Czego nauczyło mnie życie w Warszawie?

18:58 Magda 39 Comments


Wyprowadziłam się z domu po długich rozmyślaniach, z niepewnością czy sobie poradzę, czy tak naprawdę tego chcę i czy nie zagubię w tym mieście samej siebie. Mieszkałam w Warszawie ponad dwa lata. Były tygodnie, kiedy do domu wracałam na kilka godzin albo takie, kiedy siedziałam rozwalona na leżaku przez kilka dni i nie miałam zamiaru wsiadać z powrotem w pociąg do stolicy. Były momenty, kiedy to właśnie w niej znajdowałam spokój i azyl, którego w danych dniach potrzebował. Warszawa to nie tylko miasto betonu. To miejsce, które potrafi czegoś nauczyć.

CZEGO NAUCZYŁO MNIE ŻYCIE W WARSZAWIE?

Nauczyłam się tego, że czasami trzeba zrobić coś na ostatnią chwilę
            Kiedyś wszystko planowałam, robiłam z wielkim wyprzedzeniem by na sam koniec mieć jeszcze czas na poprawki. W Warszawie nauczyłam się, że czasami po prostu tak się nie da, że nie ma to czasu albo że ten czas można spożytkować zupełnie inaczej. Dlatego też dałam sobie na luz i już tak bardzo nie spinałam się o to, żeby zrobić wszystko szybko, na już. Do pracy przygotowywałam się w trakcie jazdy autobusem, na zajęcia prezentacje robiłam na wieczór przed. I co? I nic. A właściwie to same plusy, w końcu dzięki temu nauczyłam się spontaniczności i innej gospodarki czasu.

Wiem już, jak prasować
            W moim domu prasowało się mało, głównie od święta, gdy jakaś koszula już naprawdę nie nadawała się do założenia. Nigdy jednak nie miałam żelazka w rękach. Pierwszy raz, zupełnie przerażona sięgnęłam po nie w Warszawie, gdy wszystkie koszulki, przez brak szafy, w której mogłyby wisieć, wyglądały tak, jakby pies je przełknął i wypluł. Coś mi świtało, jak należy to robić, jednak to żelazko w mieszkaniu było stare, pordzewiałe i ogólnie rzecz mówiąc – bałam się tego jak wygląda i co mi może zrobić z ciuchami. Na szczęście przełamałam się i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że prasowanie nie jest takie złe, a mając lepszy sprzęt, pewnie dałoby radę je polubić.

Zaczęłam bardziej doceniać to, skąd jestem
            A jestem z małej miejscowości, w której niemalże wszyscy się znają, przez co plotki rozchodzą się jak błyskawica. Wszyscy mówią sobie „dzień dobry” na przywitanie albo chociaż kiwną głową, gdy jadą samochodem. To mała wieś, do której z wielką chęcią wracałam, zaszywałam się w niej i po prostu odpoczywałam od hałasu i pędu Warszawy. I chociaż bardzo często denerwowali mnie w domu, to jednak czasami lepiej było przemęczyć się w nim, niż umierać w stolicy. Szczególnie w upalne, letnie dni, kiedy nie myśli się o niczym innym tylko rozkładanym krześle i miejscu w cieniu, najlepiej przy stawie za podwórkiem.

Nauczyłam się doceniać ciszę, zieleń i święty spokój
            Bo chociaż w domu raczej na ciszę i spokój nie mogłam liczyć, to wychodząc z niego, choćby na podwórko, sprawa miała się zupełnie inaczej. Po takim powrocie z Warszawy cieszył mnie choćby widok bocianów stojących na łące czy wielkie belki siana w czasie żniw. Zawsze to coś, co pamięta się z dzieciństwa, a co potrafi ukoić zszargane nerwy. I ta zieleń! Żadne miejsce nie jest tak piękne wiosną jak Polska wieś.

