Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty



Zbrodnie, intrygi, przestępstwa i tajemnice, które trzeba rozwiązać. Właśnie za nie najbardziej lubię seriale. Film nie zawsze dokładnie wszystko wyjaśni, a serial? Czasami nawet po kilku sezonach chce się więcej. Tak jest z produkcjami, o których od czasu do czasu piszę na tym blogu. Nie wszystkie seriale są tak samo fajne i ogląda się je z zapartym tchem. Są takie, które idealnie zapełniają czas i takie, które dają tylko rozrywkę. Wśród nich są jednak i takie, które z każdym odcinkiem wciągają tak samo mocno i z jednej strony chce się jak najszybciej obejrzeć kolejne części, a z drugiej chciałoby się nigdy nie dobrnąć do końca. Żeby nie psuć sobie zabawy!
            Dzisiaj, mimo że jest maj i znacznie więcej czasu spędza się na dworze, napiszę Wam o kolejnych moich ulubionych serialach. Wspomnę też o takich, które obejrzeliśmy z moim chłopakiem, ale nie do końca przypadły nam do gustu.


ŚWIETNE SERIALE OD NETFLIX – ZOBACZ JE KONIECZNIE!

Better Call Soul

Jimmy McGill ma w życiu ogromnego pecha. Nie radzi sobie jako prawnik, a na rozprawach często używa podstępów, aby wyjść na swoje. Za nic ma literę prawa, a jego lekkomyślność zaprowadza go zwykle w kłopoty. Konflikt z latynoskim dilerem tylko zaostrza problemy, a Jimmy musi szukać wyjścia z sytuacji – a nie zawsze są to legalne ścieżki. Codzienne sprawdziany jego prawniczych umiejętności, interesy z bandytami i desperackie próby ocalenia brata przed dziwną chorobą, to tylko niektóre z tematów, które zostaną poruszone w tym serialu. Better Call Soul to świetna produkcja. Szczególnie dla fanów Breaking Bad.

            Dobra, przyznam się Wam szczerze, że po prostu wiedziałam, że ten serial będzie strzałem w dziesiątkę. W końcu jak mógłby nie być, skoro jest spin-offem Breaking Bad. Kto oglądał, ten wie, że jest to jeden z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek powstały. I nie mówię tego na wyrost, naprawdę w to wierzę. Humor mieszał się w nim z intrygują akcją, która z odcinka na odcinek ciekawiła coraz bardziej. Bohaterowie byli świetnie nakreśleni i każdy z nich odgrywał istotną rolę w historii, dopełniając tym samym pozostałe postacie.
            Tak samo jest z Better Call Soul. Reżyser obu produkcji udowodnił, że zna się na rzeczy. Tę produkcję ogląda się z takimi samymi wypiekami na twarzy i tylko czeka, aż bohater wpadnie w kolejne tarapaty i będzie próbował się z nich wykaraskać.

Dom z papieru

Ósemka przestępców dostaje się do gmachu banku i punkt po punkcie realizuje plan Profesora. Zakładnicy stają się siłą roboczą, uczennica kartą przetargową, a z każdym kolejnym dniem drukowane miliony przeradzają się w fortunę. Każdy krok policji przewidziany zostaje przez Profesora i wydaje się, że w swoim misternym planie pomyślał on o wszystkim. Sytuacja jednak zmienia się, gdy negocjator Raquel Murillo, wdaje się w romans z Profesorem. Czy to też zostało zaplanowane? A może to odstępstwo od narzuconych reguł, przez które wszystko może lec w gruzach?

            Przyznaje Wam się bez bicia, po przeczytaniu opisu pewnie miałabym wątpliwości, czy obejrzeć ten serial. Przypadek jednak sprawił, że Netflix podsunął te produkcję w proponowanych, a zimowy nadmiar czasu dał możliwość oglądania tego, co popadnie. Szybko jednak okazało się, że ten krótki, hiszpańskie serial to nie jakaś tam taśmowo produkowana historia, ale świetne przedstawienie. Cały ten plan, bohaterowie i ciągłe napięcie sprawiają, że serialu tego się nie ogląda. Ten serial się pochłania. A potem tylko żałuje się, że sezon skończył się tak szybko.
            Powoli kończymy W garniturach i myślę, że drugi sezon Domu z papieru będzie czymś, za co weźmiemy się w następnej kolejności. A jeśli druga seria jest tak samo dobra jak pierwsza, to pewnie znowu obejrzymy ją w jeden dzień.

Designated Survivol

Stany Zjednoczone Ameryki są przygotowane na wszystko. I chociaż przewidziany został nawet atak na wszystkich członków kongresu, to nikt nie spodziewał się, że taka sytuacja naprawdę nastąpi. W jednej chwili Tom Kirkman jest członkiem gabinetu z niskiego szczebla, a w następnej staje się Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nieprzygotowany, nieszanowany i ciągle z kłodami rzucanymi pod nogi stara się udźwignąć ciężar jaki spoczął na jego barkach. Nie będzie miał jednak łatwego zadania, ponieważ wszystko w czym bierze udział jest planem, który ma na celu zniszczyć USA.

