Są takie rzeczy, których z niczym nie można porównać. Jak te jego brązowe oczy czy ciepło bijące od jego ciała. Jak te silne dłonie czy ramiona przyciągające mnie bliżej. Jak jego śmiech, którym zaraża innych i dobre serce, które przede mną otwiera. Są też wspólnie spędzone chwile - spacery po okolicy bądź pierwsza wspólnie ubrana choinka. Jest on. I jest słowo „kocham” rzucone zaraz po przebudzeniu.

O SILE SŁOWA „KOCHAM” I WSPOMNIENIACH ZATRZYMANYCH W FOTOKSIĄŻCE


Są takie momenty – myślę, że dla każdego z nas zupełnie inne – kiedy „kocham” nabiera jeszcze większego znaczenia. Albo jest to jedyne słowo, które w pełni oddaje to, co akurat czujemy. Chociaż sama piszę, to jednak wiem, że są takie rzeczy, których nie da się opisać słowami. Ba! Nie wszystko da się pokazać w filmie. Niektóre rzeczy dzieją się głęboko w nas i potem możemy je tylko i wyłącznie wspominać. Z nutką żalu, tęsknoty bądź miłości. I tę miłość powinniśmy okazywać sobie każdego możliwego dnia skoro los sprawił, że dobraliśmy się w parę. Jest jednak taki dzień w roku, kiedy tą miłością powinno się dzielić jeszcze bardziej. Są to Walentynki. Może i 14 lutego jest komercyjny, może to błahostka kupiona na specjalnym stoisku w Biedronce. Ale to wciąż miłość. To wciąż „kocham”, które można powiedzieć drugiej osobie. I dzisiaj ja też powiem, i to publicznie, że kocham. Nawet powiem za co najbardziej! A potem będzie o bardzo fajnej fotoksiążce. I o tym, jaki jest idealny prezent na Walentynki dla niego


5 POWODÓW, PRZEZ KTÓRE KOCHAM NAJBARDZIEJ

Za to, że zawsze jesteś obok
Czyli za to, że mnie wspierasz; znosisz mnie, gdy jestem nieznośna i pomagasz, gdy tego potrzebuję. Kocham Cię za te Twoje ramiona, w których mogę się schować albo, tak po prostu, przytulić. Za to, że potrafisz mnie uspokoić. Za to, że dajesz mi poczucie bezpieczeństwa. Za to, że mam świadomość, że nie jestem na tym świecie sama. Za to, że przywołujesz mnie do porządku i potrafisz rozbawić nawet w najmniej oczekiwanym momencie. Za to, że jesteś tuż obok. I że jesteś najlepszy na całym świecie.

Za to, że kochasz
I za to, że powtarzasz mi to na każdym kroku. Za to, że mogę zaczynać dzień słuchając tych pięknych słów i za to, że w ten sam sposób mogę go kończyć. I wyczekiwać kolejnego. I mieć świadomość, że mówisz to prosto z serca. To nie są jakieś tam słowa rzucone na wiatr. To obietnica tego, że będziesz tutaj jutro, że mogę na Ciebie liczyć i że jesteś tutaj niezależnie od tego, co by się działo. To najpiękniejsza melodia, którą grasz mi na przywitanie. Możesz mi wierzyć, że lepszych słów nie wymyślono.

Za to, że masz do mnie cierpliwość
Bo chociaż oboje dobrze wiemy, że w życiu zbyt cierpliwy nie jesteś, to jednak mnie jakoś znosisz. A czasami siedzę Ci na głowie całymi dniami i bywam wrzodem na tyłku, którego nie można się pozbyć. I czasami nie ogarniam wszystkiego tak, jak powinnam, a już tym bardziej nie za pierwszym razem. Jestem też leniem i bywa, że absolutnie nic nie chce mi się robić, a Ty mimo wszystko dbasz o to, żebym choćby zjadła to śniadanie. Które sam mi robisz. Jesteś najlepszy i będę Ci to powtarzała, aż w końcu zrozumiesz.

