Matura

23:51 Alice McDalvis 7 Comments



     I chyba rzeczywiście powinnam „wziąć na luz”... I może serio nie potrzebnie się tak spinam… I pewnie znowu wszystko pójdzie lepiej niż przypuszczałam…

     Jest 22 dzień września. Od mojej matury minęły ponad cztery miesiące. A oto kilka rad dla wszystkich tych, którzy maturę mają przed sobą. Możecie być teraz w klasie maturalnej, a możecie dopiero zaczynać liceum/technikum. W gruncie rzeczy, możecie być również w gimnazjum – o maturze słyszeliście na pewno. Czy były to pozytywne słowa czy może raczej przestrogi tego nie wiem, ale mogę Wam opowiedzieć swoją historię… Mogę Wam powiedzieć jak to było siedzieć w przestronnej sali (gimnastycznej haha). I mogę Wam zdradzić co działo się po tych kilku dniach, kiedy stres powinien zżerać każdą część moich wnętrzności. Czy zżerał? O tym poniżej.
     Słowo „matura” w szkole ponadgimnazjalnej można usłyszeć częściej niż zachętę do kupna pasty do zębów w słonecznej telewizji. Już podczas pierwszego apelu dyrektor z uśmiechem na twarzy będzie chwalił poprzednich maturzystów, którzy mieli tak fantastyczne wyniki, bla, bla, bla. Nauczyciele nie omieszkają powiadomić Was, że „w tej szkole jesteście po to, aby dobrze zdać maturę”. To głównie wokół niej kręci się życie licealistów (przepraszam, że tak pomijam technikum, ale jestem po liceum.. musicie mi wybaczyć). To temat rzeka i więcej w nim siania paniki niż jest tego wart. Prawdą jest jednak, że matura zaczyna się już pierwszego dnia. Gdy przekroczycie próg szkoły to nie macie odwrotu. Od tamtego momentu Wasze życie podąża do obranego celu jakim jest egzamin dojrzałości. Możecie z tym walczyć, możecie się zapierać rękoma i nogami, ale taka jest prawda. W liceum jesteście po to, aby zdać maturę.
     Wiem co sobie myślicie: nauczyciele straszą mnie nie bez powodu. Ten egzamin ma zaważyć o mojej przyszłości, będzie trudny, w końcu to egzamin dojrzałości, pewnie nie zdam, polegnę, przepadnę, zginę… Też tak myślałam, przyznaję. Nie ma w  tym nic złego, ponieważ daję jako taką motywację, jednak nie należy popadać w skrajność. Maturę da się zdać. Wystarczy trochę chęci, ambicji i systematyczności.
     Z chęciami i ambicjami jak z apetytem, raz jest, raz go nie ma. Systematyczność trzeba w sobie wyrobić. Czasami będzie trudno  zmotywować się do działania, jednak będzie warto. Jeśli uczysz się od początku to w klasie maturalnej powtórzenia zajmą znacznie mniej czasu, a czas – przypominam – to pieniądz. Chociaż w ostatniej klasie liceum czas jest raczej możliwością osiągnięcia zadowalającej ilości procentów ( alkohol po maturze!). Nie będę kłamała, były takie momenty, w tej ostatniej klasie, kiedy na głowę zwalało się absolutnie wszystko: od sprawdzianów z sześciu przedmiotów zaczynając, przez spotkania informacyjne (np. dotyczące studniówki), po ważne decyzje, które trzeba podjąć, a w pakiecie z nimi dokumenty, które należy wypełnić. Naprawdę były tygodnie kiedy miałam wszystkiego dosyć, chciałam mieć jeden dzień, którego nie musiałabym poświęcać na nauce. Jeden dzień, który mogłabym spędzić bez książki. Były chwile kiedy miałam ochotę rzucić wszystko w cholerę. Lecz to tylko chwile. Matura nie oznacza kompletnego braku czasu. Dzięki systematyczności i planowi udało mi się osiągnąć to, co lubię – kompromis. Mówił on o tym, że dzień poświęcam na nauce, a wieczory są moje. I były. Mówią, że jak sobie pościelisz tak się wyśpisz, zgadzam się z tym absolutnie. To od Was zależy jak wypadniecie w maju. To Wy zdajecie ten egzamin, nie Wasi rodzice, nie znajomi, tylko Wy sami. Może zatem warto odpuścić kilka spotkań, przysiąść nad książką, aby potem mieć spokój?