            O tym serialu można przeczytać bardzo dużo negatywnych opinii. Że to słaba podróbka House of Cards, że przerysowane, tandetne i ogólnie fuu. Ja jednak idę pod prąd i się nie zgadzam. Oczywiście serial nawiązuje i czerpie z giganta jakim jest produkcja z Claire i Frankiem Underwood w rolach głównych. Mimo wszystko i tak Designated Survivol zasługuje na moje polecenie. Szczególnie dlatego, że – o ile Frank wydawał mi się zawsze wielkim chamem w serialu – tak Tom jest jego zupełnym przeciwieństwem. Jest to po prostu miły facet, który zrobi wszystko, żeby tylko ochronić swoją rodzinę i kraj przed niepotrzebnym niebezpieczeństwem i wojnami. Z tego też powodu czasami lepiej mi się oglądało tę produkcję niż House of Cards.
            A inne zarzuty? No cóż. Każdy film, książka czy serial od kogoś dostaną po tyłku. Wiadomo bowiem, że nie wszystko musi się każdemu podobać. Mi tam dobrze się tę produkcję oglądało i mogę ją szczerze polecić. Czekam na kolejne odcinki, które ku mojemu ubolewaniu wychodzą co tydzień.

Z nation

Trzy lata po apokalipsie zombie, grupa ocalałych ludzi dostaje zadanie do wykonania. Musi przetransportować z Nowego Jorku do Kalifornii jedynego człowieka, któremu udało się przetrwać ugryzienie zombie. Kalifornijskie laboratorium to być może jedyna nadzieja na wyjście z opresji i przetrwanie w świecie, w którym umarli coraz bardziej przejmują władzę. Murphy jest drogą ucieczki, jednak nie zawsze chce współpracować ze swoją ekipą, a z dnia na dzień, bardziej przypomina zombie niż człowieka.

            Bardzo wiele recenzji, które znajdują się w internecie opiera się na porównaniu tego serialu do klasycznego już The Walking Dead. Wierzcie mi – tutaj nie ma miejsca na porównania! Chociaż motyw przewodni dotyczy tego samego, to jednak cała akcja skupia się wokół innych wątków i historii. Myślę, że TWD nie ma konkurencji (chociaż końcowe sezony są już strasznie nudne i bez pomysłu).  Z nation  można jednak spokojnie obejrzeć. Najwyżej się nie spodoba, przecież nie musi!
            Mnie jakoś fabuła wciągnęła, chociaż miejscami efekty specjalne były tak infantylne, że nie mogłam tego przeżyć. Całość jednak jest całkiem nieźle skrojona i z całą pewnością warto spróbować. Nic się nie straci, a może nawet się zyska!

Mgła
Mieszkańcy Bridgton w Maine muszą uważać. W ich stronę zmierza tajemnicza mgła, która niszczy wszystkich, którzy staną na jej drodze. Miasteczko zostaje odcięte od reszty świata, a ludzie muszą szukać schronienia tam, gdzie mgła nie może ich dosięgnąć.

            Serial powstał na podstawie książki Stephena Kinga, co niektórych już może odstraszyć. Z całą pewnością nie jest to produkcja dla wszystkich, ale ja przy niej spędziłam fajnie czas. Są rzeczy, które straszliwie wkurzają, ale są też wątki, których nie widziałam jeszcze nigdzie indziej. Dużo jednak na ten temat nie można powiedzieć, bo póki co mam za sobą tylko jeden sezon, ale no cóż – ciekawa jestem, jak sytuacja się rozwinie.

Żeby zamknąć temat seriali…
Przynajmniej na jakiś czas... Muszę napisać o trzech innych produkcjach, które obejrzeliśmy. Nie zachwycają one tak bardzo, jak te, które opisałam w tym poście i poprzednich, ale jednak mają to coś, co niektórym może się spodobać. Mnie jakoś one nie urzekły, ale napiszę Wam o nich chociaż trochę, bo może Wy się skusicie i znajdziecie coś dla siebie.

3%

Wszyscy pragną wyrwać się ze slumsów, w których mieszkają i przejść na tajemniczą wyspę, w której życie maluje się w znacznie ładniejszych barwach. Aby jednak dostać się do tego raju należy przejść liczne testy. Z grupy młodych ludzi wybranych zostanie 3%, którzy dostaną szansę zmienić swoje życie. Czeka ich jednak walka i wiele trudnych decyzji, które będą musieli podjąć po drodze.

            Jak dla mnie średni serial, który wzięliśmy pod lupę ze względu na to, że nudziło nam się w chłodne wieczory, gdy byliśmy na Sylwestrze w Bieszczadach. Mnie ten serial nie porwał, nie polubiłam się z fabułą, a już z całą pewnością nie polubiłam bohaterów. Mieli w sobie coś takiego, przez co nie mogłam się z nimi utożsamić. Może jednak ktoś z Was oglądał ten serial i ma inne zdanie?

El Chapo

Historia opowiada o meksykańskim narkotykowym bossie. Przedstawia prawdziwe losy człowieka, który narkotykami podbijał świat i zarabiał na tym pieniądze, o których zwykli śmiertelnicy nawet nie marzą.

            Jeśli ktoś jest zainteresowany tematyką albo lubi filmy oparte na prawdziwych faktach, to z całą pewnością znajdzie tutaj coś dla siebie. Ja jednak wciąż jestem za bardzo zachwycona Narcos, żebym mogła polubić jakiś inny serial, którego fabuła oparta jest o narkobiznes.

Stranger Things

Will Byers znika. Szukają go i przyjaciele, i brat, i matka. Chłopca jednak nigdzie nie widać. Tymczasem na horyzoncie pojawia się tajemnicza dziewczynka, która każe na siebie mówić Jedenastka. W miasteczku dzieją się coraz to dziwniejsze rzeczy, dziewczyna okazuje się mieć nadprzyrodzone moce, a po Willu wciąż nie ma śladu.

