Czego (nie)robić w klubie

22:19 Magda 27 Comments


Wiecie co mówią, dobra impreza nie jest zła, a koniec sesji trzeba jakoś uczcić. Nie ma to jak hektolitry… coli, paczka chipsów i puszka Reds’a. Imprezy w moim wykonaniu może nie powalają, ale staram się udowodnić każdemu, że alkohol ≠ dobra zabawa.
Korzystając z wolnego (chociaż chłodnego, bo nie można mieć wszystkiego – jaki ze mnie raper) weekendu oraz odwiedzin znajomej (Natalia, z tego miejsca chciałam Cię pozdrowić, wytrzymać ze mną 3 dni to nie lada wyzwanie) postanowiłyśmy zawitać do klubu, a tam – wiadomo – różne smakołyki i rzeczy, które stają w gardle. Dzisiaj o tym drugim.



CZEGO (NIE)ROBIĆ W KLUBIE

Wiem, wiem. Jeśli ktoś idzie do klubu to musi się spodziewać zachlanych w trupa alkoholików, którzy ledwo kontaktują. Nie powinnam na to narzekać, bo to stan powszechny, ale jednak muszę to przeanalizować, ponieważ szukam kogoś, kto będzie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego oni tak dużo piją? Jak można dobrze się bawić ledwo stojąc na nogach i walcząc z wymiocinami? Jak można mieć udany wieczór skoro się go nie pamięta? Doprawdy zadziwia mnie to wszystko. Czy Ci ludzie nie wiedzą, że najebany w trzy dupy facet nie wyrwie żadnej laski choćby w myślach (nasiąkniętych oparami alkoholowymi) bardzo by tego chciał? I tak skończy trzęsąc się na nogach na środku parkietu, a wszystkie dziewczyny w klubie przeniosą się w inne miejsce.
Takie przypadki wolę omijać szerokim łukiem, ale i tak w końcu któryś z nich zaplącze się pod nogami i wpadnie prosto na mnie. A ja jak to ja… czasami mogę pokazać pazur.
Kolejni to wsiury. Chyba nie muszę mówić kim są i jakie ich cechy mogą odrzucać… I pomyśleć, że taki osobnik (płci obojga) jedzie rozklekotanym samochodem do wielkiego miasta, myląc klub z dyskoteką. A potem porusza się tak, jakby doił krowę albo kopał ziemniaki. Błagam. Zachowajcie te swoje ruchy, ubiór, wyraz twarzy i „chamskie przytupaje”, jak zwykła mówić moja mama, dla siebie. Z góry dziękuję.
Zakochańce. Tak. Nie ma nic lepszego od spitego kolesia, który pewnym siebie, acz koślawym krokiem, podchodzi do ciebie, prosi do tańca, by potem wyjaśnić, iż zakochał się w tobie od pierwszego wejrzenia. Tylko pytanie – wejrzenia w co? W cycki? Bo w oczy to on swoim szklistym wzrokiem mi nie zaglądał… A jeszcze, nie daj Boże, jak chuchnie w twarz odorem przetrawionego piwska. Żyć nie umierać, tylko dlaczego mam wrażenie, że w ten sposób oni mnie obrażają?!
Ciężko mi powiedzieć, kto tak naprawdę wygrywa w rankingu najbardziej wkurwiającego człowieka na liście Magdy. Ci ludzie zasługują na pierwsze miejsca. Wszyscy i każde z osobna zdobywają podium. A są przecież jeszcze inni, którzy też zasługują na uwagę i powinni być wymienieni na tym blogu, w tym poście. Zatem, następni to duet. Ślimory bowiem nie występują jako pojedyncze organizmy.
Ja rozumiem, że czasami muzyka, emocje i alkohol przywołują odwagę, albo przynajmniej nakręcają do bardziej wyrafinowanych ruchów. Rozumiem też, że bliskość drugiego 36,6 (stopnia) wzmaga pożądanie, ale litości! Czy ludzie muszą obrzydzać mi zabawę pieprząc się (w ubraniu, a więc jeszcze przyzwoicie) na parkiecie? Dlaczego oni z taką zachłannością oklepują ciała ciałem, dotykają cycków, dupy i wchodzą w ślinę, niemalże połykając sobie wzajemnie języki? Ślimory to doprawdy duet idealny, który wkurwia tak mocno, że mam ochotę wyjść i nigdy nie wrócić. Są miejsca, gdzie po prostu nie powinno się robić pewnych rzeczy, a musicie wiedzieć, że seks to dla mnie nie jest temat tabu (chociaż w Polsce niestety nadal nim jest). Czasami należałoby sobie odpuścić i przytrzymać łapska przy sobie, a nie jebać się na środku sali potrącając przy tym innych uczestników zabawy.
Żeby nie było – nie każda obściskująca się para mnie wkurza, jednak, aby nie wywoływała u mnie odruchów wymiotnych bądź chęci mordu, musi swoje pożądanie trzymać na wodzy, bądź tańczyć tak, że aż im zazdroszczę. Uwielbiam ludzi, którzy uczucia potrafią przelać poprzez taniec, są przy sobie tak blisko, jak pozwalają na to ubrania, a jednak to fajny widok. Tańczą zmysłowo, poruszają się jak najlepsi tancerze na świecie i aż miło się człowiekowi robi, kiedy na nich patrzy. Wszem i wobec oświadczam – można się kurwić w kulturalny sposób. Amen.
Na arenie rozpalonych ciał można również spotkać ciotki-klotki oraz emerytów. Rozumiem, że ludzie w wieku powyżej 40 lat również potrzebują się wybawić i ok, niech to spokojnie robią w gronie swoich najbliższych nawet na klubowym parkiecie. Tylko błagam, niech przestaną polować na młode jagnięta, bo z tej mąki chleba i tak nie będzie. A nachalni faceci 40+ są najzwyczajniej w świecie obleśni. Sorry, ale nie chciałabym żeby obmacywał mnie gość w wieku mojego ojca.
Takie densiki z wujaszkami to tylko na weselu.
Mimo że w klubie występują podgatunki człowieka wymienione powyżej, to jednak lubię od czasu do czasu wybrać się w to miejsce, dać się ponieść muzyce (oby DJ był dobry…) i na jakiś czas zapomnieć o wszystkim co wkurwia w życiu. Bo paradoksalnie widok tych wkurwiających ludzi jakoś mnie uspokaja. A Was kto najbardziej denerwuje? Macie swoje typy czy może dodalibyście coś do tego rankingu? Zapraszam do dyskusji poniżej.

