6 rzeczy, których nigdy nie lubiłam w szkole

19:55 Magda 53 Comments


Jestem studentką już prawie trzy lata, ale to nie znaczy, że zapomniałam, jak to było w szkole. Chociaż teraz patrzę na okres szkolny z większym sentymentem i wiele jestem w stanie wybaczyć, to wciąż przypominają mi się rzeczy, których strasznie nie lubiłam wtedy i których nie lubię dzisiaj. Niby studia, niby uczelnia wyższa, a jednak nadal irytuje mnie to wszystko, o czym wspomniałam w poście. Może oprócz matmy, bo tej na szczęście nie mam w planie. Niech żyje dziennikarstwo!

6 RZECZY, KTÓRYCH NIGDY NIE LUBIŁAM W SZKOLE

A do odpowiedzi przyjdzie…
            Tak, tak. Zawsze miałam nadzieję, że nie trafi na mnie... Jakoś nie miałam zamiaru produkować się na tematy, o których nie miałam zielonego pojęcia i – jeśli mam być szczera – trochę mi one wisiały. Co jest fajnego w wymyślaniu na poczekaniu głupich odpowiedzi, którymi trzeba się pochwalić przed całą klasą? Już wolałam zapisywać średnio inteligentne odpowiedzi na kartce papieru. Te przynajmniej widziała tylko moja nauczycielka i jedynie ona mogła cisnąć z nich bekę.
            Bądźmy realistami – chyba nikt nie lubił stawać przed publicznością i udawać, że wie więcej (albo cokolwiek) na temat, który rzucił nauczyciel. Ja tam zwykle wiedziałam niewiele. Albo nic.

Dzwonek jest dla nauczyciela nie dla uczniów…
            czyli wieczny dowód na to, że nauczyciele mają nas w głębokim poważaniu i są jakimiś robotami, które nie potrzebują jeść, pić, sikać albo gadać z rówieśnikami.  No dajcie spokój! Jak mój żołądek kończy ze mną pertraktacje o tym czy powinnam dać mu jeść, czy też nie, a zaczyna śpiewać pieśni o tym, jaki to jest głodny, to ja naprawdę nie mam ochoty siedzieć dłużej w klasie. Chcę wyjść i coś zjeść. Albo po prostu chce wyjść, bo już dłużej nie mogę znieść tego gadania i wszelkiego rodzaju zagadek matematycznych, historycznych, biologicznych, a nawet kalamburów z języka polskiego.

Sprawdzian
A w szczególności ten niezapowiedziany. W dodatku z przedmiotu, którego nienawidzę i nigdy się do niego nie przykładam. Abstrahuję już od tego, że nie rozumiem tego, co nauczyciel próbuje wbić mi do głowy na lekcjach. Czy on jednak naprawdę musi dobijać jeszcze bardziej robiąc jakieś testy, kartkówki i inne takie pierdoły, które dosadnie pokazują jaką jestem kretynką? Dla mnie to zawsze był cios poniżej pasa...
Poza tym – jaki jest sens w robieniu niezapowiedzianych sprawdzianów skoro wiedza, którą wkuło się poprzedniego dnia na lekcjach i tak w końcu wyleci z głowy? W dodatku, patrząc na to praktycznie – wyleci ona bardzo szybko? Bez utrwalania informacji niestety można tylko pomarzyć o zachowaniu ich w pamięci. No chyba że ktoś ma fotograficzną pamięć. Ja nie mam i po dziś dzień nad tym ubolewam. Może miałabym lepsze stopnie, gdyby wszystko czego się nauczę i co usłyszę na lekcji, tak szybko nie uciekałoby mi z głowy…?

Top 3 najbardziej znienawidzonych przedmiotów
            A więc krótka historia o tym, jak Magda zdawała do kolejnej klasy, nie ogarniając co się dzieje… No dobra, na matmie czasami dostawałam olśnienia i coś tam udawało mi się obliczyć. Ba! Nawet na maturze lepiej poszła mi matma niż polski, czego nie mogę pojąć do tej pory. Niby 2 % różnicy, ale jednak wszyscy w domu śmiali się, że niby humanistyczna dusza, a matmę zdała lepiej niż swój kochany polski. Co mam powiedzieć? Może jednak mam jakieś matematyczne zdolności, hę?
            Z chemią już tak kolorowo nie było. Tutaj pomogli mi jedynie znajomi, od których mogłam spisywać zadania. Niestety moja znajomość tego przedmiotu kończyła się na rozwinięciu skrótu H2O, resztę ogarniałam tylko wtedy, gdy po wielu próbach i długich godzinach męki, udawało mi się znaleźć jakiś schemat. Albo, jak już wspomniałam, ratowali mnie znajomi. W tym miejscu muszę pozdrowić Ewelinę, która pomimo wielu starań, nie potrafiła mnie chemii nauczyć. Nie Twoja wina, że nie rozumiałam połowy pojęć, którymi się posługiwałaś…
            Na koniec fizyka… Tutaj nie ma co się rozwodzić. Po dziś dzień nie wiem, jak udało mi się to zaliczyć (na 2!). Chyba fart albo mój urok osobisty…