Bardzo wiele osób polecało mi ten serial i bardzo wiele sobie go strasznie chwaliło. Ja jednak nie mogę, z tego protego faktu, że nie widziałam w nim nic spektakularnego. Ot, serial do obejrzenia, który może być tłem do danego dnia. Jakoś jednak nie kradł czasu i nie zmuszał do tego, żeby siedzieć i go oglądać. Nie porwał. Ale wiem, że ma duży potencjał, który wielu z Was zauważyło. Ja jednak po dziś dzień mam do niego obojętny stosunek.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o seriale. Póki co kończymy z moim siódmy sezon W garniturach i może jeszcze w maju uda nam się zacząć oglądać coś innego. Ze względu jednak na liczne problemy, dużo pracy i jeszcze więcej wiosny, prawdopodobnie seriale pójdą na jakiś czas w odstawkę. 
Niemniej jednak, jeszcze w maju powinna pojawić się rozmowa o serialach, którą przeprowadziłam z jedną z blogerem, ale do tej pory nie miałam czasu jej przygotować. Mam nadzieję, że tym razem się uda. Na czerwiec planuje dla Was z kolei kolejną rozmowę o Ameryce. Chciałabym także napisać Wam coś o obronach dyplomu, blogerach uważanych za celebrytów, fajnych książkach dla fanów blogów i o tym copywritingu, o który tak prosiliście. Zobaczymy co z tego wyjdzie!

PHOTO: Print screen oficjalnego traileru 2 sezonu Domu z papieru, przesłanego przez Netflix Polska. 



Zaczyna się od wyboru trasy, chociaż zwykle i tak wszystko korygujemy na bieżąco. Potem jest już tylko przygrzewające słońce, błękitne niebo, białe chmury i miejsca, które pachną sosną. Albo takie, na widok których od razu przypominają mi się Bieszczady! Jest też kojący zapach trawy, znajomy zapach świeżo rozkopanych pól i bzy, które obezwładniają nozdrza. Jest również droga, która z każdym kolejnym kilometrem otwiera się przed nami coraz bardziej. Jest zagadną, nieprzewidzianą ścieżką, na której może nas spotkać wszystko: moje ukochane bociany skubiące trawę na łąkach albo przymusowy spacer, bo podczas drogi pękła nam dętka. Taka jest nasza droga. I wiosna. Bo wiosną postawiliśmy na ruch, dzięki czemu nie brakuje nam wreszcie przygód!

Wiosną ruszamy w drogę!

Znudziła nam się zima. Te wlekące się dni, mroźne poranki, wylegiwanie się w łóżku i wgapianie się w telewizor. W końcu seriale są świetne, ale jednak do czasu. Nas wymęczyła ta nasza polska jesień i następująca po niej zima, której szczerze nie znoszę. Ciepłe dni to był sygnał do tego, żeby coś zdziałać. Żeby wreszcie się ruszyć, wstać przed budzikiem, przestać narzekać, gdy znowu trzeba odgadniać śnieg z samochodu...
Nadeszła wiosna. Ta pewna siebie, bogata w zieleń, sypiąca kwiaty dookoła i pierwsze kojące promienie słońca. Głupio byłoby nie wykorzystać nadarzającej się okazji! Nadszedł wreszcie czas, żeby coś w swoim leniwym życiu zmienić. I spalić te zimowe dodatkowe kilogramy, które udało się zdobyć podczas ostatnich miesiący. Postanowiliśmy się ruszyć, bo wiosna nie jest od siedzenia! Wiosna to romantyczne wieczory przy blasku gwiazd i księżyca. To rowerowe wycieczki oraz dłuższe przejażdżki samochodem. To czas zwiedzania, oglądania, analizowania i łapania witaminy D.
           Strasznie, ale to strasznie brakował mi w życiu roweru. Albo chociaż chęci na to, żeby po pracy wyjść jeszcze z domu. W końcu komu się chce marznąć na zewnątrz. Mi się nie chciało. A przecież organizm niemalże się tego domagał, wijąc się i krzycząc, że już dłużej nie da rady wytrzymać mojego siedzenia na dupie: nie tylko w pracy, ale i w domu. Zmiana, która się we mnie narodziła jest diametralna. 
Teraz każdą wolną chwilę spędziłabym na zewnątrz, żeby rozkoszować się tą piękną pogodą, która wreszcie do nas przyszła. Razem z moim chłopakiem zaczęliśmy więcej czasu spędzać na rowerach i Wam wszystkim też to serdecznie polecam. W ogóle polecam Wam zrobić w te ciepłe dni cokolwiek! Oby było na dworze, na słońcu, wśród szumu traw i śpiewu ptaków!