A… i jeszcze goście niżsi ode mnie (poniżej 170 cm), którzy zapraszają mnie do tańca. Wybaczcie Panowie, ale ze względów fizycznych to się nie może udać.


 PS. Jeśli macie jakiś pomysł na kolejny post to chętnie go poznam :) Pozdrawiam!

PHOTO: Edan Cohen

27 komentarzy:

  1. Uh, tak bardzo, ale to bardzo się zgadzam. Chociaż grupę "alkoholików" nazwałabym "amatorami alkoholu", albo jakoś tak, bo alkoholik to jednak człowiek chory, a nie wiadomo czy w takim klubie bryluje faktycznie jakiś alkoholik, czy młodziak, co to lubi zakozaczyć.
    Jeszcze jest denerwujące, jak jesteś z facetem, delikwent to widzi, ale nie, co tam, zamówi ci drinka i postanowi spędzić z tobą resztę życia. Swego czasu często odwiedzałam jakieś klubowe/barowe przybytki i nie raz, nie dwa moją misją było rozdzielenie dwóch, a potem nagle całego stada, samców. Nigdy nie kończyło się to dobrze.
    Uważam, że bez alkoholu da się bawić, ale nie oszukujmy się, nie wszyscy są mega rozluźnionymi ludźmi, żeby wkroczyć na parkiet bez oporu. Oczywiście wszystko powinno odbywać się z umiarem, którego bardzo często ludzie nie potrafią zachować i stają się dosłownym bydłem w operze.
    Ale że seks na parkiecie? Tego jeszcze nie widziałam i obym nigdy nie zobaczyła. W toaletach, na kanapach, owszem, ale parkiet? Nie wiem, czy to już jakieś zboczenie, czy jeszcze brak taktu i kultury.
    Kiedyś spotkałam w klubie mężczyznę starszego, jakoś tak 40+, ale bliżej pięćdziesiątki, niezwykle eleganckiego i aż byłam w szoku, bo to był pierwszy facet, który do mnie podszedł i którego mój narzeczony nie spróbował ustawić do pionu. Ba! Nawet razem się przenieśliśmy (on ze swoją "zdobyczą", chyba tak to mogę nazwać) do spokojniejszego baru i spędziliśmy fajne parę godzin na zwykłych rozmowach, fakt, zakrapianych alkoholem, ale wtedy byłam wdzięczna swojemu miśkowi, że się na to zgodził. O wiele bardziej mi się to podobało, niż patrzenie na schlane twarze tęskniące za rozumem. A uroczy pan potrafił złapać świetny kontakt i rozmawiać o tym, o czym wiedział, że będziemy chcieli rozmawiać. I przy tym nie udawał, że ma mniej lat niż faktycznie miał.
    Jeszcze "koksy" są interesującym zjawiskiem. Zawsze z wytapetowaną blondyną bądź czarnulką na szpilkach, które spokojnie mogą konkurować z Mount Everest, gdzieś na parkingu stoi podrasowane BMW, do którego przenosi się, gdy uznaje, że jest nudno i rozkręca imprezę puszczając bas przed klubem. Wielokrotnie spotkałam takich jegomości.
    Ach, i jeszcze pocieszne selfie w kiblu, bo przecież musi być pamiątka, żeby wrzucić na fejsbuczka, by wszyscy ci zazdrościli! Kafelki w kiblu takie piękne. A jaki klimat!
    A niżsi faceci to już jest coś! A jakie mają połechtane ego, kiedy dorwą już jakąś sztunię wyższą od nich. Stają się królami życia.
    Jak mi przyjdzie pomysł do głowy to wrócę :)