Zróbcie to w domu
            Ahaaa, czyli musiałam siedzieć po dzwonu w klasie i słuchać tłumaczenia zadań, których i tak nie potrafię zrobić, by w końcu dowiedzieć się, że mam trzy strony pracy domowej? To bolało. Zawsze. Czy naprawdę nie dałoby się tego zrobić w szkole? Ja rozumiem, że na niektóre rzeczy nie ma czasu, ale bez przesady. 
               Po co tyle zadawać? I na co to komu? Przez lata nie odrabiałam zadań z matmy, a jednak udało mi się zdać maturę. Przy okazji miałam czas dla siebie, nie siedziałam przy pracy domowej kilku godzin tylko cieszyłam się życiem. Można? Można. A że z matmy nigdy nie byłam orłem to wiedział każdy i nikomu nie trzeba było tego przypominać. Wszystko jednak udało się pozaliczać, więc po co całe to jęczenie, że odrabiając prace domowe też można się wiele nauczyć?
            Ja tam z niektórych przedmiotów wolałam uczyć się tyle, ile potrzeba, aby zdobyć pozytywną ocenę. I tak nigdy nie widziałam się w roli matematyka, więc po co o nią zabiegać?

Co byś sobie postawiła?
            Zacznijmy od tego, że nie ja jestem od oceniania. No bo serio: skąd mam wiedzieć, czy to, co robię na lekcjach, jest naprawdę odpowiedzią na wymogi nauczyciela? Nie mogę być w 100 % pewna, czego żąda, jaki ma sposób oceniania, czy spełniam jego wymagania. Nigdy nie mogę mieć pewności czy czasami sobie nie zawyżyłam oceny i czy nie stawiam siebie w zbyt dobrym świetle.
            Przyznaję – pomysł na ten post przyszedł mi do głowy, gdy dowiedziałam się, że muszę ocenić swoją pracę na jednych z zajęć na studiach. Nie, jakoś mnie ta perspektywa nie ucieszyła i nadal nie wiem, co mogłabym sama sobie postawić. Ocena końcowa miała być średnią ocen z prac pisemnych i aktywności na zajęciach. Aktywność to u mnie wiadomo – niespecjalna. Gadać jakoś nie gadałam, bo nie idzie mi to zbyt dobrze, a mówić głupot jakoś nie mam w zwyczaju. Pisać za to lubię i chyba nie poszło mi to tak tragicznie, więc przynajmniej o to mogę być spokojna. Ale jak to z tą oceną końcową? Na 5 nie liczę, bo zbyt ambitnie do tego wszystkiego nie podchodziłam. Znowu 3 to trochę średnia sprawa, bo jednak starałam się pisać dobre teksty. Może zatem wylądować gdzieś po środku i zgarnąć 4? Może moje teksty będą w stanie mnie uratować. W końcu nie wyszły najgorsze. A i ja jakoś nie przeszkadzałam, pilnie słuchałam i nawet oglądałam te filmiki puszczane na zajęciach, chociaż godzina, kiedy one trwały, bardziej kusiła do drzemki niż do skupienia się i wyciągnięcia wniosków z zajęć.
Tak właśnie bym siebie oceniła. Chociaż wolałabym nie oceniać siebie wcale. Niech inni to robią, ja chętnie wysłucham rad, pouczeń i krytyki. 

Eh, jak to dobrze, że skończyłam szkołę i przynajmniej przedmiotami ścisłymi nie muszę się przejmować...


PHOTO: MasterTux

53 komentarze:

  1. Tylko nie zrób to w domu!!! Pamiętam jak moja wychowawczyni, która uczyła mnie maty zadała nam na ferie 3 matury i 5 zestawów maturalnych.. ' będę zbierać po feriach także radziłabym Wam zrobić ' wyszło razem około 400 zadań. Oczywiście biedna spędziłam całe ferie żeby tylko zrobić te zadania. Nie potrafiłam dwóch. Wracamy po feriach nauczycielka ' zbieram od tych co mają wszystkie, jeśli nie macie jednego to nie dostaniecie oceny '.. Od tamtej pory nie znosiłam mojej wychowawczyni.. !
    http://mundo-pandory.blogspot.com/2017/01/dziadek-i-babcia-pomocnicze-dusze.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 400 zadań, jejku. Kobieta nie miała serca :( I wcale się nie dziwię, że po takim komunikacie nie mogłaś jej potem polubić, też miałabym z tym problem. To tylko 2 zadania...