Wiosną nawet taki Pałac Kultury wygląda lepiej
5 rzeczy, które warto zacząć robić wiosną

Po pierwsze: iść na rower
Ja kupiłam rower miejski (mogę Wam napisać o wadach i zaletach, dajcie znać czy chcecie) i stwierdzam, że to była świetna inwestycja! Dzięki temu już nie muszę oglądać świata zza szyby w samochodzie. Wraz ze swoim chłopakiem pokonujemy sporo kilometrów. Nie tylko po to, żeby do lata być fit (no ja mam nadzieję, że zdążę), ani po to, by bić kolejne rekordowe trasy (chociaż wtedy sukcesy liczymy podwójnie), ale również (albo przede wszystkim) po to, żeby zobaczyć wiele nowych, fajnych miejsc.  Wierzcie mi, chociaż jeździmy po naszych bliskich okolicach, to są miejsca zupełnie nam nieznane. Albo takie, które przyciągają uwagę o tej właśnie porze roku, kiedy to wszystko rozkwita i zajefajnie pachnie.
Wybaczam nawet te robaki odbijające się od czoła i muszki wpadające do ust. No i 7 kilometrowe spacery do domu, bo na kamieniu przebiła się dętka. Dla tych 300 kilometrów, które zrobiliśmy w kwietniu zdecydowanie było warto trochę pocierpieć.



Po drugie: zrobić grilla
Albo jeszcze lepiej - ognisko. Nic nie smakuje lepiej w te ciepłe dni niż przypalona kiełbasa uratowana z żaru i ognia. Taka z ketchupem i świeżym chlebem jako dodatek. W takich chwilach nie ma też nic fajniejszego od dźwięku skwierczącej kiełbaski...
A komary powiecie? A na komary polecam cieplejszą osobę obok. Mnie dla przykładu komary nie gryzą, gdy mój siedzi obok mnie. Wszystkie dopadają jego...

Po trzecie: pójść na spacer
Bo spacer to same przyjemności! Dzięki niemu można nabrać w płuca świeżego powietrza, spalić kalorie i podziwiać przyrodę dookoła. Lasy czy nawet miejskie parki są teraz cudowne. Hałaśliwe, tłoczne, ale za to jak magiczne z tą zielenią wokół, która zgarnia nas w ramiona i nie pozwala odejść. Naprawdę – wiosną trzeba spacerować. Oby jak najdłużej i jak najbliżej zieleni. Z takiej pogody trzeba korzystać. Żal byłoby ją stracić.
            Tylko na te kleszcze trzeba uważać. Z tym dziadostwem lepiej nie zadzierać. Chociaż szczerze? Wytępiłabym to paskudztwo do zera i dziwię się, że jeszcze nikt z tym nie zrobił porządku. No ale cóż, widać ten biznes się opłaca…

Po czwarte: po udanej wycieczce, zjeść wymarzone lody
Płock, Wzgórze Tumskie, zdjęcie nie odda tego, jak tam pięknie
            Big Milki, Korale czy zupełnie inne. Nieważne! W te ciepłe dni należy się dobre ochłodzenie, a nic nie sprawdzi się lepiej od dobrego loda na patyku. Albo w rożku. Albo litrowym pudełku.
            Ja ostatnio rozsmakowałam się w sorbetach, więc jeśli macie jakieś fajne do polecania, to dajcie znać. Oby tylko były na studencką kieszeń! W końcu inne rzeczy też trzeba jeść, samymi lodami człowiek nie żyje.
             W każdym razie – nie ma co sobie żałować i perfidnie liczyć kalorii, gdy ma się ochotę na małe odstępstwo od diety. Nic się nie stanie, gdy zjedziecie sobie jednego loda, no błagam. Ja tam sobie nie żałuję. Zresztą – nie mogę się oprzeć, gdy zajeżdżam pod Biedrę po 40 kilometrach na rowerze.

Po piąte: wybrać się w samochodową wycieczkę do miejsca, którego się nie zna
Wiecie, jak byliśmy z moim nad morzem to trochę narzekałam na pogodę. Nie było słońca, za to wiatr, a w Bałtyku nie warto było nawet zanurzyć stopy. Pogoda była jednak świetna, bo mogliśmy spacerować. I nie umierałam podczas przechadzek z przegrzania, co czasami się zdarza. Upały działają na mnie bardzo niekorzystnie.
W każdym razie, wiosna to dobra pora na to, żeby pozwiedzać. Najgorętsze dni jeszcze przed nami, a świat tylko prosi się o to, żeby go bardziej poznawać. Żeby sobie po nim pochodzić i zobaczyć, co ciekawego może zaproponować.
        Potem może się okazać, że jest za gorąco, za duszno, zbyt parno i w końcu nie skorzysta się z czasu, który się ma. My z pogody skorzystaliśmy i trafiliśmy do płockiego ZOO! A przecież mogliśmy do tej mojej Warszawy!