    Świetny tekst!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, "alkoholicy" to może niefortunne określenie, ale nie raz i nie dwa są to po prostu osoby, które notorycznie chleją w klubach=. A i wyglądają na takich, którzy nie szczędzą alkoholu na co dzień, zatem chyba zostawię tę nazwę.
      Facet, który nie potrafi zrozumieć, gdzie jego miejsce to również ciekawy przypadek. Będzie się dostawiał do ciebie nawet jak jesteś w ramionach chłopaka. Muszę przyznać, że to ryzykowne, bo jeszcze może oberwać, także nazwałabym ich "ryzykantami" :D
      Nigdy nie zdarzyło Ci się widzieć par, które totalnie zapominają, gdzie są i poruszają się tak, jakby zaraz mieli zrzucić ciuchy? Dla mnie to niestety widok powszechny. A do tego są to zazwyczaj ludzie totalnie upici, którzy chyba mają wrażenie, że to jedyna okazja na macanie. Reszta - jak zaznaczyłam w tekście - kulturalnie sobie tańczy i tym to szczerze zazdroszczę :D
      Widzisz, przynajmniej Cię nie wyrywał i nie chciał "czegoś więcej". A niestety tacy starsi faceci myślą, że złapią jakąś spitą laskę, może poruchają i poprawią swoje ego.
      O, "koksów" chyba nie widziałam, bądź nie weszli mi w drogę, bo nie mogę sobie przypomnieć takich ludzi. Za to niżsi faceci zapraszający do tańca to tragedia i brak zdolności samozachowawczych.
      O zdjęciach w toaletach już nie wspominam...

      Dziękuję bardzo :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. A to zwracam alkoholowy honor :) Teraz się rozumiemy.
      "Ryzykant" to czasem za słabe określenie :D Nawet nie mam odpowiedniego, które wystarczająco mocno podkreśliłoby tę ryzykowność ich zachowań. To coś jak gazela w stadzie wygłodniałych lwów. I to gazela, która nie ma możliwości spieprzyć. Istne samobójstwo, dosłownie :D
      A może widziałam, ale sobie nie przypominam, żeby wyglądało to aż tak jednoznacznie. Następnym razem się przyjrzę. Albo i nie... Oszczędzę sobie.
      Jeszcze trzeba zaznaczyć, że "dziadunio" chwyta zbłąkane łanie na gołą klatę. To jest piękne! I jeszcze jak wdzieje buty z imitacji skóra, która to z kolei imituje skórę węża, to już jest bosko!
      Koksy w moich terenach są tak powszechni, że spotka się ich dosłownie wszędzie, a pod pachami arbuzy. Są piękni. Elokwencją są w stanie się nawet popisać, kiedy skomentujesz jego autko lub dziunię u jego boku. To coś jak stuningowany dres, który sądzi, że wiecznie masz problem.

      Usuń
    3. To może po prostu "samobójca". :D
      Nie warto oglądać, naprawdę. O masz to w stolicy ich nie widziałam. Może dlatego, że parkingów pod klubami nie obczajałam.
      A gołe ( a raczej z dywanem na klacie) klaty i skóra węża to idealna harmonia. Nie wiem, czy na to leciałaby moja babcia...

      Usuń
    4. A bo w "stolycy" pewnie nie ma takich "wsioków", jak mam w zwyczaju ich nazywać. To chyba domena wschodu :D
      Ale nic straconego, może jednak ich do Warszawy zawiało!