Za to, że przy Tobie jestem szczęśliwa
I czuję, że znalazłam swoje miejsce na świecie. Takie, do którego chętnie wrócę po kilku godzinach spędzonych w pracy. I takie, w którym chętnie będę spędzała wolny czas, bo jest mi najzwyczajniej w świecie dobrze. Jestem szczęśliwa, mam Ciebie obok. Kogoś, kto mnie wysłucha i kto pocałuję. Kogoś, kto wie o mnie więcej, niż ktokolwiek inny i potrafi czytać z moich oczu czy gestów. Kto wie, co lubię, czego nie i stara się, żeby było mi dobrze. Mam Ciebie. A Ty sprawiasz, że każdego dnia jest mi dobrze. I przytulasz tak, że mogę zapomnieć o całym bożym świecie, bo najważniejsze dla mnie jest to, że jesteś blisko.


Za te wspólne wyjazdy
I za to, że mam świadomość tego, że to dopiero początek. Te nasze góry i morze to z całą pewnością fajnie spędzone chwile razem, które możemy kolekcjonować i czekać na jeszcze więcej. Nie było fajerwerków za drugim razem w Bieszczadach, ale to wciąż takie nasze miejsce. Takie, do którego już całe życie będę miała sentyment. W końcu to tam Cię poznawałam.
Mieliśmy w tym roku także morze i one podbiło nasze serca całkowicie. Też żałuję, że nie zostaliśmy dłużej. Żyję jednak w przekonaniu, że jeszcze znajdziemy więcej takich miejsc. Takich, które będziemy mogli zwiedzać razem. Takich, które tylko odhaczymy na naszej liście i tych, które na długo zapadną nam w pamięci. Pięknie jest móc wyjechać gdzieś z Tobą, zapomnieć o tym wszystkim co nas czeka w domu i po prostu żyć chwilą. I pięknie jest zapisywać te wszystkie momenty. Nie tylko w pamięci czy w galerii w telefonie. Fajnie jest również mieć te wspomnienia o tak, materialnie. I dlatego tak bardzo podoba mi się ta fotoksiążka.

EKRAN NIGDY NIE DA TYLE, CO ZDJĘCIA TRZYMANE W DŁONI

Nigdy zdjęcia w telefonie, na pendrive czy zapisane na dysku w komputerze nie zastąpią takich, które można wziąć do ręki. Od zawsze marzyły mi się  grube albumy ze zdjęciami i ściany obwieszone w ramki. To dopiero sprawiłoby, że na dobre nie zapomniałoby się o tym, co miało miejsce w przeszłości. Jakiś czas temu odkryłam fotoksiążki i w nich również zakochałam się po uszy. Wiedziałam, że w końcu będę musiała stworzyć własną.

Emocje
            Dzięki współpracy z marką Printu miałam możliwość wykonać własną fotoksiążkę i wierzcie mi – jest ona jeszcze lepsza niż o niej do tej pory myślałam. Sam proces jej tworzenia przywołał masę pięknych wspomnień, do których świetnie było wrócić, a trzymając ją w rękach mam jeszcze milsze odczucia niż tylko i wyłącznie patrząc w ekran monitora na te nasze zdjęcia. 
W fotoksiazce postawiłam na nasze wspomnienia ze wspólnie przebytych wyjazdów. Znalazło się tam morze i nasze Bieszczady. I te wszystkie nasze wspólnie spędzone chwile ukryte gdzieś za zdjęciami. Wierzcie mi, taka fotoksiążka to nie tylko fajny prezent na Walentynki dla chłopaka. To świetny prezent dla niego w ogóle. To coś, co możecie tworzyć wspólnie wracając myślami do miejsc, w których się zatrzymaliście. I mieć nie tylko piękne wspomnienia w głowie, ale i na papierze. 
Printu chwali się tym, że drukuje emocje. I ja te emocje mam właśnie przed oczami.