Wisła aż po horyzont i tyłki zwierząt, czyli o wypadzie do Płocka
Myślałam o zrobieniu o tym oddzielnego wpisu, ale w końcu stwierdziłam, że nie ma to sensu. W gruncie rzeczy bowiem nie chodzi o samo miejsce, do którego pojechaliśmy, tylko o fakt, że ruszyliśmy dupska z domu.
Tak, chcę takiego w domu
Od Płocka dzieliło nas (mnie, mojego chłopaka, siostrę i koleżankę) niecałe 100 kilometrów. Możecie mi wierzyć, niemalże sikałam ze strachu, jak zdałam sobie sprawę, że to właśnie ja będę musiała prowadzić. W połowie drogi zaczęłam nawet żałować, że po prostu nie wsiedliśmy w pociąg i nie pojechaliśmy do Warszawy, ale… Ale dla takich widoków było warto!
O ZOO nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ponieważ nie pamiętam innych wycieczek i nie mam porównania. Z całą pewnością jednak warto się przejść i zobaczyć te dzikie zwierzęta, których nie zobaczy się nigdzie indziej. W końcu nie każdy może sobie pozwolić na wypad do Afryki pooglądać tamtejsza faunę i florę. Szczególnie, gdy ma ochotę pokazać ją jeszcze dziecku. ZOO jak to ZOO, z pięknymi zwierzętami, które nam trochę focha strzelały i odwracały się tyłkami, gdy chcieliśmy zrobić zdjęcie. Ale za to jak cudownie było na nie patrzeć i je obserwować!
Największe wrażenie? Zdecydowanie gady. Wierzcie mi, nie było nic fajniejszego od szukania tych egzotycznych zwierząt pośród roślinności, wśród której się schowały. A jakie szczęście, gdy się to wszystko wypatrzyło! Chociaż nie ukrywam, niektóre zwierzęta są no… okropne. Szczególnie węże.
Podsumowując: ZOO super, szkoda tylko, że nie było misia koali. Jak ja bym go chciała zobaczyć!
Jeśli chodzi zaś o sam Płock (Marta, pozdrawiam!) to musicie tam koniecznie zajrzeć, choćby tylko dla samego widoku na Wisłę z tamtejszego wzgórza! Chociaż Wisłę mam zaraz obok, w Warszawie, to czegoś tak pięknego w stolicy się nie zobaczy. Ta woda ciągnąca się aż po horyzont i piękna zieleń dokoła. Coś pięknego! Naprawdę zrobiło mi się fajnie na serduchu i przypomniał mi się ubiegłoroczny wypad nad morze. Strasznie fajne miejsce i zazdroszczę go strasznie!

Dlatego też bardzo polecam Wam nie tylko odwiedzić Płock, ale w ogóle jeździć. Naprawdę to jest świetny czas na takie rzeczy. Trzeba się tylko zmobilizować, a potem skorzystać z tego, że wiosna tak hojnie obdarowuje nas dobrą pogodą.


PHOTOS: główne - pexels.com
reszta - zdjęcia mojego autorstwa, wszelkie prawa zastrzeżone



Masz swój ulubiony kolor? Taki jeden, który lubisz, chociaż nie ma ku temu jakiejś konkretnej przyczyny? Albo taki, w którym nie koniecznie dobrze wyglądasz i nie szukasz go na koszulkach czy spodniach na lato? Nie jest Ci w nim po prostu do twarzy, ale i tak darzysz go niesamowitą sympatią? Ja mam taki kolor. Zielony. I już tłumaczę dlaczego!

ZIELONY OZNACZA WIOSNĘ – A ONA JUŻ NADESZŁA!

Nie mam pojęcia dlaczego, ale zaczęło się to bardzo dawno temu. Może nawet wtedy, gdy nie potrafiłam koloru nazwać, ale instynktownie wybierałam odpowiednią kredkę. Zieloną. Jasną, ciemną, pastelową. Bez różnicy! Najistotniejsze było to, że wybór zawsze padał na tę w kolorze trawy. Albo liści. Albo czterolistnej koniczyny.
            Przyznaję bez bicia – nie wiem, dlaczego moim faworytem jest zieleń. Mam jednak 3 teorie, które mogą być odpowiedzią na to nurtujące pytanie. Mianowicie…

Zielony to spokój
            Nie bez przyczyny mówi się, że zielony kolor potrafi odprężyć, uwolnić negatywne emocje i pozbyć się ciężaru. Oszukiwała nie będę - gdy mnie ktoś wkurzy, to nie wgapiam się w zielony punkt na ścianie. Jeszcze nie oszalałam. Lubię jednak wtedy wyjść na spacer. Albo pobiegać. Koniecznie w lesie.
            Chociaż nie biegam już od dłuższego czasu, a wkurzona nie byłam już dawno, to jednak zasada ta jest niezmienna. Gdy coś wyprowadza mnie z równowagi, to lubię wyjść i przez długi czas nie wracać. Bo chce pobyć sama. Bo mam potrzebę bycia gdzieś dalej. Bo chce się wyciszyć i uspokoić. A możecie mi wierzyć – nic nie uspokaja tak bardzo jak przyroda. Jak te zielone liście na drzewach w środku lasu. Albo pola pokryte zieleniejącą się trawą.
            Zielony potrafi odprężyć. Nie na siłę, wulgarnie zakradając się do wnętrza. Robi to subtelnie i powoli. Wyciąga negatywną energię i zamienia ją na coś dobrego.
            Przynajmniej u mnie się to sprawdza.

Zielony to nowe
            To świeższe powietrze. Ptaki latające nad głowami. To kolorowe kwiatki na zielonych łodygach i słońce zachodzące później niż do tej pory. Zielony to taki czas zmian, nowego początku. Wybacza przewinienia i pozwala brnąć dalej w nieznane. Wyznacza nowy porządek, ustala zasady na kolejny kwartał i przygotowuje do czegoś jeszcze lepszego.
            Ale przede wszystkim…