      Usuń
  2. argument z dzwonkiem był dobijający :D a fizyka do dziś jest dla mnie czarna magią, choc interesującą, za to chemię zawsze uwielbiałam :P no a postawianie ocen sobie... eh, mija się z celem, choć chyba jeszcze gorsze było to, jeżeli nauczyciel czy asystent chciał, by uczniowie./studenci oceniali siebie nawzajem... No niby jak? I po co? eksperyment psychologiczny? eh... Zapraszam na Niezależność i pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chemię dało radę znieść, fizyka to jednak inna para kaloszy. Jak się podstaw nie ogarnęło, to potem było tylko gorzej :(

      Usuń
  3. Nigdy nie lubiłam tych propozycji ocen sobie wystawiać. Nigdy nie ocenimy siebie tak, jak ocenią nas inni.
    Od siebie mogę dorzucić bezsensowne tony materiału. Ja rozumiem, że ludzie mają różne predyspozycje i każdy lubi co innego, ale mogę zagwarantować, że 95% moich znajomych nie pamięta dat wojen punickich, a ze starożytnej Grecji to mogą co najwyżej bogów wymienić i zabytki podstawowe.
    I pytania z czarnej dziury. Ostatnio rozwaliło mnie to, jak nauczycielka wyrwała koleżankę do odpowiedzi i zadała pytanie. Pytanie z pewnej części ciała, za przeproszeniem. Koleżankę wmurowało, bo tego na lekcji nie było. Na moją delikatną sugestię, że jednak o tym nie mówiliśmy, nauczycielka stwierdziła ,,Wy to macie umieć nawet jeśli tego nie było". Wtedy prawie trzydzieści osób pacnęło się ręką w czoło... Pani droga, ósma i ostatnia lekcja, poniedziałek, przedmiot mało ważny... Pani się cieszy, że my na tą lekcje przyszliśmy.
    Pozdrawiam ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, to w ogóle przebija wszystko. "Wy to powinniście wiedzieć" albo "tego powinni Was nauczyć w gimnazjum" czy jeszcze inaczej: "takich rzeczy to moje dziecko uczy się w podstawówce". I jak tu wytłumaczyć, że jednak tego nie było albo że zdążyło wylecieć z głowy?