      Usuń
    5. Dresy i kibole za to są ;D

      Usuń
  2. Uwielbiam czytać te notki ! :D

    W klubach ostatnio bywam bardzo sporadycznie, bo zaczęły mnie one męczyć.
    Po pierwsze. HOT 15 z lewymi legitymacjami. Wszystko rozumiem, każdy chce się pobawić, ale kilogramowa tapeta na twarzy nie zrobi z ciebie dorosłej, tylko pokaże że masz totalne pstro w głowie. Wejdzie grupka takich panienek do klubu i próbują pokazać kim one to nie są. Najpierw rozpychają sie na parkiecie jak stado rozwydrzonych kotów, a później z uśmiechem na twarzy podejdą do ciebie, aby zapytać czy mogłabyś im kupić piwo albo drinka, bo im nie chcą sprzedać. Oh, no co za pech!
    Po drugie- wspaniała ochrona. Czujecie ten sarkazm? Po co oni tam są, to ja zupełnie tego nie rozumiem. Niektórzy to są gorsi od tych "amatorów alkoholu", a jak przyjdzie co do czego to interweniują gazem pieprzowym, psikając do oczu np. mi zamiast tym, którzy się biją. Brawo panowie, jestem pod wrażeniem waszej odwagi.
    Co do wspomnianych alkoholików... to jest raczej coś, z czym trzeba się po prostu pogodzić na imprezach. Również nie rozumiem jak można upić się do nieprzytomności a na koniec stwierdzić "stary było zajebiście. Tak sie najebałem, że nic nie pamiętam!". No faktycznie... pozazdrościć zabawy. Współczuje tylko tym dziewczynom (sobie również), które stają się ofiarami takiego oto osobnika i niestety na drugi dzień pamiętają jego poczynania. I chociaż momentami bywa zabawnie, to z czasem
    owy samiec nabiera dziwnej pewności siebie motywowanej procentami i jest przekonany, że dziewczyna wręcz ma na niego ochotę- tu i teraz oczywiście. Otóż panowie drodzy- nie! A przynajmniej nie w każdym przypadku tak to działa.
    Co do ubioru... Byłam na imprezie z koleżanką i stwierdziłyśmy, że kompletnie nie potrafimy się odpowiednio ubrać, a raczej rozebrać. Stroje niektórych dziewcząt zasłaniają tyle, co bielizna i o ile rozumiem ideę takich wydarzeń, o tyle nie mam ochoty oglądać praktycznie nagich ciał dziewczyn. Jest jakaś granica dobrego smaku, której nie powinno się przekraczać- moim zdaniem.
    Zakochańce- coś wspaniałego. Widzisz takiego, że podchodzi- raz, drugi, trzeci więc w końcu zgodzisz się z nim na ten, powiedzmy, taniec. I wszystko jest znośne dopóki nie zacznie przechodzić na etap, tak ładnie przez Ciebie opisanych, "ślimorów". Nie dość, że nawet nie wiesz jak facet dokładnie wygląda, bo oświetlenie w klubach bywa zdradliwe (czego niektórzy dowiadują się dopiero rano), to jeszcze ten odór, który mój kolega określa mianem "chary". Idealna nazwa odzwierciedlająca ten... "zapach".
    Ciotki-klotki to raz. Znam przypadek, którym jest mamuśka imprezująca z własnymi (nieletnimi) córeczkami. To jest dopiero coś! Mamusia przetestuje osobnika, aby później ze spokojnym sumieniem móc podesłać go córeczce. Bo troskliwy rodzic to podstawa, czyż nie?
    Co do wzrostu... Znam ten ból! Mam 178 cm więc znalezienie kogoś wyższego w dzisiejszych czasach bywa ciężkie.

    Dodając do tego wszystkiego fakt, że to ja zawsze jestem osobą która jest trzeźwa (mimo, że spożywam substancje odurzające w tych samych ilościach, co reszta towarzystwa) i to ja wszystkich "ogarniam" to miewam ciężko na imprezach. Bo jak człowiek widzi takie bydło, to chociaż by chciał, żeby te procenty nieco go uderzyły, a ja nawet tyle nie mam. Co nie zmienia faktu, że mimo tych wszystkich minusów, faktycznie takie wyjścia pozwalają się odstresować :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 178?! Mamusiu, to ja czasu na mój wzrost narzekam, a okazuje się, że to wcale nie tak wiele. Ja osobiście do klubów chodzę "od święta", co chyba łagodzi mój spokój ducha, bo na dłuższą metę mogłabym tego nie wytrzymać.
      Girls, które wchodzą na podrabianych dokumentach to koszmar, ale powiem Ci szczerze, że jeszcze nie spotkałam mamusi, która by swoje jagnięta prowadziła do klubu O.o To dopiero musi być widok... Czy ona naoglądała się "Trudnych spraw" bądź innych specyfików i myśli, że w klubie znajdzie partnera dla swojej córeczki? I to takiego "na całe życie"? Boże, gdzie ludzie mają rozumy?
      Jeżeli chodzi o ochronę to wiadomo - wszystko zależy o jakich miejscach mówimy i o których dokładnie osiłkach, bo nie każdy jest taki zły. Chociaż w sobotę przekonałam się, że niektórzy ochroniarze nie mają języków. Byłam w nowym miejscu, zupełnie nie ogarniałam tego klubu i chciałam wejść do jakiegoś pomieszczenia, które okazało się być zupełnie oddzielnym bytem nie należącym do klubu. Ochroniarz zasłonił mi drzwi ramieniem, palcem podrapał plakat, własnie na tych drzwiach, wskazując że za wejście płaci się 10 zł. Super, tylko czy nie mógł tego - jak na normalnego człowieka przystało - powiedzieć?
      Ten "powiedzmy taniec" w wykonaniu faceta z soboty miał tak zwolnione tempo, że jakby próbował "tańczyć" jeszcze wolniej to po prostu by stał.