Zielony to kolor wiosny
            I to nie tej nieśmiałej, która miejscem dzieli się z zimą. Nie tej początkowej, kiedy to świat nie może zdecydować się na to czy dzisiaj zaskoczy śniegiem, czy słońcem. Zielony to kolor pewnej siebie wiosny, która zdecydowanym krokiem idzie przez świat i zaznacza na nim swoją obecność.
            Zielony to ta wiosna w pełnej okazałości. Ta, która nie dzieli się miejscem z zimą. Przeciwnie – zastępuję ją i skutecznie usuwa z drogi. To ten kolor, który oznacza coś nowego. Budzący się do życia świat, któremu trochę przysnęło się zimą. To piękne ćwierkanie ptaków i bociany na łące. Ropuchy chowające się w trawie. Wiatr szeleszczący między młodymi liści.
            To te pierwsze przejażdżki rowerem i spacer po rozkwitającym lesie. To uchylone szyby w samochodzie i wdychanie powietrza z zielonych płuc rodzinnego miasta. To nadejście czegoś nowego. Zwiastun lata. Sygnał dla świata, że pora wreszcie coś zrobić.
            Ten moment wreszcie nastał. Wszystko budzi się do życia, a świat zaczyna kolorować się na naszych oczach. Zaczynając oczywiście od zieleni w alejkach w parku czy w rabatkach przy chodniku. Zieleń to wiosna. A ona już nadeszła i trzeba wziąć od niej jak najwięcej.

Jak poczuć wiosnę?
            Nasuwa się jednak pytanie, co zrobić, żeby te wiosnę poczuć jeszcze bardziej i w pełni wykorzystać jej obecność. Sposobów może być wiele, ale moja lista jak co roku zaczyna się od tego, żeby:
- wyjść na spacer;
- pójść na rower (nawet napisze o tym w poście); 
- posiedzieć na tarasie, balkonie albo w ogródku;
- poczytać książkę, ale koniecznie na zewnątrz;
- wdychać świeże powietrze;
- iść do lasu, żeby sprawdzić, jak dużo rzeczy budzi się właśnie do życia;
- zjeść pierwsze lody poza domem;
- odpalić grilla albo zrobić ognisko;
- poleżeć w parku;
- wypić herbatę na zewnątrz;
- zrobić zdjęcia zieleniejącej się przyrody;
- i wszystkim kwiatkom, które można znaleźć na drodze;
- wypatrywać bocianów;
- zrobić coś dla siebie i innych.

To jest też najlepszy moment, żeby zacząć swoją przygodę z bieganiem albo innym sportem, który uprawia się na wolnej przestrzeni. Wiosna to początek, to ciepło, słoneczny dzień i piękno wokoło. Wszystko się już zaczęło, więc warto wyjść z domu i korzystać z tego, co daje nam świat.
Zielony to piękny kolor i mogę go teraz oglądać do woli. A potem już lato: złote zboże na polach; upalne dni, które chce się spędzić nad wodą, urlopy i truskawki. Ale póki co – cieszmy się wszyscy tym zielonym kolorem i wiosną. Wreszcie się jej doczekałam!

PHOTO: Karol D



Marzec. Minął tak szybko jak poprzednie miesiące i wreszcie przyniósł ciepłe dni, na które chyba wszyscy czekali. Idzie wiosna! Idzie słońce, zielona trawa, krokusy w ogródkach, zawilce na łąkach, późne zachody słońca i krótkie rękawy przy koszulkach. No i ptaki głośno zaznaczające swoją obecność. Dzisiaj widziałam nawet bociana! Marzec to miesiąc oczekiwania na to wszystko, o czym wspomniałam. I sporo zdarzeń, o których przeczytacie w tym poście.

TACONAFIDE, ROWER MIEJSKI I PRACA COPYWRITERA

Życiowo
Mogę śmiało powiedzieć, że w tym miesiącu działo się całkiem sporo. Początek marca to moje samochodowe problemy, które zaczęły się już podczas ostatnich mroźnych dni lutego. Nawalił mi rozrusznik i mój samochód, najzwyczajniej w świecie zdechł. Przez ponad dwa tygodnie musiałam obyć się bez niego, a do rzeczy prostych to nie należy. Szczególnie wtedy, gdy mieszka się na wsi, a z auta korzysta się na co dzień.
Ta sytuacja spowodowała, że po głowie chodziły mi trzy wnioski.
Pierwszy: życie na wsi bez samochodu to katorga. O czym wiedziałam już wcześniej, w końcu ile razy przeklinałam spacer przez 3 kilometry ze szkoły do domu... W deszczu. Albo zaspach śniegu...
Po drugie: prawko to teraz podstawa. Bo choćby samochód miał zamiar rozkraczyć się na środku drogi, to i tak pocieszeniem jest posiadania prawa jazdy, a co się z tym wiąże - niezależności.
Po trzecie: brak samochodu, to jak brak ręki czy nogi. Szczególnie, gdy w jakiś sposób trzeba dostać się na stacje oddaloną już nie 3, ale 15 kilometrów dalej. A proszenie o podwózki w końcu może wykończyć.
Na szczęście samochód udało się odratować i śmiga teraz jak nowy, uff!

Żeby jednak nie było gorzkiej refleksji o tym, jak czasami ciężko jest żyć na wsi, to muszę napisać o plusach. A największym z nich jest możliwość jazdy na rowerach po spokojnych drogach i uliczkach. W mieście zdecydowanie o ten spokój ciężko. Poza tym, nie wiem kto lubi jeździć w takich miejscach, ja z pewnością nie. Wolę oddalone od zgiełku i ruchu drogi.
Lubię jeździć rowerem. Dlatego też w marcu postanowiłam wreszcie kupić sobie rower miejski. Nie jest to dobry jednośladowiec na wycieczki po lasach, źle znosi jazdę po nieutwardzonych drogach, ale i tak jest super. I już nie sapię na nim tak, jak na góralu mojego chłopaka, który dla mnie był zbyt toporny.