Nauczyłam się tego, że można mieć wszystko, czego się tylko chce
            Trzeba oczywiście tylko chcieć bardziej niż tyko trochę i dążyć do tego, żeby to wszystko osiągnąć. Warszawa to w końcu miasto pełne możliwości. Dlatego też nie było ciężko znaleźć tam pracę. Nie trudno zarobić, zaoszczędzić i spełniać swoje marzenia. Ale to też miejsce, które uczy takich małych rzeczy, które możesz robić dla siebie. Jak tego, że jeśli bardzo chcesz, to zawsze możesz zrzucić kilka zbędnych kilogramów, czy wrócić do bloga, na którym nie pisałaś od ponad roku. Tak naprawdę cele zależą tylko i wyłącznie od naszej wyobraźni, a potem to już nic, tylko wziąć się do roboty.

Wiem już, że świat się nie zawali, jeśli czasami sobie odpuszczę
            Warszawa potrafi rozleniwić. Mnie przynajmniej potrafiła. Chociaż to miejsce, w którym zawsze coś się dzieje i zawsze jest coś do zrobienia, to nauczyłam się, że warto sobie czasami darować. Dłużej poleżeć w łóżku, zjeść śniadanie, które nie będzie kanapką wchłoniętą w biegu. Albo pisać posty na bloga, zamiast siedzieć na zajęciach, na które wcale nie ma się ochoty iść. Czasami po prostu warto usiąść i sobie porozmyślać, niż męczyć się i wariować.

Zrozumiałam, jak ważna jest samodzielność
            Z tym zgodzą się ze mnie pewnie wszyscy, którzy wyprowadzili się z domu – człowiek nie nauczy się samodzielności, dopóki nie wyfrunie spod skrzydeł rodziców. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy trzeba pamiętać o odkładaniu na czynsz, o tym, że trzeba zrobić pranie, a po powrocie z uczelni nie będzie na nasz czekał obiad, chyba że zrobimy go znacznie wcześniej. Samodzielność to świadomość, że nie ma mamy, która zmyje za nas naczynia piętrzące się w kuchni, czy sprzątnie w salonie. A już w szczególności samodzielność poczuje się wtedy, gdy człowiek zda sobie sprawę, ile tak naprawdę kosztują zwykłe bułki na kanapki, które jemy w ciągu tygodnia.

Nauczyłam się tego, że wcale nie muszę się śpieszyć
            Chociaż, paradoksalnie, Warszawa to miasto, w którym śpieszą się wszyscy i nawet po ruchomych schodach się wbiega, a nie po prostu wjeżdża. Ja jednak wiedziałam, że lepiej przejść się spacerkiem, zamiast wsiąść znowu do zatłoczonego autobusu i przejechać dwa przystanki. Wiedziałam też, że czasami w parku trzeba po prostu posiedzieć i pokontemplować, choćby przyrodę, a nie biegać. Albo tego, że wcale nie trzeba rozbijać się łokciami na „patelni”, bo da się spokojniej i powoli.

Złapałam się na myśli, że nie ważne gdzie się jest, najważniejsze to być sobą
            Ja jestem dziewczyną z małej, podwarszawskiej wsi i wcale się tego nie wstydzę. Ba! Podkreślam to na każdym kroku, bo cieszę się z tego, skąd jestem.

Stało się dla mnie oczywiste, że wszędzie jest dobrze, ale w domu jest najlepiej

            Chociaż to też się oczywiście zmienia, bo teraz dobrze mi wtedy, gdy mam obok swojego chłopaka. Chodzi przede wszystkim o to, że jestem z małej miejscowości i w tych małych miejscowościach czuję się najlepiej. I już nieważne czy konkretnie u mnie, czy u mojego chłopaka. Najważniejsze jest to, że jak wyglądam za okno to widzę niebo, las i dzikie zwierzęta, jeśli się uda, a nie inne bloki. 