Jakość
            Jeśli chcecie wiedzieć co nieco o samym procesie tworzenia, to jest to świetna zabawa. Zaczynając od wyboru szablonu, po przeglądanie i dodawanie zdjęć czy podpisów. Ja pokusiłam się też o piękny cytat z "Małego Księcia", który idealnie oddaje te nasze wspólne wypady i nasze bycie razem. To naprawde fajny upominek. Nie tylko dla niego, ale tak zwyczajnie - dla nas.
Moja fotoksiążka ma 20 stron, twardą okładkę i jest naprawdę ładna. Prosta, przejrzysta i świetnie wykonana. W dodatku jeśli chciecie, to możecie tworzyć ją pod gotowy już szablon lub dodać coś od siebie - jak ja. Możecie wrzucać cytaty, podpisy i wklejać dodatki. Bawić się i wracać wspomnieniami do tych chwil spędzonych razem. Ja miło wspominam czas spędzony nad tworzeniem tej fotoksiążki i jestem pewna, że sami też bedziecie tak mieli. 
Nie sądziłam, że będzie tak ładnie wygladała, całość przeszła moje oczekiwania i z pewnością często będziemy do niej razem wracać. I chwalić się nią przed rodziną i znajomymi.









Post powstał we współpracy z marką Printu.
PHOTOS: wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa, wszelkie prawa zastrzeżone.


Właśnie skończyłam 23 rok swojego życia. Jak ten czas ucieka! Dopiero co kończyłam 18, mogłam legalnie kupić piwo i zacząć kurs na prawo jazdy. Wydaję się, jakbym dopiero kończyła liceum, a przecież zdążyłam już obronić tytuł licencjata. Leci to straszliwie szybko i pewnie zanim się obejrzę, to będę miała 30 na karku i depresyjne stany, bo będę czuła się jeszcze starzej. Póki co jednak słodko-gorzka refleksja, która tak mnie dopadła tego dnia.

10 REFLEKSJI NA TEMAT ŻYCIA Z OKAZJI MOICH 23 URODZIN

Z dnia na dzień coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w życiu najważniejsza jest miłość
A dlaczego miłość? Bo to najlepsze,  co się człowiekowi potrafi przydarzyć. Bo to troska, wsparcie, pomoc. To wspólnie spędzone tygodnie, miesiące i lata.  To wspólne plany na przyszłość, wyjazdy i ten czas, który możemy sobie ofiarować. To nie jakieś tam bycie, jak pisałam w rozmowie z Martą. To najlepsze bycie jakie możemy sobie nie tylko wymarzyć, ale też przeżyć.

Ludzie się zmieniają - nie zawsze na lepsze
Tego niestety nie da się uniknąć. Prawda jest taka, że ludzie nie mogą być ciągle tacy sami, a wpływ na to ma wiele czynników, jak otoczenie, środowisko, w które ktoś wpada, czy praca, w której siedzi do późna. Nie zawsze zmiany te sa nam na rękę i nie zawsze prowadzą do wspólnych wypadów na kawę. Ścieżki przestają się krzyżować, ktoś nie może wyjść, bo utknął w domu z dzieckiem, które ma grypę albo zalega z robotą na asap. Takie niestety jest życie. I czy sie komuś to podoba czy nie, to tak to wygląda.

Z wiekiem czas ucieka coraz szybciej
Wiecie, chociaż ciągle odliczam kolejne dni, to te dni jednak uciekają znacznie szybciej. Poniedziałek jakoś przeradza się we wtorek, ale pod koniec tygodnia to już mam wrażenie, jakby ten poniedziałek zlał się w całość ze środą i sama nie wiem, co robiłam we wtorek. Tygodnie mijają i zanim się obejrzę, to mam za sobą koniec stycznia, chociaż nie mam pojęcia, jak to się stało, skoro dopiero co był Sylwester. Już nie liczy się kolejnych dni, które zostały do sprawdzianu, tylko tygodnie do urlopu. I przewija bezwiednie kartki w kalendarzu.

Życie w rodzinie wielodzietnej wcale nie jest łatwe, a czasami nawet nie jest przyjemne Szczególnie gdy trzeba zdecydować, czy w tym roku bardziej potrzebne są nowe buty na zimę czy kurtka. To jednak uczy pokory. A chyba najgorsze co może być, to od małego mieć wszystko podane na tacy. Do niektórych rzeczy trzeba dojść samemu. Potem o wiele łatwiej jest zdobywać kolejne, dorosłe już szczyty. Także, tak słowem podsumowania, nie żałuję, że miałam dużą rodzinę, ale sama bym takiej nie założyła. Cieszę się, że to mnie czegoś nauczyło, ale jednak zostaje trochę gorzki żal, że nie miało się tego, co inni.