     Pamiętam, jakby to było wczoraj, dzień, kiedy przekazano mi plan. Wszyscy moi koledzy ( i ja też ) byli w siódmym niebie, bo mieliśmy mało godzin. Lekcje nie kończyły się później niż o 15 i ogólnie panował miły przesiew. Jedynym naszym zmartwieniem była lekcja chemii ( po co humaniście chemia w klasie maturalnej? Dodam, że zdawała ją tylko jedna osoba). Ten nadmiar wolnego czasu był jednak podpuchą. Z każdym kolejnym miesiącem przypadało więcej fakultetów. Trzeba było siedzieć do późna i uczyć się samemu. W gruncie rzeczy do matury uczysz się sam…
     Im bliżej maja tym więcej spięć między nauczycielami a uczniami. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to już tuż - tuż. Jeszcze chwila, jeszcze dwie…  Przez to często oczernia się profesorów, bo:
- nie umieją uczyć,
- źle tłumaczą,
- myślą, że nie mamy innych zajęć.
Cóż… Oni też chcą dobrze wypaść, a mogą to zrobić tylko poprzez nas. No i martwią się, bo jak się nie martwić o kogoś, z kim przesiedziałeś 3 lata? Nauczyciel to też człowiek.
     Kiedy tak na serio ludzie zaczynają brać się do roboty? Chyba nie naciągnę prawdy jeśli powiem, że po studniówce. To chyba ostatni normalny moment. Potem tempo marszu jest szybkie, ludzie słabi odpadną, usuną się na jakiś czas, by podnieść się po chwili. Każdy będzie chciał wygrać. Każdy przecież walczył taki szmat czasu… Te ostatnie miesiące są szalone i ludzie jacyś bliżsi. Nawet wrogowie stają się bardziej ludzcy. Ostatnie momenty bycia razem. Dla mnie były jednymi z najlepszych momentów w życiu. Możecie mi nie wierzyć, ale zapragniecie wrócić do liceum, gdy tylko dotrze do Was, że to już koniec. Do mnie docierało długo.
     Jeśli chodzi o sam egzamin… Jeśli uczyliście się schludnie to będzie dobrze. Wystarczy otworzyć arkusz, wczytać się w pytania i przeć naprzód, dając argumenty i uzasadniając je. Nawet z matmą można sobie poradzić. Dla mnie nigdy nie była ona czymś łatwym, a zdałam ją lepiej niż polski. Można? Można.
     Dotarcie do maja jest już swoistą nagrodą za wszelkie trudy. O czym się wtedy myśli? Zbyt mało o powtórkach, zbyt wiele o czterech miesiącach laby (Słowo honoru!). Stresu nie można się całkowicie pozbyć, gdzieś tam jest, ale jednak da się go uciszyć. Czy się stresowałam? Przed samą maturą nie. Po pierwszym egzaminie, który nie poszedł tak, jak chciałam, już się stresowałam (chociaż nie tyle kolejnym egzaminem – matematyką, co wynikiem egzaminu, który już miałam za sobą). Te kilka dni miną szybciej niż myślicie. Szast, prast i będzie po wszystkim. Będziecie młodzi, wolni i szczęśliwi. I wszystko będzie dobrze, aż do ogłoszenia wyników. Czy jednak jest sens się przejmować? Szczerze w to wątpię. Płakać nad rozlanym mlekiem nie ma co. Dlatego tak ważne jest to, co przed maturą. Z lekcji też można dużo wynieść. Wystarczy tylko posłuchać.
     Możecie mówić, że teraz będzie trudniej, że ta nowa matura jest straszna… Być może macie rację, być może faktycznie podnieśli poprzeczkę, ale uczą Was pod kątem matur. Od tego pierwszego dnia w szkole uczą Was tego, co przyda Wam się podczas matur. Nie wiem czy wypada mi oceniać wprowadzone reformy. Z jednej strony myślę, że macie łatwiej, z drugiej jednak wiem, że próg punktowy został zawieszony znacznie wyżej, ale… wszystko można zaliczyć. A jak nie to wiecie jakie jest hasło maturzysty? „W sierpniu poprawię”. Także… jeśli podwinie Wam się noga (czego Wam absolutni nie życzę!), to nie ma co się załamywać. To nie koniec świata. Jest jeszcze jedna szansa, a jak nie w sierpniu to za rok. 

