzieś, gdzie będę mogła spojrzeć w lustro i powiedzieć, że jest ok. W takie miejsce, w którym odkryłabym siebie na nowo. Chciałabym żebyś przestał mnie nachodzić w snach lecz lękam się Twojego odejścia. Boję się, że mogę nie podołać, że już nie znajdę szczęścia. Może faktycznie ono uciekło razem z Tobą, a ja tylko tracę czas na jego szukanie? Być może powinnam sobie odpuścić i zostać z Tobą na zawsze, ale chyba nie dam rady. Jestem taka słaba, tak tragicznie słaba. Nie mam już siły na to, aby ruszyć się z miejsca. Nie chcę nic robić. Boję się, że w końcu się poddam, a Ty mnie wtedy obezwładnisz. Nie przytulisz, nie pocałujesz, po prostu zawładniesz całym moim umysłem i nie będę potrafiła uciec.
Chciałabym wymazać z pamięci Twój obraz. Chciałabym zacząć normalnie żyć. Chciałabym zbudować ten przeklęty mur, długi i wysoki, przez który nie przedostałoby się absolutnie nic.

Mam ciężki dzień, więc postanowiłam zdołować się jeszcze bardziej. Ponieważ ostatnio serwuje tylko teksty z kategorii #DziennikarskiegoPiątku to postanowiłam przypomnieć, że ten blog to także opowiadania.. 
Poza tym mam ochotę na coś słodkiego (lody, czekolada, Oreo, ciastka Familijne?), zjadłabym kebaba oraz pizze i przytuliła do kogoś, tylko jakieś pustki obok... 

PHOTO: Ryan McGuire