Pieniądze potrafią dać szczęście, przynajmniej pośrednio
Można sobie wmawiać że nie, ale prawda jest taka, że bez tych pieniędzy niewiele jesteśmy w stanie zdziałać. Szczęście to przecież wspólna podróż na drugi koniec Polski, na którą często trzeba odkładać miesiącami. To uśmiech dziecka, który po raz setny bawi się ulubioną zabawką. Szczęście to wieczór spędzony przy fajnym filmie z paczką chipsów w ręce. To stabilność i świadomość, że choćby niebo się waliło, to mamy środki, które będą w stanie pomóc. To zdrowi ludzie, których stać na opiekę medyczną. Szczęście to radość i spokój. I właśnie pieniądze potrafią to zapewnić. Nie będę ukrywała, że do szczęścia potrzebni są też ludzie, którzy z tych pieniędzy będą mogli skorzystać. Trzeba jednak je mieć, żeby pełną piersią odetchnąć i nie przejmować się rachunkami za prąd czy kredytem za mieszkanie.

Dorosłe życie wcale nie jest takie fajne, jak wydawało się, gdy było się dzieckiem
Wtedy człowiek nie myślał o tych wszystkich paragonach za zakupy, o tym że żywność jest taka droga, o tym że rachunki za prąd czy telefon odmierzają kolejne miesiące. Nikt nie mówił, że tyle kosztuje ubezpieczenie samochodu czy wizyta u lekarza pierwszego kontaktu. I chociaż teraz można sobie na więcej pozwolić, to też więcej gotówki trzeba przetrawić i rozdać zanim się z nią na dobre przytuli.

Z wiekiem coraz bardziej dba się o zdrowie
Kiedyś za rogiem ściągało się czapkę i chociaż uszy odmarzły, to się jej nie zakładało, bo nikt w czapkach nie chodzi. Wychodziło się bez szalika i z rozpiętą kurtką, a teraz? Teraz tylko ubieranie się na cebulkę, żeby nerki nie przemarzły. A ból nerek jest koszmarnie bolesny, możecie mi wierzyć. Częściej chodzi się do lekarza i dba o to, żeby chodzić prywatnie. Na NFZ tej wizyty mogłabym się doczekać za kilka lat, a nieraz po prostu nie warto tracić czasu. Więcej się na to wydaje pieniędzy, ba, często dopiero w momencie przyjęcia człowiek sobie uświadamia, ile za to wszystko się płaci. I jak dużo trzeba dać za leki wypisane na recepcie. I chyba to tym bardziej uczy, żeby reagować wcześniej, niż doprowadzić się do stanu, kiedy będzie trzeba wydać jeszcze więcej.

Im więcej się zarabia, tym bardziej boli wydawanie
No chyba że na słodycze, tego to jakoś nie odczuwam (a powinnam). Im więcej jednak wpada do portfela, tym trudniej jest się w tymi pieniędzmi pożegnać. A już szczególnie wtedy, gdy trzeba te pieniądze dać na rachunki. Wtedy to boli podwójnie.
W każdym razie, nie wiem jak Wy, ale mi jakoś tak szkoda wydawać swoje pieniądze choćby na ubrania, które kiedyś fundowali rodzice, haha.

W życiu trzeba dużo podróżować
Nie tylko, żeby poznawać, ale też po to, aby doświadczyć spokoju ducha. Podróże nie tylko kształcą. Pozwalają również odpocząć. Czy to przy książce na plaży, czy aktywnie zwiedzając nieznane dotąd miejsca. To sposób na relaks, poznawanie nowych kultur, uczenie sie i obserwowanie. Warto już od małego zaszczepiać chęć do jeżdżenia i odkrywania zagadek świata. Im człowiek starszy tym mniej ma na to wszystko czasu, więcej siedzi się w pracy, a mniej planuje. Chociaż zwiedzić chciałoby się z pół globu.