PHOTO: Juhasz Imre

39 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawe doświadczenie :)
    Właśnie też mam wątpliwości czy bym dała radę w Warszawie :D

    http://live-telepathically.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczy się przestawić i człowiek się przyzwyczai:)

      Usuń
  2. Hmm ja chyba odniose się do prasowania :P nie lubię i jak w mojej dłoni jest żelazko to jest to święto :P obecnie sama mieszkam w małej miejscowości ale ma to swoje plusy i minusy. Jakoś chyba wolę życie w mieście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja znalazłam plusy mieszkania w wielkim mieście (wszędzie jest blisko, chociaż mam samochód wiex i tak nawet na wsi nie narzekam, znacznie łatwiej jednak znaleźć pracę, jest więcej możliwości itd.). Jednak spokój i cisza, którą daje mi wieś są zdecydowanie lepsze i wygrywają. Chyba po prostu tu jest moje miejsce.

      Usuń
  3. Fajnie,że przez mieszkanie w innym mieście mogłaś się tyle nauczyć. To jest cudowne, że możemy wyciągać wnioski z naszego doświadczenia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze mówiłam, że mogę zamieszkać wszędzie, aby nie w Warszawie ;) Jestem z małego miasta i przeniesienie się do takiej metropolii jest dla mnie przerażające ;) Już w Lublinie (na początku) czułam się nieswojo ;) A gdzie to Lublin do Warszawy porównywać? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zawsze mówiłam, że nigdy w życiu, Warszawa? Fuu. A skończyło się na dwóch latach tam.

      Usuń
  5. Ja aktualnie mieszkam w Warszawie i faktycznie, zieleń i spokój moich rodzinnych stron to duży plus, ale też pochodzę z przedmieść, gdzie każdy interesuje się sąsiadami. Mohery wiedzą o której idziesz w którą stronę i zanim wrócisz do domu to domownicy już wiedzą, że przechodziłaś koło domu takiej czy takiej Pani. Zresztą nie tylko mohery, młodzi ludzie robili to samo. To akurat mnie bardzo wnerwiało, zainteresowanie wszystkich dookoła. Myślę, że nigdy więcej bym nie chciała mieszkać w takim otoczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zdecydowanie jest słabsza strona mieszkania w małych miejsowościach. Niby człowiek chroni prywatność, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie sobie zbierałam o nas informacje, a już tym bardziej z zainteresowaniem śledził to gdzie, o której, i z kim wychodzisz. Niestety!
      I jak Ci się podoba w Warszawie?

      Usuń
  6. Widzę, że dobrze się odnalazłaś w stolicy. Takie doświadczenie z pewnością usamodzielnia. Fajnie też, że w razie czego zawsze masz azyl - swój dom rodzinny, gdzie możesz naładować akumulatory. Ja całe życie w mieście mieszkałam i tęsknię za naturą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dałabym rady siedzieć ciągle w mieście, a już w szczególności w Warszawie. Zgłupieć tam można na dłuższą metę, to nie dla mnie. Chociaż, nigdy nie wiadomo,gdzie nas w życiu poniesie.

      Usuń
  7. Samodzielnosc w życiu samemu to podstawa bez tego po prostu ani rusz. Nie lubie uzalezniac sie od innych a wrevz wole radzic sobie sama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat nauczyłam się też prosić o pomoc, żeby się nie wkurzać, że mi coś nie idzie, albo idzie, ale nie tak jakbym chciała.

      Usuń
  8. Nauczyłaś się wielu bardzo ważnych rzeczy. Myślę, że Twój post może być wskazówką dla innych i takim impulsem do zaczęcia zmian w życiu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świata od razu nie zmienie, ale mogę pokazać, że nawrt taka Warszawa nie jest zła:D

      Usuń
  9. Świetny tekst. Sama od dwóch - ponad - lat żyję w Warszawie i widzę w niej wiele dobrego, a nie tylko zatłoczone tramwaje i betonowe krajobrazy...
    Nigdy nie da mi ona wszystkiego, co miałam w mojej małej miejscowości, ale jestem z niej naprawdę zadowolona.
    Piszesz dużo o życiu... podobają mi się te Twoje wpisy. Dodałam do obserwowanych, a co mi tam! :)

    Cudownego dnia!
    https://coscudownego.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przyznasz, że tego betonu jest jednak dużo. Dlatego jak siedziałam w Wawie potrzebowałam choćby kilku godzin w rodzinnych stronach, żeby nie zglupiec:D

      Usuń
  10. rodzinny dom mam na wsi, studiuję w Katowicach i choć bardzo mi się podoba to przyszłość wiążę właśnie z mieszkaniem na wsi, nie ma opcji na miasto D:

    Pozdrawiam,
    ANRU :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tak samo. Na dłuższą metę nie odnalazłbym się w mieście. I nie chciałabym, żeby np. Moje dzieci wychowywały się w zamkniętym blokowisku, mając tylko chwile na kontakt z przyrodą.