Marzec to także praca. Zaczęłam nawet swoją przygodę z copywritingu i powiem szczerze, że póki co jestem zadowolona. Podoba mi się to pisanie tekstów na zlecenie i pewnie napiszę Wam posta o tym, jak to wygląda i na czym dokładnie polega. Poza tym coraz bardziej nastawiamy się na Mazury i już trochę w minionym miesiącu wyszperaliśmy informacji na temat możliwych atrakcji czy miast wartych zwiedzenia.
Może ktoś był w Giżycku lub Mikołajkach? Polecicie coś fajnego do zwiedzania, przeżywania lub dobrą ofertę noclegową?

Blogowo
Jak wyglądała moja blogowa aktywność? Nie było tak źle! W marcu napisałam 6 tekstów, w tym dwie rozmowy na "Blogerskie pitu-pitu". Chociaż miesięcznego planu dokładnie nie wypełniłam, to i tak jestem zadowolona z tego, co udało mi się zdziałać we wpisach.
Trochę gorzej wyglądała moja aktywność na innych blogach, ale staram się regularnie zaglądać też do Was.

Wpisy, które powstały w marcu to:
- Blogerskie pitu-pitu: O trudnych decyzjach, które trzeba podjąć w życiu, w rozmowie ja i Klara oraz wyprowadzki z domu, obawy, plusy i  rzeczy, których warto się uczyć;
- 12 piosenek o miłości specjalnie na Dzień Kobiet, czyli kobiety śpiewające o swoich uczuciach , emocjach i miłosnych historiach;
- Szukasz fajnych seriali na wiosnę? Oto moja 6!, w środku oczywiście moje perełki z Netflix, które świetnie się oglądało;
- Blogerskie pitu-pitu: Czy bloger potrzebuje do szczęścia Facebooka, Instagrama lub YouTube'a?, rozmowa z Anitą o mediach społecznościowych, ciekawych miejscach w internecie i szukaniu inspiracji;
-Share week - polecam 3 moje ulubione blogi, które lubię czytać, więc post o moich ulubieńcach w blogosferze i zachęta do wzięcia udziału w projekcie Andrzeja Tucholskiego;
- Ciepło, zieleń i mokry poniedziałek -tak kiedyś wyglądały święta, czyli smutna refleksja o tym, że śnieg w Wielkanoc niszczy święta oraz moje wspomnienia z dzieciństwa.

W tym miejscu chciałabym również podziękować Marcie za piękne wzmianki w jej postach i na facebookowej tablicy o moim blogu. Cieszę się, że się podoba! Obym nie zawodziła.

Muzycznie
Muzyka towarzyszy mi każdego dnia. W radiu, na Tidalu, Youtubie czy leci gdzieś w tle. Niezależnie od gatunku, rodzaju, wykonawcy warto ją włączyć i z nią spędzać czas. Np. w pracy. Albo pociągu. Albo po prostu w domu, słuchając ulubionych kawałków. Co jednak zaskoczyło mnie muzycznie w marcu? Znowu rapowe podwórko.
Największy szok przeżyłam wtedy, gdy usłyszałam o współpracy Quebonafide i Taco Hemingway'a. I nie, nie przy jakimś pojedynczym utworze. Postanowili oni stworzyć wspólną płytę wydaną pod ich muzycznym pseudonimem Taconafide. Póki co mam mieszane uczucia, kawałki są w porządku, ale nie mogę się przyzwyczaić do tych dwóch panów w duecie. Ale zobaczymy! Oby do połowy kwietnia, wtedy to wyjdzie płyta.


Kolejna pozytywna muzyczna niespodzianka to album Kękę. Wspominałam w ostatnim podsumowaniu, że spodobały mi się jego utwory, a płyta to w ogóle no, dobra robota!
W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o zespole z Ameryki Łacińskiej, RBD. To już nie rap, bardziej latynoski pop, ale miło było mi wrócić wspomnieniami do tego zespołu. W końcu to z nimi przeżywałam nastoletnie bunty oglądając "Zbuntowanych". O ich kawałkach przypomniałam sobie przy okazji piosenek na Dzień Kobiet i jak zaczęłam słuchać, tak wpadłam w temat całkowicie. Koncerty obejrzane, wspomnienia wróciły, a kawałki sobie znowu mogę nucić.
Na końcu oczywiście Margaret, której nie mogło zabraknąć w podsumowaniu. Robi mi ona dzień za każdym razem, gdy słucham jej "Byle jak". Piękna jest to piosenka, chociaż smutna!

Serialowo
Można by powiedzieć, że w marcu trochę się opierdzielamy z moim chłopakiem. Na liście obejrzanych seriali na Netflixie mamy tylko dwie pozycje "Z nation" i "W garniturach". O tym pierwszym napisze w kwietniu przy okazji kolejnego zestawu fajnych seriali, o "Suits" pisałam już kiedyś. Zdania nie zmieniłam, serial wciąż jest super, a mój chłopak chyba wciągnął się tak, jak ja dwa lata temu. Nie wiem, czy w tym miesiącu obejrzymy jakiekolwiek inne seriale, bo więcej czasu spędzamy na zewnątrz. Zobaczymy! Ale nie żałujemy.