Mieszkanie na wsi wcale nie jest takie złe

Szczególnie wtedy, gdy ma się swój samochód i możliwość dojechania wszędzie tam, gdzie trzeba. Wieś to cisza, spokój, lato grające swoimi melodiami i zima z ośnieżonymi polami. To jesienne lasy i złote kolory ogarniające przestrzeń, a także zieleń budząca się razem z wiosną do życia. To takie moje miejsce na świecie i chyba żadne miasto nie byłoby w stanie mi tego zastąpić. W każdym razie Warszawa nie była. Dla mnie to miejsce, gdzie mogę wszystko. Chociaż w gruncie rzeczy jest mniej do roboty. 

PHOTO: Tatiana


Samochód przemierza kolejne kilometry, krajobrazy za oknem zmieniają się z każdą kolejną godziną. Są góry we wstecznym lusterku i lasy trzymające nas w swoich ramionach. Są pola uprawne i małe miasteczka. A potem jest nasze Mazowsze. Wita nas fabrykami, blokowiskami i większym zagęszczeniem na ulicach. A poza tym wszystkim co za oknem, jest też tęsknota. Za tymi górami, z których właśnie wracamy. Czy miejscami, w których do tej pory byliśmy. No i jest ta chęć. Chęć by zobaczyć jeszcze więcej. I takie są też moje i mojego chłopaka plany. Pojeździć, pozwiedzać, doświadczać. Oto 10 miejsc, które chętnie zwiedzimy w przyszłości.

10 miejsc w Polsce, które chciałabym kiedyś zobaczyć

Mazury
Byłam już w górach, zobaczyłam też morze. Nie można jednak zapominać, że Polska to również kraina wielkich jezior i te piękne Mazury, które uśmiechają się na zdjęciach na Instagramie. Powiem Wam szczerze, że jestem bardzo ciekawa, jak to wygląda w rzeczywistości. I czy tacy wędrowcy jak ja z moim chłopakiem, nie zanudzimy się tam na śmierć. Mam nadzieję, że nie! Czekamy na ciepłe dni, początki sezonu letniego i ruszamy do tych bajkowych jezior. Prawdopodobnie wpadniemy do Giżycka lub Mikołajek. Jeśli tam już byliście, to wiedzcie, że chętnie dowiem się, co poza kajakami, rowerowymi wypadami i pięknymi widokami warto tam zobaczyć!

Zakopane
Jak ja żałuję, że jednak nie pojechaliśmy tam w Sylwestra. Góry zimą nie są najlepszym wyborem jeśli nie ma się odpowiedniego sprzętu, żeby chodzić po szlakach. Ja z moim nie miałam, w dodatku byliśmy w Polańczyku, na samym początku Bieszczad. Nie jest to jakieś świetne miejsce do zwiedzania, zimą niewiele się tam dzieje i zdecydowanie odradzam. Chyba że ktoś chce sobie tylko i wyłącznie odpocząć. My mieliśmy zapał do tego, żeby trochę pozwiedzać i zobaczyć jakieś większe góry. Dlatego też żałowaliśmy, że to jednak nie Zakopane. Zazdrościłam wszystkim, którzy wstawiali stamtąd zdjęcia z tymi wszystkimi ośnieżonymi szczytami. Mam nadzieję, że kiedyś i nam się uda tam pojechać.

Kraków
Dorosłość ma swoje zalety, ale ma też wady. Podczas rozmowy o podróżach z Magdą, doszłyśmy do wniosku, że główną przeszkodą, jeśli chodzi o wyjazdy, jest brak czasu. Odczuwa się to strasznie, gdy już nie można sobie ot tak, zrobić wolnego w tygodniu, bo człowiek siedzi w pracy. Nie da się już jeździć tak często, jak można by było jeszcze kilka lat temu. Ale są weekendy! I w te weekendy chcieliśmy z moim chłopakiem pojeździć po największych polskich miastach, a zacząć mieliśmy od Krakowa. Jedni go niecierpiących, drudzy uwielbiają. Ja miałam okazje widzieć tylko z daleka, ale mam nadzieję, że uda się zobaczyć więcej w lutym. Żeby tylko smog był akurat mały!