     I chyba rzeczywiście nie było tak źle… I może serio było warto… I pewnie mogłam zrobić to lepiej, ale… YOLO.


PHOTO: Breather

7 komentarzy:

  1. To co napisałaś to szczera prawda i uderza do głowy(; Ja jestem po maturze, więc doskonale cię rozumiem. Największą zagadkę stanowi to czy ci, którzy to przeczytają uwierzą? CZy napawa ich to chęciami czy wręcz przeciwnie. "Co oni mogą wiedzieć?" "Zdali i się wymądrzają"
    Sam tak mówiłem:P
    Ale to prawda, wszystko idzie gładko, wystarczy tylko chcieć. Chcieć od samego początku(;

    OdpowiedzUsuń
  2. Maturę chyba można poprawiać nawet przez 5 lat, o ile nic się nie zmieniło :)
    Kiedyś słyszałam, że "sesja to matura co pół roku" i tak przejęta maturą myślałam, że to pewnie guzik prawda. A poniekąd tak jest. Tylko jak się zda pierwszą, drugą, trzecią sesję to się nabiera do tego dystansu. Zawsze są drugie terminy, na studiach jeszcze można warunek wziąć w razie czego...
    Ahh matura... kiedy to było? Pamiętam, jak się stresowałam, a moje wyniki pokazały, że niepotrzebnie ;) Co do tego, że nauczyciele też ludzie - można to było zauważyć u mnie w szkole, kiedy oni naprawdę przejmowali się, jak my wypadniemy, czy uda nam się dostać na wymarzone uczelnie. Nauczycielka polskiego kiedy zobaczyła mój bardzo wysoki wynik z pisemnego polskiego była tak szczęśliwa, że aż mnie pocałowała, omg, chyba moje najlepsze wspomnienie z liceum :D To miłe, że kogoś tak bardzo rozpierała duma, że komuś poszło tak dobrze.
    Nie wiem, czy to dlatego, że nigdy z matematyką nie miałam większych trudności, wydaje mi się, że z tą matematyką ludzie tworzą najwięcej niepotrzebnego zamętu i paniki. Za "moich czasów" były dostępne wzory, z których można było korzystać. Chyba tego nie zmieniono. Wystarczy potrafić poprawnie zastosować wzór i matura powinna już być zdana. Co prawda miałam łatwiejszą matę (rocznik 2010, kiedy matematyka znów zawitała na maturze obowiązkowej), bo pierwszy raz to zawsze dają jakieś łatwiejsze zadania, ale tak czy siak nie wydaje mi się to zbyt skomplikowane, żeby oblać.
    I wspomniałaś, że uczą pod kątem matury.... niestety to jest najgorsze w polskim systemie szkolnictwa... nauka pod kątem egzaminu, który nas czeka, a nie tego, żeby po prostu coś znać i potrafić wykorzystać to w praktyce w przyszłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądziłam, że ktoś jeszcze zagląda na bloga, a tym bardziej, że komentuję, więc cieszę się podwójnie.
      Wzory na matmie są i szczerze to właśnie one ratują tyłek kiedy nikt nic nie wie, bez tego bym umarła, z tablicami... cóż, zdałam i to całkiem nieźle. Moja matma do najłatwiejszych nie należała, bo nie była schematyczna. W ogóle moja matura nie była schematyczna stąd tak duży procent ludzi, którzy oblali - szczególnie królową nauk.