      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  3. Zacznę od tego, że wprost uwielbiam twój styl pisarski. Chwytasz czytelnika w swoje sidła i trzymasz do samego końca! No, ale nic w tym dziwnego, bo chociaż poruszasz sprawy codzienne, to piszesz o tym w taki sposób, że nie da się wyzbyć ciekawości ;)
    Ja sama nie chodzę do klubów. Po pierwsze w moim mieści ich nie ma, po drugie nie jestem ogromną fanką takiego spędzania wolnego czasu. Tańczyć nie umiem, więc po co się zmuszać do czegoś, co nie sprawia przyjemności. Dużo bardziej wolę wyskoczyć ze znajomymi do kina, gokarty czy na kręgle ;) Co za tym idzie nie do końca będę mogła wyrazić swoją opinię względem przedstawionych przez ciebie osobników. Jednakże mogę sobie wyobrazić, że ich towarzystwo może być irytujące.
    Popieram za to twój pogląd dotyczący alkoholu. Ja nie piję praktycznie nic, a jeżeli się już zdarzy to musi być konkretny powód do świętowania. Potrafię bawić się bez procentów. Może też dlatego nie sięgam po kieliszek bo nie lubię tracić kontroli. Wtedy czuję się zwyczajnie źle.
    Kurczę, pewnie pomyślisz, że jestem straszną sztywniarą :D No, ale nie jest tak do końca. Umiem się bawić, ale niekoniecznie w ten sposób.
    Za to znalazłam coś co odnosi się również do mnie, a mianowicie wzrost. Kiedy byłam młodsza chciałam urosnąć jak najwyżej się da, a teraz kiedy moje marzenie się spełniło i dobiłam do tych 175cm to mogę jedynie rozpaczać. Pamiętam, ile czasu naszukałam się odpowiednich butów na studniówkę, bo klasyczne szpilki niestety odpadały, bo byłabym wtedy o dużo wyższa od mojego partnera :D
    Czekam na kolejny wpis.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzi na to, że wcale taka wysoka nie jestem. Mój partner na studniówkę był na tyle wysoki, że nie musiałam się tym przejmować. Muszę jednak wyznać, że szpilki to nie są moje ulubione buty, zdecydowanie bardziej wolę wysokie adidasy. Po dziś dzień dziwię się, że nie wywinęłam orła tańcząc poloneza. Brawa dla mnie.
      Alkoholu dużo nie piję, bo i po co? Bawić się mogę bez niego. Na każdym kroku powtarzam, że o wiele lepsza jest cola :D

      Usuń
  4. Ja mam 148 centymetrów!! Niższego chłopaka... to mogę w przedszkolu chyba szukać. Mój partner na studniówkę... Adrian... miał... uwaga!... 196cm!!... wyglądałam przy nim jak krasnal! A najgorsze jest to, że na mojej studniówce była telewizja i akurat na MOIM polonezie musieli kręcić filmik. To wyglądało komicznie :D Jak mam gorszy humor, to sobie puszczam. Zawsze pomaga :D

    Niskie osoby mają przekichane czasami. Mam osiemnaście lat i... wedle polskiego prawa... muszę siedzieć w aucie w FOTELIKU! :D No cóż, bywa. Do ósmego roku życia, prosiłam rodziców, żeby świecili/gasili za mnie światło w pokoju. Żeby zamknąć okno dachowe, muszę wejść na łóżko. Kiedy mam krótki rękawek i przechodzę obok drzwi, na 80% zahaczę rękawem o klamkę, więc muszę się dwa kroki cofnąć, zrobić krok w lewo i przejść.

    Na weselu, które było ostatniego maja bieżącego roku, kuzynka posadziła mnie z "młodzieżą", której najstarszy przedstawiciel miał 15 lat. Po obiedzie przyszła do nas mama jednego z dzieci. Wywiązał się dialog.