Wrocław
a Wrocław napaliłam się już dawno temu, ale kompletnie nie wiem dlaczego. Tak chyba mi się spodobały te kamieniczki na Starym Mieście, których pełno w internecie. W dodatku słyszałam wiele dobrego o tamtejszym zoo, więc jeśli uda się tam pojechać, to koniecznie w ciepłe dni!

Poznań
Kolejne duże miasto w Polsce. Dlaczego akurat znalazło się na liście? Szczerze przyznam, że nie mam zielonego pojęcia. Jest jednak na tyle blisko, że jazda pociągiem nie była by taką kompletną męczarnią, więc warto spróbować. Może się spodoba i czymś ciekawym zaskoczy.

Podlasie
Z Podlasia było sporo osób na moich studniach, a że są strasznie związani ze swoimi rodzinnymi stronami, to chciałabym kiedyś sprawdzić dlaczego. Konkretnego planu na to jeszcze nie ma, ale żebyście słyszeli jak ludzie o tych miejscach opowiadają! I jak ich bronią. Coś świetnego!

Świnoujście
Byliśmy już z moim chłopakiem nad morzem, ale jak wiadomo -apetyt rośnie w miarę jedzenia. Stanęliśmy naszymi umęczonymi stopami w Jastrzębiej Górze - najbardziej wysuniętym na północ miejscu w Polsce. Dlaczego by zatem nie stanąć na najbardziej oddalonym na zachód miejscem nad morzem? Do tego jest to jedyne w tym kraju miasto położne na 3 wyspach, co tym sprawia, że jest wyjątkowe. Koniecznie musimy to zobaczyć! Ktoś był i może polecić tam jakieś atrakcje?

Oświęcim
 Wydaje mi się, że są takie miejsca na świecie i w kraju, które trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu. Ale nie żeby je podziwiać, a po to, żeby upamiętnić tych wszystkich, którzy w tym miejscu zginęli. Ja nie wyobrażam sobie nie pojechać kiedyś do Oświęcimia. To właśnie jedno z tych miejsc, które trzeba zobaczyć. I zrozumieć.

Lidzbark
Jadąc w czerwcu nad morze z moim chłopakiem, na naszej drodze stanęło to miasto. I chociaż mijaliśmy je tylko przelotem i podziwialiśmy tylko z okna w samochodzie, to muszę Wam napisać, że żałowaliśmy okropnie, że się nie zatrzymaliśmy. Wyobrażacie sobie piękny poranek, wodę w środku miasta i piasek nad tą woda? Ja się zakochałam, mój chłopak też miło wspomina te widoki, więc jest to miejsce na naszej mapie, któremu musimy przyjrzeć się bliżej.

Karkonosze
Nie wiem czy jakiekolwiek góry będą w stanie sprawić, że polubię je bardziej niż Bieszczady. Do nich bowiem czuję ogromny sentyment, w końcu to tam poznawałam mojego chłopaka i to one są pierwszymi, po których chodziłam. Dużo dobrego słyszę jednak te o Karkonoszach. Podobno są bardzo niedoceniane, więc kuszą mnie tym bardziej. Tam gdzie dużo ludzi, tłumy, tam przyroda jakoś nie robi takiego wrażenia. Coś mi się jednak wydaje, że Karkonosze by mnie nie zawiodły. Ktoś był i może potwierdzić?

PHOTO: zdjęcie stanowi moją własność, wszelkie prawa zastrzeżone

Sama o sobie mówi, że jest optymistką z odzysku, która uwielbia się uśmiechać. Bloga pisze po to, aby tym optymizmem zarażać innych. Żeby nie tylko pokazywać piękno zwykłych chwil, ale też aby dzielić się czymś ze światem. Trochę też dlatego, że pisanie powoduje w jej organizmie wzrost endorfin. W życiu lubi wyzwania. Lubi stawiać sobie nowe cele i szukać przygód. A do tego wszystkiego uwielbia podróże, bo nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu. Z tego też powodu, dzisiaj z Magdą (M.) z bloga Bo życie to coś cudownego, porozmawiam sobie właśnie o podróżach. Dowiecie się stąd, dlaczego tak bardzo spodobały mi się Bieszczady, kto sprawił, że jeszcze bardziej chciałabym zobaczyć USA i co takiego moja rozmówczyni uwielbia przywozić z wyjazdów