      Usuń
  4. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ten tekst jest ironiczny... Ale to po prostu ja podchodzę do szkoły całkowicie inaczej i za nic nie rozumiem twojej argumentacji.
    No dobra, rozumiem że można nie lubić odpowiadać ustnie. Ale swoboda mówienia to szalenie przydatna rzecz i dobrze byłoby ją ćwiczyć, jeżeli nie ma się naturalnych predyspozycji. I nie jestem realistą, bo bardzo lubię produkować się na wszelkie tematy, a improwizacja też jest sztuką, mimo że polega właśnie na szybkim wymyślaniu odpowiedzi. Nie mówiąc już o tym, że jeżeli się nie uczyłaś, to tylko twój problem, że nie wiedziałaś.
    Tak, nauczyciel musi robić sprawdziany, bo to jego praca. To, że uczniowie nie są w stanie zapamiętać kilku dat na sprawdzian świadczy źle tylko o uczniach. Nauczyciel nie może też równo z dzwonkiem przerwać w pół słowa i dać wybiec klasie, bo po prostu musi dokończyć swoją wypowiedź. A nie jest robotem, więc czasem źle obliczy czas zajęć albo uczniowie będą mu wciąż przeszkadzać.
    Swoje znienawidzone przedmioty każdy ma, niestety mało jest ludzi genialnych we wszystkim. Ale skoro jakiś przedmiot jest dla ciebie ograniczeniem, to trzeba się spiąć i je pokonać. I tyle. marze o jakimś sposobie bym nauczyła się bezboleśnie języka angielskiego i informatyki, ale nie pozostaje mi nic innego, tylko zakazać sobie wyrażenia ,, nienawidzę tych przedmiotów" i uczyć się ich dalej, więcej i częściej. Brak zdolności do czegoś to nie wyrok, tylko wyzwanie.
    Zadania domowe to kolejny element systemu, który nauczyciele po prostu muszą spełniać. Też nie zawsze je robiłam, ale teraz tego żałuje, bo nie wyrobiłam sobie wystarczającej pracowitości i mści się to na mnie na studiach. Bo o ile pięć zadań z historii napisałam na przerwie, to dwóch tekstów z łaciny już nie przetłumaczę tuż przed zajęciami. A, i mimo to że zawsze miałam odrobione zadanie domowe (chociaż rzadko było robione w domu) to czas na aktywne i ciekawe życie też się znalazł. I na dojazdy 25 kilometrów do mojej wsi. Jak dla mnie brak czasu jest dla ucznia tylko wymówką, bo nikt nie jest tak mało zdolny, żeby całe popołudnie tylko odrabiać lekcje.
    Być może stwierdzisz, że przesadzam, ale po prostu bolą mnie takie uwagi o szkole, która zawsze była bardzo ważnym elementem mojego życia. Wychowywałam się w szacunku dla nauki i przekonaniu, że każda jej dziedzina jest ważna i potrzebna. Nie żyjemy w idealnym świecie i nasza szkoła też nie była idealna, nie wymagam więc dla niej szacunku jako dla instytucji - ale można czasem docenić wiedzę i ludzi, którzy próbowali nam ją wcisnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż się wtrącę. Wiem jak wygląda praca nauczyciela i zawsze ją obserwuję. Miałam szczęście chodzić do szkoły, gdzie nauczyciele stawiali na jakość nauki. Co innego jest nauka kilku dat, a co innego nauka kilkudziesięciu dat, które i tak wylecą z głowy zaraz po sprawdzianie. Wszystko zależy od nauczyciela i uczniów. Co innego w potrawówce czy gimnazjum, ale w szkole średniej uczniowie sami zaczynają decydować o tym czego chcą się uczyć. Większość nauczycieli widzi, że dręczenie uczniów z klasy np. humanistycznej dokładnymi reakcjami chemicznymi nie ma sensu, ale są tacy co i tak twierdzą, że to ich przedmiot jest najważniejszy. Owszem, nigdy nie wiadomo, co przyda się w życiu. Jednak nauka czegoś kompletnie nieprzydatnego nie ma sensu. Zawsze miałam ogromny szacunek do pracy nauczycieli, ale tych prawdziwych. Niedawno spotkałam tych, którzy nauczycielami zostali z nie wiadomo jakiego powodu. Nie wiem czy może być gorszy nauczyciel niż ten bez powołania. Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Ano tak, bo wszystko rozbija się w naszym życiu o ludzi. Jeżeli mamy wokół siebie funkcjonariuszy systemu, to mamy przesrane. Jeżeli ludzi z iskrą, system schodzi na dalszy plan i staje się (wręcz) niewidoczny, nieuwierający! ;)

      Usuń
    3. Trzeba dać sobie trochę luzu czytając ten tekst. Jasne, że punkty, które wymieniłam są tymi rzeczami, których w szkole nie lubiłam, ale bez spiny. Trochę uśmiechu, na pewno jest w szkole coś, co i Ciebie denerwuje :)
      Rozumiem prace nauczycieli; to, że muszą nam wbić coś do głowy i to, że nie mogą zakończyć równo z dzwonkiem. Ale też bez przeginki. Nie po to jest przerwa, żeby siedzieć na niej w klasie i robić zadania i nie po to jest dom, żeby non stop siedzieć przy ksiązkach i odrabiać to, czego nie zdążyło się zrobić w klasie albo uczyć do miliona sprawdzianów.
      A jeśli ktoś chce być najlepszy ze wszystkiego, to jego wola. Mnie do chemii i innych takich nigdy nie ciągnęło, więc zadowalało mnie zaliczenie z tych przedmiotów i tyle.

      Usuń
  5. haha trauma pozostaje ;D Obecnie miło wspominam czas szkoły, lecz byyylo mnóstwo rzeczy, które mnie irytowało ;D Przede wszystkim: "Dzwonek jest dla nauczyciela, nie dla uczniów"- z biegiem lat wiem, że to kompletna bzdura, bo dzwonek jest właśnie dla uczniów, na krótka przerwę, na kanapkę, toaletę itd ;D kolejną rzeczą było powiedzenie mojej matematyczki: "Wszystko analogicznie..."- co oznaczało, że cała szeroko pojęta matematyka była analogiczna, każdy przykład robiło się tak samo i nie musiala nic więcej tlumaczyć ;D Oczywiście dla mnie cała ta jej analogia była czarną magia ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepsze to było to, że przykłady robione na lekcjach może i były analogiczne, ale te, które zostały zadane do domu zawsze były pokręcone i nie do ogarnięcia. I nawet jak już człowiek chciał usiąść i to zrobić to się okazywało, że nie potrafi, bo co łatwe zostało zrobione na lekcji, a same najgorsze rzeczy zadane do domu #beka :D