    - Witajcie, dziewczynki - obok mnie siedziały dwie młodsze kuzynki - A od kogo jesteście?
    - Od panny młodej - odpowiedziałam
    - A do której klasy ty chodzisz? - spytała
    - Do żadnej - to zdziwienie, malujące się na twarzy kobity było bezcenne - Jestem po maturze - pospieszyłam z wyjaśnieniem
    - Wyglądasz na 14 lat! - odpowiedziała i zdezorientowana poszła.

    Raz - na imieniny taty - chciałam kupić mu whisky, którą bardzo lubi. Ekspedientka poprosiła mnie o dowód. Podałam. Kobieta wezwała kierownika, bo nie wierzyła, że jest prawdziwy...

    Mieszkam w Rzeszowie, więc często bywam na meczach Resovii. Raz na sparringu podeszłam do Piotrka Nowakowskiego, siedzącego akurat na trybunach. Chciałam sobie zrobić z nim zdjęcie. Zgodził się. Jak stanął - odrzuciło mnie, a z ust wydobyło się głośne: Matko Boska!. Sięgałam mu do pępka.

    Ile razy to dostałam z łokcia w nos? Ktoś mnie nie zauważył, odwrócił się i ... bam!

    Zaraz pewnie powiesz, że mogę nosić obcasy. Mogę, ale jesteś niezdarą. Potykam się na prostej drodze w trampkach :D

    Takich kwiatków z mojego życia jest znacznie, znacznie więcej. Bogu dzięki, że mam poczucie humoru. Gdyby nie to, chyba bym oszalała, a dzięki temu dystansowi przynajmniej jest się z czego pośmiać :D

    Pozdrawiam,
    Ress :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To teraz rozumiem (nie)powagę sytuacji. Jakby nie patrzeć ja sobie wszędzie sięgnę, wszystko załatwię, a Ty... Ale przynajmniej masz wesoło! Dobrze, że z poczuciem humoru u Ciebie dobrze, bo inaczej zamęczyłabyś się życiem.
      Dialog z wesela - bezcenny. A o dowód to nawet mnie pytają, także nie ma się czym przejmować. :D
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Co do wsiurów... Mnie oni nie irytują tak bardzo jak Ciebie. Fakt, że kompletne beztalencie i brak jakiegokolwiek przystosowania do miastowych warunków może wkurzać, ale nie każdy może być supereleganckim chłopakiem z drogą furą i zdolnościami tanecznymi w jednym paluszku. Nie lgnę do nich, ale też nie omijam szerokim łukiem. Ważne, żeby wiedział jak się zachować.
    Na resztę tematów zdanie mam chyba identyczne;D Tylko nie zawsze to co nas obrzydza czy odrzuca jest takie też w mniemaniu innych. Osobiście uważam, że nawet taki najebany chłopak jest w stanie poderwać dziewczynę. Nie mnie, nie ciebie, ale mało to niewiele wymagających dziewczyn po klubach chodzi? On się nawali, ona się nawali i od razu im przyjemniej xD Albo ci +40... jak dziewczyna szuka sponsora to i taki będzie miał powodzenie. Także mnie wysyp tych różnych 'klas' wcale nie dziwi i chyba przestał nawet wkurzać.
    A nie, przepraszam... jeden 'podgatunek' mnie zawsze irytuje! Jak chłopak (nieważne czy ładny czy brzydki, bogaty czy biedny) podchodzi do mnie i od razu z łapskami. Takiego z chęcią wyprowadziłabym z klubu i uraczyła soczystym kopniakiem w pewne miejsce. O tak, tego nie zniese!

    Pozdrawiam! ;*
    I informuję, że pojawił się nowy rozdział;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wsiurami to jest problem jeśli obnoszą się ze swoją niebyt ogarniętą osobą. Bo powiedzmy sobie szczerze - ja też jestem ze wsi. Jednak czy ja zakładam do klubu dres, tudzież dziwne, absolutnie nie modne workowate spodnie i wymiętą koszulkę? Czy ślinie się na widok każdego mieszczucha i tańczę tak jak tańczy się na wiejskiej potańcówkę, na której lecą tylko hity grupy Akcent (nikogo nie obrażając)? No nie. A tutaj przychodzi grupka osób, które wyglądają jakby w domu nie mieli lustra i do tego poruszają się w sposób, który:
      a) może być efektem zbyt dużej ilości spożytego alkoholu;
      b) może być ich normalnym stylem tanecznym, którego nikt trzeźwy nie chciałby oglądać.