BLOGERSKIE PITU-PITU: KOLEJNE ZDOBYTE POCZTÓWKI I MIEJSCA ZAZNACZONE NA MAPIE

Magda P: Zbyt dużo o podróżach nie wiem, ale mam marzenia i miejsca, które chętnie bym zobaczyła. Takie, do których chciałabym pojechać i zobaczyć je na własne oczy, a nie tylko na zdjęciach, gdzieś na Instagramie.

Magda M: Tak, ja także systematycznie poznaję nowe miejsca, które oczarowały mnie samymi zdjęciami. Albo o których opowiadali mi znajomi. Oglądam relacje z podróży i nierzadko zdarza mi się, że całkowicie mnie pochłaniają. Chyba wiesz o czym mówię?

Magda P: Pewnie, że wiem! Ja niestety póki co więcej planuję i snuję, niż jeżdżę. Ale mam ochotę na jakieś dłuższe i krótsze podróże. Choćby po największych miastach w Polsce. Nawet już się poważnie z moim chłopakiem zastanawiamy nad Krakowem, w któryś weekend. Ogarnąć tylko pociąg i jechać!

Magda M: Ja w ubiegłym roku pierwszy raz byłam we Wrocławiu, a wielu znanych, ba! dużych miast w Polsce jeszcze nie widziałam. Mimo wszystko jeśli już marzę, to o dalekich podróżach. Do Włoch, Hiszpanii, a mogą być nawet Stany. Podobnie jednak jak u Ciebie tak i u mnie, póki co więcej jest planów, niż wyjazdów. Muszę przetrwać najtrudniejsze lata na studiach… i przestać szukać wymówek. <śmiech>

Magda P:  Oj Magda, Amerykę to i ja bym z wielką chęcią odwiedziła. A rozmowa o zakupach w USA jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że fajnie byłoby tam kiedyś pojechać. Do tego te vlogi Busem Przez Świat, które jeszcze bardziej do tego zachęcają. No i oczywiście Kanada w parze z Alaską, bo widząc u nich te piękne widoki, grzechem byłoby nie spoglądać na nie stojąc naprzeciw, a nie tylko wgapiając się w ekran. Ale nie ma co – miejsca w Polsce, chociaż mniej szalone, to nadal są pełne uroku.

Magda M: Oczywiście! Potwierdza się to za każdym razem, kiedy jestem w nowym mieście w naszym kraju. A najlepiej widzę ten urok, gdy sięgam za aparat i zaczynam robić zdjęcia, które potem są najlepszą pamiątką z podróży.

Magda P: Muszę Ci powiedzieć, że całkowicie Cię rozumiem, bo ja też uwielbiam robić zdjęcia i zawsze tego narobię dużo, bo po prostu – fajnie jest mieć takie wspomnienia na kliszy czy nawet zapisane na telefonie. Wszystkiego nie zapamiętamy, a niektóre miejsca aż się proszą o to, żeby właśnie o nich pamiętać. A potem te zdjęcia lądują na Instagramie i przez kolejne pół roku pokazuję, gdzie byłam i co zobaczyłam. No i kupuję pocztówki! Jak pierwszy raz byłam w Bieszczadach, to żadnej nie wzięłam i możesz sobie tylko wyobrazić, jak bardzo tego żałuję (mimo że minęło 1.5 roku).

Magda M: Ja pocztówek nie zbieram, ale kiedyś chyba zacznę. Miałam nawet taki plan, żeby zbierać pocztówki z każdego wspólnego wyjazdu z moim chłopakiem. Na razie jednak tych wypadów zbyt wiele nie było.