      Usuń
  6. Z jednej strony mówienie mnie trochę krepuje, ale z drugiej strony podczas odpowiedzi ustnej nauczyciel może tak nakierować rozmowę, że mnie coś jednak olśni (pamiętam moją odpowiedź z historii "- Czy nowym państwem była Finlandia? - Chyba tak. - Tak? - Na pewno tak.").
    Ale sprawdziany są zapowiadanymi formami oceniania. Chyba raczej chodziło ci o kartkówki - z jednej strony nie wszystkiego da się nauczyć, ale z drugiej strony regularna nauka ułatwia życie. Dzięki temu, że wcześniej uczyłam się małych partii materiału po piętnaście minut, to na sprawdzian tylko sobie powtórzę materiał i skoryguję pewne niedociągnięcia.
    W sumie to zadania domowe mają nam pomóc doszlifować to, czego się nauczyliśmy. Z matematyki i angielskiego ma to jak najbardziej sens, natomiast nad pozostałymi kłóciłabym się już. No i można się spiąć, zrobić te zadania domowe szybko i iść cieszyć się życiem :D
    Cóż... Nie we wszystkim można być najlepszym. Jesli jakiś przedmiot mi nie idzie, to staram się jeszcze bardziej, by przezwyciężyć trudności ;)
    Pozdrawiam
    Tutti
    MÓJ BLOG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, chodziło mi o kartkówki. Mój błąd!
      Miałam podobnie z uczeniem się na sprawdzian z polskiego. Po woli, ale do celu. A najlepiej było robić notatki, bo potem uczenie się do tych sprawdzianów to tylko powtórka z tego, co się zapisało na lekcjach. Dużo rzeczy zostaje w głowie jak się dobrze je napisze.

      Usuń
  7. Z jednej strony cieszę się że czasy szkolne minęły, choć trochę tęsknię.. ferie, wakacje, każdy weekend wolny :P tej "wolności" brakuje mi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! Jak tak spojrzy się z tej strony to naprawdę zaczynam tęsknić za szkołą. Ale jak przypomnę sobie o ośmiu godzinach w ławce i wkuwaniu do sprawdzianu z chemii to już mniej optymistycznie do tego podchodzę :D

      Usuń
  8. Nigdy nie zrozumiem tych niezapowiedzianych prac pisemnych. Nie nauczysz się jednej z bieżących lekcji i potem musisz poprawiać tą ocenę w nieskończoność ;-;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba że coś było mega interesujące i zostało w głowie :D

      Usuń
  9. I przypomniały mi się szkolne czasy hehe :))

    OdpowiedzUsuń
  10. Cooo, niezapowiedziane sprawdziany? Chyba kartkówki... :P

    No, a czy na studiach nie macie zadań domowych? Na bank musicie skrobać tam różne teksty, tekściki, choć łapię, że to już trochę inny rodzaj zadawania ;>

    Rozumiem Twój bUl, ocenianie samego siebie to trudna sztuka. Ale daj sobie cztery plus, niech Magda ma!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No są zadania domowe, ale to pisanie tekstów, a nie robienie 30 zadań z matmy :D
      O jaki dobry :D

      Usuń
  11. Tak czytam ten tekst i mam wrażenie jakbym gimba czytała, a nie kogoś kto kiedyś, jako dziennikarz, będzie kształtował poglądy innych. Ok, nie chciałaś, to się nie uczyłaś, ale chyba nie ma się czym szczycić. Z drugiej strony, patrząc na teksty na tym blogu, zajmujesz się raczej plotkarską tematyką, więc wielkiej szkody nikomu nie zrobisz... Najwyżej doradzisz facetowi jak przeżyć okres swojej dziewczyny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie Ci doradzę co począć wtedy, gdy Twoja dziewczyna ma okres albo co sama masz zrobić jak masz okres (nie wiem jak się zwracać, bo ten anonimowy komentarz niestety o Twojej płci nic mi nie mówi).
      Uśmiechnij się trochę, znajdź coś, co Cię będzie cieszyć i nie traktuj wszystkiego tak poważnie, bo od nadmiaru dobrego humoru nikt jeszcze nie umarł, a zgryzota niestety do niczego dobrego nie prowadzi.