      Usuń
  3. mam jeszcze 2 lata przed sobą i myśle o tym. Pozytywne nastawienie i systematyczność to podstawa. Mam nadzieje , że pójdzie łatwo choć sie boje.. i to bardzo.
    W tej chwili tak na tym sie nie skupiam, ale przychodza chwile zachwiania: tyle nas uczyli zdam, ale jak zaprzepaszcze zawiode innych a przede wszystkim siebie... yolo
    @lovemewm pozdrawiam xoxo
    @pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz dwa lata przed sobą i już się stresujesz? Stop! Będzie dobrze, ciesz się życiem, na maturę przyjdzie czas! :D

      Usuń
  4. Cześć! Od razu możesz mnie zbić za tak długą nieobecność. Od razu przyznam się, że brakowało mi zarówno czasu jak i chęci, przez co na niemal cały miesiąc odstawiłam blogosferę, poruszając się jedynie w kręgu własnych poprawek.
    Do rzeczy. Nawet nie wiesz jaki uśmiech towarzyszył mi w trakcie tego posta. Sama aktualnie jestem w drugiej liceum, tak więc matura tuż przede mną. Nauczyciele już marudzą ("jak będziecie pracować, tak jak w tej chwili, nigdy nie zdacie matury") a co niektórzy koledzy, czy koleżanki zaczynają z "boże nie zdam". Mnie osobiście strasznie to frustruje. Podchodzę do życia dość spokojnie i nie do końca na poważnie, więc twoja opinia (kogoś, kto ma to za sobą) naprawdę mi pomogła. Dobrze jest wiedzieć, że ktoś taki potwierdza teorię bliską mojemu sercu, że matura wcale nie jest czymś strasznym jak mogłoby się wydawać.
    Podoba mi się, że zawarłaś coś z własnego życia. Wielu ludziom przydałoby się takie pocieszenie. Zawsze lepiej posłuchać kogoś, kto maturę przeżył niedawno, zamiast wysłuchiwać przy obiedzie opowiastek babci, jak to było za jej czasów. Szczególnie, kiedy wchodzi na tereny typu "kiedyś uczniowie przykładali większą wagę do nauki niż teraz". Najgorsze jest to, że w takim momencie możesz się tylko uśmiechać się przyjaźnie, choć w duchu przewracasz oczami, bo słyszysz tą samą historię 64 raz. Sama zauważyłam że nagle wszyscy dają rady jak należy walczyć ze stresem, albo proponują by przespać się z książką (przypadek dalszej ciotki). Masz rację, że cała ta otoczka wokół matury przynosi więcej szumu niż trzeba. Pewnie dlatego uczniowie tak się stresują.
    Tak więc głównie chcę powiedzieć, że dziękuję ci za ten post ;)
    ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co dziękować, cieszę się, że pomogłam. Do matury trzeba podejść na spokojnie, stres zostawić sobie na sam koniec, nie warto marnować najlepszych lat na stresowanie się. Dla mnie to po prostu coś, do czego trzeba i można się przygotować, a babcie i ogólnie rodzina mają to do siebie, że przesadzają i lubią wracać do prehistorii. Czasy się zmieniają...

      Usuń

Jeśli się spodobało to zostań ze mną na dłużej!
Zaobserwuj, żeby być na bieżąco albo kliknij lajka na Facebooku, żeby wiedzieć więcej:)