      Oczywiście zgadzam się z Tobą, że panowie po 40 czy najebana panna w końcu kogoś znajdą, ale jak to mówią "trafi swój na swego", co sama zaznaczyłaś. :D
      O tak, jak leci z łapskami to naprawdę... brak słów... i to żadnej gadki, żadnego "tańca" tylko od razu łapy w określone miejsca i zadowolony... Soczysty kopniak w genitalia zdecydowanie jest dobrym pomysłem :D

      Pozdrawiam również i wpadnę dziś wieczorem ;)

      Usuń
  6. Hej. Przybywam za zaproszeniem.
    I jestem zachwycona. Masz ostre pióro (klawiaturę), a to mi się bardzo podoba.
    Sama muszę przyznać się, że miałam kilka niechlubnych ekscesów z alkoholem, ale na bogów, nigdy nie na mieście - w klubie. Zawsze dziwiłam się, patrząc na każdy z tych wymienionych przez Ciebie typów. Jasne, zabawa jest ważna. Po to się przecież idzie do klubu. Ale nie zrozumiem, dlaczego w tym momencie kultura zostawiana jest w domu? I to taka podstawowa jak np. niezostawianie obiadu i kolorowych drinków na loży/stole/podłodze/ubikacji, anywhere.
    Typ ślimaków jest dla mnie równie niesmaczny. Od kilku lat jestem w związku, ale nigdy nie potrafiłam rozumowo ogarnąć takich parek. Ani tych, którzy przychodzą się miziać w loży, ani tych, którzy w alkoholowym amoku obmacują nowo poznanych ludzi na parkiecie.
    Masz zupełną rację w swoich przemyśleniach. I nazwij mnie staroświecką, ale uważam, że to ma trochę związek z szacunkiem do samego siebie. Za każdym razem, kiedy przegnę z alkoholem i choć odrobinę przestanę się kontrolować (to znaczy za dużo paplam, a nie, że dochodzę do trzeciej bazy z Sebą z Wsi Kozie Trąby) czuję kaca moralnego. Więc może trochę wypadałoby ludziom samokrytyki sobie wszyć?
    Nie wiem. Jedyne co mogę powiedzieć to: o tempora, o mores!
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie klawiaturę. Wszem i wobec oświadczam - mam koszmarne pismo. Często ludzie ze mnie żartują, mówiąc że pomyliłam się na zawody (póki co studia) i powinnam iść bardziej w stronę medycyny. Niestety, jedni mają ładne pismo, drudzy mają ładne teksty (a trzeci mają i to i to, czego im zazdroszczę!). Czy moje "pióro" jest ostre - w tym tekście rzeczywiście takie jest, bo takie miało być. Ogólnie staram się być miła, nie używać wulgaryzmów, chyba że muszę (w języku mówionym, wstyd się przyznać, podwórkowa łacina to moja cecha rozpoznawcza).

      Zabawa jest najistotniejsza, ale rozum należy zabrać ze sobą, a nie zamykać go w szafie na 5 kłódek z szyfrem. Ja wszystko rozumiem, czasami też nachodzi mnie taki moment,kiedy chciałabym mieć na wszystko wyjebane, o niczym nie myśleć, nic nie czuć, ale... w domowym zaciszu, a nie wśród tłumu ludzi. I jeszcze do tego narzucać się innym swoją osobą. Nie. Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem.

      Pozdrawiam i zapraszam już w ten piątek :)

      Usuń
  7. Zupełnie się zgadzam, że doprowadzenie się do stanu, w którym nie da się ustać na nogach, jest kompletną głupotą. Nie dość, że często niczego się nie pamięta, to w dodatku cały kolejny dzień jest zmarnowany, bo trudno robić coś ambitnego z kacem i uczuciem ogromnego zmęczenia.
    Też mnie denerwują te wszystkie typy ludzi. Najgorsi są chyba własnie tacy starzy faceci i obściskujące się pary. Niektórzy zdecydowanie przeginają. Dziwi mnie, że nie czują się skrępowani faktem, że tłum ludzi może się przyglądać tej zdecydowanie zbyt widocznej manifestacji uczuć i pożądania. Rozumiem, że takie osoby mogą twierdzić, że nie wstydzą się swoich uczuć, czy coś w tym stylu, a wypity alkohol też robi swoje, ale inni ludzie zdecydowanie nie mają ochoty na to wszystko patrzeć.
    Ja osobiście nie wyobrażam sobie upijania do nieprzytomności choćby z tego względu, że do klubów czy na imprezy raczej nie chodzi się samemu, a nie chciałabym, żeby znajomi oglądali mnie zataczającą się czy biegnącą do łazienki. Najgorsze jest to, że obecnie wszyscy uważają takie sytuacje za normalne - jakby wymiotowanie, a później zgonowanie uchodziło za nieuniknione, a zabawa na trzeźwo/na prawie trzeźwo była niemożliwa.