      Usuń
  12. hahaha beka z ciebie XD

    OdpowiedzUsuń
  13. Brawo Magda! Zwrot "czytała" chyba już jednak coś o płci mówi ;) Ale jeśli oceniasz płeć na podstawie imienia podanego w necie - Beata jestem ;) Gdzie tu zgryzota - ja widzę krytykę, bo zaglądam na tego bloga od dawna i kiedyś widziałam dobre teksty i mimo, że nie czytam raczej książek ani opowiadań o miłości, Twoje czytałam. Ostatnio jednak ciągle widzę teksty o tym, że Magda była kiepska w szkole, Magda wybrała dziennikarstwo bo było łatwe, Magda pisze, któryś post z kolei na temat tego co pojawia się w wyszukiwarce, gdy ludzie wchodzą na jej bloga - ciągle temat okresu. Inteligentna Magda pozuje, że nie wie, iż sama to napędza i wreszcie Magda posty o niczym tłumaczy poczuciem dobrego humoru.
    No ok - Magda z dziennikarki staje się dziennikarzyną i chyba to mnie wkurza, bo masz dziewczyno potencjał, który rozmieniasz na drobne. Oprócz opowiadań robiłaś fajne wywiady, sporo fajnych postów - np ten o życiu w Warszawie, a teraz mam wrażenie, że się rozmieniasz na drobne.
    Co do okresu - nie musisz mi doradzać, bo akurat Twoje sposoby kompletnie mi nie odpowiadają :P
    Zamiast czekolady wybieram sport. Polecam wypróbować! Mojemu facetowi też się Twoje rady w kwestii okresu nie przydadzą, bo z racji tego sportu właśnie nie wyżywam się na nim, tylko ćwicząc.
    Na koniec - nie oceniaj po jednym dwóch komentarzach - mam wiele powodów do uśmiechu na co dzień i wiele rzeczy mnie cieszy, raczej nie mam zgryzot, a to co zrobisz z tym postem też specjalnie mnie nie obchodzi ani nie spędza mi snu z powiek - najwyżej przestanę Cię czytać, ale też się tym nie przejmuj, bo w końcu masz prawo pisać jak chcesz i co chcesz. Ja mam prawo to czytać i komentować, a Ty masz prawo się wypiąć na moje komentarze.
    Ten wpis - "beka z Ciebie" to nie ja. Mój jest ten pierwszy.
    Pozdrawiam, Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że to nie Ty, to ten Mój :)
      Cieszy mnie fakt, że wpadasz tutaj i mnie czytasz. I cieszę się, że podobały Ci się niektóre teksty, ale ciągle powtarzam, że nie mam ostatnio czasu na pisanie takich postów jakie chciałabym pisać, bo mam masę innych obowiązków. Przykro mi, ze teksty, które teraz wstawiam nie odpowiadają Twoim wymaganiom. Niestety póki nie znajdę chwili wytchnienia od pracy, uczelni, pisania licencjatu to nie sposób tutaj szukać "blogerskiego pitu-pitu" czy tego typu postów. Próbowałam, niestety jest to strasznie czasochłonne, a nie chce żeby te moje rozmowy z blogerami były nijakie. Po prostu. Jednocześnie nie mam zamiaru całkowicie rezygnować z bloga i stąd teksty, które pojawiają się teraz. Nikomu nie każe ich czytać, jeśli wpadnie, to będzie mi miło. Chętnie wciągnęłabym moich czytelników w inny świat i mam nadzieję, że w końcu wrócę do moich rozmów z blogerami i częstych publikacji. I do opowiadań, do tego w szczególności. Chociaż tak jak Maciek (pozdro!) kiedyś zauważył - znacznie fajniejsze teksty powstają o problemach w miłości niż o szczęściu, a nic nie poradzę na to, że szczęście mi dopisuje. Może przyjdzie i czas, żeby nim się podzielić. Tyle.
      PS. Post nie powstałby gdyby nie potrzeba oceniania siebie. To mój sposób ujęcia zadania w inny sposób niż normalnie by się do tego podeszło.

      Usuń
  14. No i w tym komentarzu jest Magda, a nie jakaś pierdoła ;) Co do szczęścia - fajnie, że ci dopisuje i może rzeczywiście teksty o problemach są ciekawsze, ale te o szczęściu dodają skrzydeł ;) I moje komentarze nie miały Ci dokopać, pokazać, że jesteś do niczego czy coś w tym stylu. Ja po prostu walę prosto z mostu co myślę, a że dawno tu nie zaglądałam i kilku postów nie czytałam, to ich nagromadzenie mnie "wściekło". "Coo? Znowu pisze takie coś??? Co ona robi??? Przecież to wypowiedź rodem z gimbazy". No i powstały powyższe komentarze - pierwszy całkowicie pod wpływem emocji, drugi też, chociaż już mniejszych. Ten jest stonowany, bo w komentarzu znowu jesteś Ty - ta rzeczowa, inteligentna i z nutką uśmiechu - pierwsze zdanie mnie "uśmiechnęło". Fajne są te słowne "przepychanki" między zakochanymi ;)
    Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i wreszcie doszłyśmy do porozumienia. Cieszy mnie, że rozumiesz. Postaram się lepiej, ale na wszystko potrzeba czasu, wiadomo.
      A ten Mój to tak ciągle, chociaż na blogu pierwszy raz, bo odkrył, że można z anonima komentować ;D