Sportowo
O, i tutaj mogę się pochwalić. Powoli wracam do formy! W marcu zaliczyłam i ćwiczenia na orbitreku i na prawdziwym rowerze. Endomondo pokazuje mi 70 przejechanych kilometrów. A to wszystko robione w ostatnich dnia poprzedniego miesiąca. Do tego mnóstwo czasu na orbitreku i sporo spalonych kalorii. Może do lata trochę spadnie mi waga!

Polecam z sieci
W marcu na największą uwagę zasługuje akcja Share Week. Już o niej u mnie czytaliście, ale warto w tych ostatnich dniach spiąć się i wziąć w niej udział. Naprawdę fajna sprawa. Ale czas jest tylko do 8 kwietnia, więc trzeba się spieszyć.

PHOTOS: pexels.com


 

Pamiętasz ten kolor trawy i zawilce rozkwitające na łące? Krokusy w ogródku sąsiada i wszystkie kwiatki w rabatkach w miejskich parkach? Bratki wyglądające z ziemi i ten zapach. Zapach wiosny wśród świergotu ptaków. No i wracające do Polski bociany. Słońce nieśmiało wyglądające zza chmur i koszyczek uginający się od ciężaru święconki.Takie były kiedyś święta.


CIEPŁO, ZIELEŃ I MOKRY PONIEDZIAŁEK - TAK KIEDYŚ WYGLĄDAŁY ŚWIĘTA

Dzisiaj niestety jest inaczej. Chociaż ciągle jest ten koszyczek, baranek i dobra kiełbaska, tak brakuje pogody. Jest bowiem zimno. Zimno, ponuro, szaro, buro, deszczowo, a miejscami może pojawić się nawet śnieg. Nie takie powinny być święta i nie tak je sobie zapamiętałam. Powiecie mi zaraz, że "hey, przecież nie o to w tej Wielkanocy chodzi!". I ja to rozumiem doskonale. Ale czy pogoda to też nie kluczowa sprawa? Szczególnie w Lany Poniedziałek? Już dawno nie widziałam, żeby ktoś się oblewał wodą na zewnątrz. Czy to słońce nie byłoby piękniejsze podczas rodzinnego spaceru albo wycieczki na rower?
Brakuje mi tego ciepła i pięknych pachnących kwiatków. Pąków na drzewach i słońca! Wam też?

Wiecie jak pamiętam Wielkanoc z dzieciństwa? Zamyka się ona w trzech dobrych wspomnieniach.

Pierwsze: było ciepło
I to nie byle jak ciepło, bo tak, że można było urządzić sobie wspólny wypad do ciotki. Na rowerach! I nie trzeba było martwić się tym, że błotem pobrudzi się wyjściowe spodnie. Tego błota zwyczajnie nie było, a ciasto można było zjeść w altance po środku ogródka. Grube swetry nie były potrzebne, bo najzwyczajniej w świecie było ciepło. Słońce potrafiło mocno przygrzewać, a przyroda już dawno zaczęła budzić się do życia. Tak było.
Czwartek wielkanocny, Warszawa. Jajka chowano w śniegu

Drugie: Lany Poniedziałek naprawdę był lany
A to przez punkt pierwszy, w którym pisałam o pogodzie. Świąteczny poniedziałek to był dzień, kiedy bezpieczniej było nie wychodzić z domu. Bo psikawki, pistolety... i wiadra. A nawet stawy, bo tym też straszył mnie kiedyś wujek. I chociaż wolałabym, żeby do tego stawu mnie nie wrzucał (szczególnie dlatego, że nie umiałam pływać), to jednak człowiek mógł się bawić. Mógł wstać z rana, zaraz po tym jak dziadek stwierdził, że 6 godzina to idealna pora do oblania wszystkich wodą z kubka. Wtedy zaczynała się walka. Często niemalże na śmierć i życie. W grę wchodziło wszystko, co pomieści wodę, a nawet ogrodowy szlauch. I wierzcie mi, nawet jak wróciło się do domu mokrym, jakby skąpało się w rzece, to i tak był to najlepszy dzień w święta.

Trzecie: jeżdżenie do lasu po bukszpan
Bo wtedy naprawdę można było jeździć wiosną rowerem, a bukszpan nie leżał zakopany pod śniegiem. I o ile Lany Poniedziałek to była walka, o tyle jazda po ten element potrzebny w koszyczku, to był wyścig. Kto pierwszy, ten lepszy. A wygrywał oczywiście ten bukiet najbardziej okazały.
Do tego jajka. Te to można było farbować na domowe sposoby, korzystając z tego, co już dała wiosna. Teraz to tylko te barwniki i krzyk mamy, żeby nie dotykać, bo odbiją się palce. Eh! Takie teraz mamy święta.

Tak, tęskni mi się za ciepłem. Nie tylko w święta, ale tak w ogóle. Ciężko było w tamtym roku naliczyć dni pogodnych, z prażącym słońcem i piaskiem sypiącym się między palcami. Więc tak, tym bardziej czekam na to w tym roku. I może jednak coś się zmieni i święta jednak będą słoneczne? Deszczu mam już serdecznie dosyć! Podejrzewam, że Wy trochę też.
Niezależnie jednak od temperatury za oknem, życzę Wam, aby te święta były pogodne. Skoro wiosna nie chce tej pogody dać, to sami musimy zadbać choćby o pogodę ducha. Dlatego też życzę Wam Wesołych świąt!

Dajcie znać, jaką macie pogodę! I czy zalało Was w śmingusa dyngusa! Co Wam najbardziej kojarzy się ze świętami?

PHOTO: pexels.com