      Usuń
  11. Warszawę znam jedynie z krótkich wypadów tam... a życie w stolicy, chyba tak jak w każdym większym mieście uczy podobnych rzeczy ;) chociaż mnie do żelazka chyba już nic nie przekona :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzadko prasować, ale za to hurtowo, taki jest mój sposób:D

      Usuń
  12. Fajnie poczytać takie doświadczenia ze stolicy :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Super sie ten wpis czytało, jest bardzo pozytywny, ogólnie zycie wzieło Cię w obroty :)

    Zapraszam http://ispossiblee.blogspot.com/2017/10/hello-autumn.html

    OdpowiedzUsuń
  14. Bardzo korzystne nauki wyciągnęłaś z tego mieszkania w Warszawie :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja też w Warszawie nauczyłam się doceniać spokój, ale za tym tęsknie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak. To jest najlepsze miejsce do tego, żeby ogarnąć, jak ważny jest spokój.

      Usuń
  16. Nigdy w Warszawie nie byłam, ale już po Krakowie widzę, że nie potrafiłabym żyć w wielkim mieście :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, ja nie byłam w Krakowie i chętnie to miasto zobaczę. Mam nadzieję, że w przyszłym roku.

      Usuń
  17. Ja nigdy w Warszawie nie byłam, na samą myśl "czas przyjechać do Warszawy na szkolenie" mam ochotę złożyć rezygnację - bliżej mi do Berlina niż do Warszawy czy Krakowa, aczkolwiek na pewno inaczej się żyje niż w innych miastach. Mnie korpo nauczyło, że trzeba się śpieszyć ale powoli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korpo niczym na Mordorze na Domaniowskiej?

      Usuń
  18. Ja swoją pierwszą przeprowadzkę wspominam z ironicznym uśmieszkiem, też się trochę obawiałam, byłam trochę nie pewna a to było tylko 80 km od domu :p Co ciekawe, kiedy przeprowadzałam się 9 000 km od domu, i sprzedałam praktycznie wszystko co nie mogło się zmieścić w walizce, przyjęłam to z większym spokojem i raczej nie mogłam się doczekać :P W Warszawie byłam raz, właśnie na Okęciu :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 9 tys. km? To gdzie Ty pojechałaś? To jest dopiero zmiana!

      Usuń
  19. Każde miejsce ma swoją specyfikę i przeprowadzka na pewno wiele nas uczy, dostrzegamy zupełnie nowe pozytywy i negatywy, zmieniamy sposób postrzegania. Właściwie dobrze jest przenieść się w nowe miejsce i powoli poznawać jego smak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. Też wydaje mi się, że to dobrze człowiekowi robi. I jest najlepszym sposobem, żeby wyrwać się z rodzicielskiego klosza.

      Usuń
  20. A wiesz? Ja przebyłam odwrotną drogę. Urodzona i wychowana w Warszawie teraz wyprowadziłam się na wieś. Kocham moje miasto, kocham stolice miłością niezmienną.. ale miałam dość tego całego pędu. Tego, ze ludzie wszędzie się spieszą.. biegną... Cóż.. wciąż chętnie do Warszawy wracam na weekendy. Ale życie ułożyłam sobie na mazowieckiej wsi... 150 km od metropolii. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już w ogole poszałaś! Mnie od stolicy dzieli tylko jakiś 45 kilometrów.

      Usuń

Jeśli się spodobało to zostań ze mną na dłużej!
Zaobserwuj, żeby być na bieżąco albo kliknij lajka na Facebooku, żeby wiedzieć więcej:)