      Usuń
  15. Sama nie byłam najlepsza z matmy i pamiętam, że siedząc na lekcji zawsze, ale to zawsze, wlepiałam wzrok w zegarek i odliczałam minuty do przerwy, które jak na złość płynęły za wolno. I chociaż za czasów szkolnych nie darzyłam matematyki zbytnią sympatią, tak dzisiaj uważam, że nie jest taka zła. Kto by pomyślał, że idąc na studia, będę w stanie powiedzieć coś miłego o matmie. :P Okazuje się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. I że taki dwójkowy uczeń, któremu wróżono, że nawet matury nie zda, zaskoczy wszystkich i na studiach będzie miał mocną czwórkę. :D A co do reszty przedmiotów: chemii jako takiej nie miałam, więc specjalnie narzekać na nią nie musiałam. Fizyka z kolei była znośna, dopiero teraz załamuję ręce, ilekroć pomyślę o wykładach i laborkach z fizyki... A polski z kolei uwielbiałam i strasznie ubolewam nad tym, że nie mam go na studiach.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Weronika

    96pln.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oo, wróciłaś do mnie!
      Może i ja bym się z matma polubiła po takiej maturze... No nie wiem, ale pieniądze dobrze mi się liczy w sklepie, więc mam zadatki na matematyka😂

      Usuń
    2. Pewnie, że wróciłam! Tu mi tak dobrze, że gdy tylko znalazłam czas wolny, od razu postanowiłam zabrać się za nadrabianie zaległości. :D
      Skoro masz zadatki, to połowa sukcesu za Tobą, haha. ^^

      Usuń
    3. Oj też muszę na dobre tutaj wrócić, już mnie nawet Mój motywuje, ale zobaczymy jak wena, czas i pisanie licencjatu pozwolą.

      Usuń
  16. Miałam niezapowiedzianą klasówkę, bo pani się coś uroiło.
    Najgorsze jest to, że nauczyciele wg nie patrzą na uczniów i uważają się za bardzo na tych wyżej.

    live-telepathically.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Trafiłaś idealnie w rzeczy, których też od zawsze w szkole nie lubię. No może z wyjątkiem tego, że matmę nawet lubię (oczywiście do momentu, w którym ją rozumiem). Poza tym, o niezapowiedzianych sprawdzianach nie słyszałam, u mnie zawsze to były kartkówki. Dorzuciłabym do tej listy jeszcze zadawanie zadań, lektur na ferie i to, że w pierwszej klasie lo trzeba chodzić na przedmioty, których nie ma się rozszerzonych- szkoły mogłyby podarować humanom chemię, fizykę i geo. już od pierwszego roku (tak, jak osobom ze ścisłym umysłem przedmioty humanistyczne). To, co jeszcze jest niezbyt miłe, to to, że przeważają lektury, których nikt nie ma ochoty czytać i słaby poziom nauczania języków ;) Przeczytałam też parę innych postów i to z wielką przyjemnością, obserwuję i zabieram się za czytanie posta o dziennikarstwie :)
    malinowynotes.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, myślę, że jeszcze w pierwszej, a nawet drugiej klasie liceum jeszcze do tego ogólnokształcącego powinny być takie przedmiot jak chemia, fizyka czy geografia (nawet w planie humanistów). Warto bowiem uczyć się czegoś nowego, a i nie można powiedzieć, co tak naprawdę będzie się robić w życiu, a co za tym idzie - jaka wiedza nam się przyda. Przedmioty, których nie zdaje się jednak na maturze w klasie ostatniej, to jest dopiero ból... :D

      Usuń
  18. "Co byś sobie postawiła" też mnie zawsze irytowało. Szczerze mówiąc zapomniałam już, jak to było w szkole. I też nie przepadałam za matematyką czy fizyką, chociaż z perspektywy czasu cieszę się, że się ich uczyłam - coś tam mi jednak w głowie zostało. :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Sprawdzian - chyba nikt nie wspomina tego miło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdziany z polskiego były dla mnie miłe ;D

      Usuń
  20. Z fizyką i matematyką mam podobne wspomnienia co Ty :P Chociaż u nas na matmie babeczka sprawdzała prace domową za każdym razem to po pewnym czasie stałam się mistrzem spisywania miliona zadań tuż przed dzwonkiem kończącym przerwę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami się spisywało, ale jednak bym z tym nie przesadzała ;D