    Pozdrawiam
    b-u-n-t
    teorainn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. Zawsze powtarzam, że powinniśmy iść z duchem czasu, ale kultury za sobą pozostawiać nie należy. A jednak paradowanie koślawym krokiem z zarzyganą koszulką, czy puszczanie się na scenie nie jest czymś, co powinno się uważać za normalne. Niestety. Coraz gorzej robi się na tym świecie. Aż mnie krew zalewa jak widzę ludzi, którzy są skacowani, ledwo co żyją, a i tak następnym razem powtarzają to wszystko.

      Ostatnio nie oglądam tv, ale jakiś czas temu puszczali na eska tv taki program z Pirowskim, w którym nagrywali pijane osoby, a potem pokazywali im te nagrania. Nie wiem na ile te sytuacje były reżyserowane, ale jednak to pokazuje pewien stan, który teraz ma miejsce. Młodzi ludzie imprezują, robią sobie wstyd, widzą takie nagranie, niby wszystko ok, bo żałują, ale założę się, że większość z nich potem powiela swoje błędy. Niestety tego już w tv nie można zobaczyć, a chętnie bym sprawdziła czy po takim praniu mózgu człowiek bierze rozum ze sobą na imprezę.

      Pozdrawiam ;)

      Usuń
  8. Zakochańce są w każdym klubie :D. Alkohol dodaje ludziom pewności siebie i dlatego pije się na przeróżnych imprezach, ale sama przyznam ci rację, że uchlanie się w trupa to przesada, trzeba mieć umiar, a jeżeli już się czuje, że niedługo może być "zgon", to odstawić. Uśmiałam się czytając tę notkę. Bardzo wyraźnie opisujesz swoje przygody :D.
    Czekam na nową notkę, pozdrawiam! :*
    http://palace-to-crumble.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale aż takie zakochańce?:D Te misie-pysie wariują na parkiecie, a mi zwraca się obiad.
    Jasne, że alkohol dodaje pewności siebie, ale tylko jednej grupie, druga rzyga jak kot i nie wiem co gorsze. Odwaga tylko po alkoholu czy trochę wymiocin, ale cała reszta się zgadza? Bez umiaru jednak nic nie da sie zrobić. Zgonowanie to naprawdę nie jest coś, czym należy się chwalić, a niestety panuje na to moda.

    Pozdrawiam i bardzo dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Hejo kochana! :3
    Bardzo ciekawy blog, a piszesz w bardzo przyjemny sposób. Potrafisz zaciekawić ^.^
    Ha! Mam takie same poglądy, jak Ty! Ja też bym się wkurzała, gdyby jakiś koleś zaczął się do mnie przystawiać. Szczególnie taki stary piernik xD
    Hm. Zakochańce są wszędzie, choć czasami denerwuje mnie ( nie wiem czemu ), kiedy ludzie całują i obmacują się w miejscach publicznych :/
    Wybacz, że się nie rozpisałam, ale już późno (: Czekam na nowy post! Góry pomysłów! Pozdrawiam cieplutko i ślę całusy! :***
    Maggie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Post, pewnie dzisiaj po północy, zapraszam serdecznie i dziękuję za komentarz! :)

      Usuń
  11. Ja akurat po klubach nie chadzam, jeśli już mam iść na jakąś imprezę, to preferuję parapetówki, przynajmniej nikt nie zmusza Cię do tańczenia, a człowiek nie musi spotykać ludzi, których w normalnych okolicznościach omijałbym szerokim łukiem. ;d

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też jest sposób, ale parapetówka to również tańczenie. Przynajmniej mi się z tym zawsze kojarzyła. ;D

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Parapetówka w mieszkaniu/domu z tańczeniem, kiedy około trzydziestu osób próbuje na siebie nie wpaść? Nie, raczej nie. ;d Muzyka jest, ale w tle. Raczej przy takich spotkania głównie się pije i rozmawia, i pije, i próbuje potem rozmawiać...

      Usuń
    3. Hahaha to też jakiś sposób, ale wszystko zależy od liczby osób na metr kwadratowy :D

      Usuń
  12. nie lubie dysktek, a co a tym idzie klubow. muzyka mi nie przeszkada, ale to ze nie umiem tanczyc i czuje sie wokol tylu ludzi jak mysz zamknieta z tuzinem kotow w klatce. :(

    OdpowiedzUsuń

Jeśli się spodobało to zostań ze mną na dłużej!
Zaobserwuj, żeby być na bieżąco albo kliknij lajka na Facebooku, żeby wiedzieć więcej:)