      Usuń
  21. Aj jak doskonale cię rozumiem! Właśnie skończyłam pierwszy semestr na studiach i jest o wiele lepiej! Jeden profesor nie wiedzieć czemu mnie lubi i spytał co bym chciała z pracy, którą dopiero co przedstawiałam. Oczywiście, odparłam że chciałabym pięć, ale niekoniecznie zasługuje, a co Pan na to? Chcesz pięć, to masz pięć! Hmm urok osobisty? Naaaah, ale tak to nie wiem co bo praca się szczególnie nie wyróżniała...
    A co do odpowiadania - matulu nie, nie, nie, nieeee. Wolałam dostać jedynke i to jakoś na koniec poprawić niż odpowiadać.
    Z chemii miałam jakimś cudem trzy więc nie narzekam, a z fizyki? Nie umiem kompletnie niic a za każdym razem miałam 4/5. Przypadek? Nieee, po prostu dobre ściągi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi to nawet ściągi nie pomagały na fizyce, bo kompletnie nie rozumiałam poleceń :D

      Usuń
  22. Ja szkołę średnią skończyłam dwa lata temu i szczerze powiedziawszy - wtedy kiedy do niej chodziłam to jej nienawidziłam, a teraz kiedy już do niej nie chodze to tęsknie za nią i wspominam to wszystko z ogromnym sentymentem i chcialabym wrocic tam jeszcze chociaz na jeden dzien i usiąśc w ulubionej ławce. Czego ja nienawidzila? chodzilam do szkoly katolickiej i codziennie o 8 rano wszyscy wspolnie modlilismy sie na korytarzu przed rozpoczeciem zajęć, ok to by uszło, było calkiem przyjemnie, ale nienawidzilam tego, ze jezeli ktos sie spoznil na 8 i nie zdazyl na modlitwe to zamykali drzwi od szkoly i trzeba bylo czekac przed szkola w mrozie, w sniegu lub w deszczu i czekac dopoki panie sprzątajce ne otworzą drzwi. O, a jak jeszcze dyrektor miał zly dzien to przychodzil do tych drzwi z kartka i trzeba bylo sie podpisywac kto sie spoznil.. haha:D Pozdrawiam Cię i zapraszam do mnie;)
    (recenzentka-ksiazek.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na jeden dzień mogę wrócić i ja, ale nie na dłużej :D
      To wiem, że u mnie w liceum panuje teraz moda na takie zamykanie drzwi, pozdrawiam serdecznie tego, który to wymyslił.

      Usuń
  23. Ja jeszcze chodzę do liceum, ale szczerze nienawidzę fizyki, reszta jakoś obleci. Moim zdaniem chemia jest do nauczenia, ale to zależy na jakiego nauczyciela się trafi. Niby w gimnazjum z historii byłam dobra, ale 70 stron do nauczenia nie wpływa na mnie motywująco. Pozdrawiam i obserwuję. :)

    Mój kawałek Internetu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, jak na studiach dostałam skrpt do wyuczenia się z sammi najwazniejszymi wiadomościami, których nijak nie można było skrócić, a miał on ok 120 stron, to dopiero wtedy straciłam wiarę w sens tej nauki :D

      Usuń
  24. Mnie też to wszystko denerwowało. Jeszcze to, że był podział na dyżury i trzeba było na WOLNYCH PRZERWACH chodzić z wiaderkiem i szmatą do łazienki i je płukać na lekcję. Nie, nie jeść, tylko zajmować się brudami...

    A fizyka to dla mnie kosmos. No może oprócz działu z elektryki, to jedyne ogarniałam.


    Pozdrawiam, Sylwia :)
    Dziękuję za odwiedziny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O boziu, no bez przesady, takie rzeczy to sie uskuteczniało w podstawówce...

      Usuń
  25. punkt 2 i ostatni-też tego nienawidziłam:)
    "Dzwonek jest dla nauczyciela a nie dla ucznia" ok więc wszyscy siadali grzecznie a nauczyciel "Dobrze dziękuje możecie iść".No masakra!
    Dobrze że w czasach szkolnych byłam grzeczna i potulna bo teraz na pytanie "Co byś sobie postawiła" odpowiedziałabym "5".Nawet gdybym nic nie umiała i gdyby mi nauczyciel to wypomniał powiedziałabym "Na zachęte" :D
    pozdrawiam
    body-and-hair-girl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahahaha tak, z tym dzwonkiem zawsze był cyrk. Rozumiem dyscyplina, ale bez przesady :D

      Usuń
  26. ta to sławetne dzwonek jest dla nauczyciela...wrrr..mi się szkoła nadal czasami śni, choć po studiach już jestem kilka dobrych lat

    OdpowiedzUsuń

Jeśli się spodobało to zostań ze mną na dłużej!
Zaobserwuj, żeby być na bieżąco albo kliknij lajka na Facebooku, żeby wiedzieć więcej:)