Magda P: To jest cudowne i ja też liczę na więcej wyjazdów. Będę mogłam spędzać czas z moim chłopakiem, a do tego przy okazji przywozić te pocztówki. Może kiedyś nawet ozdobią nam mieszkanie i będą takim powrotem do przeszłości. Zobaczymy! Poza tym, muszę Ci napisać, że ja jeszcze nigdy nie byłam zagranicą i kusi mnie do tego straszliwie.

Magda M: Naprawdę? Oj to faktycznie dużo masz celów i marzeń do osiągnięcia…

Magda P: I to największe czyli USA. Chciałabym strasznie tam kiedyś pojechać. A wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc kiedyś mogę chcieć jeszcze bardziej. I chyba na tym to polega, że powinniśmy sobie szukać takich miejsc i takich ludzi, z którymi chcielibyśmy wyruszyć w świat. Pochodzić, pozwiedzać, zobaczyć te wszystkie piękne góry, jeziora, pustynie czy morza. I przeżywać.

Magda M: Tak, to jest świetne. A potem oglądanie zdjęć z tej podróży. To mi pomaga odsunąć się od codziennych trudności. Zamknąć oczy i przenieść się tam, gdzie byłam kilka lat temu… albo w minionym miesiącu. Kiedyś moje potrzeby kończyły się na Bałtyku, a teraz wiem, że cały świat czeka na odkrycie. Choć ostatnio zaczęłam tęsknić nawet za Bałtykiem, już dawno nie widziałam go na żywo.

Magda P: Po prostu – nic tylko jeździć i przeżywać. Nie ma nic lepszego niż przeniesienie się do zupełnie innego świata, który na każdym kroku potrafi czymś zaskoczyć. Który zachęca do tego, żeby wstać rano, chociaż poranne pobudki są tym, czego nie znosi się najbardziej. A potem sprawia, że przestaje się liczyć godziny, tylko po prostu się doświadcza. I ma nadzieję, że te chwile nigdy się nie skończą. A co do Bałtyku, to pierwszy raz byłam tam w czerwcu. Ale to zdecydowanie nie to samo, co góry…

Magda M: Ja wiele razy wypoczywałam nad morzem. Śniadanie, plaża, obiad, plaża. I tak do zachodu słońca. A potem jakiś film czy planszówki. Od tamtego czasu wiele się we mnie zmieniło i teraz nie wiem, jak to znosiłam. Za bardzo mnie nosi, gdy tak ciągle leżę. Chociaż dla mnie pobyt nad morzem to nie tylko opalanie się, ale też – albo przede wszystkim – spacery brzegiem morza i oczywiście pływanie!

Magda P: Ja nie nadaję się do opalania, zanudziłabym się na śmierć. Ale za to przez te kilka dni nad morzem zrobiliśmy sobie objazdówkę, po najbliższych miejscowościach. Jedną nogą staliśmy we Władysławowie, a drugą na Helu, zbierając muszelki podczas deszczu; w Chłapowie przedzierając się przez wąwóz na plażę; w Jastrzębiej Górze, podziwiając klif i w Trójmieście, zawieszając oko na miejski styl życia. Stopy bolały, odciski się porobiły, ale stwierdzam, że było warto. I na pewno lepiej wspominam ten wyjazd dzięki właśnie tym wszystkim chwilom. Leżenie na plaży to dla mnie średnie wakacje.

Magda M: Oj, z pewnością. U mnie wszystko zmieniło się, kiedy pierwszy raz dostałam uczulenia od słońca. Zaczęłam doceniać chodzenie, zwiedzanie, a leżenie zaczęło mnie po prostu nudzić.

Magda P: Ja się do tego nie nadaje. Nie mogę tak leżeć, gdy jestem w zupełnie nieznanym miejscu. Wolę podziwiać. A tak w ogóle to polecasz jakieś miejsca nad morzem?

Magda M: Byłam we Władysławowie, Mielnie i Gdańsku, ale wszystko jeszcze w podstawówce... od tego czasu na pewno sporo się zmieniło tym bardziej, że duża część np. Władysławowa była remontowana, czy nawet budowana. Polecam po prostu jechać i przespacerować się brzegiem morza. Tak jak mówiłaś – doświadczać.  

Magda P: Ale chyba przyznasz mi rację, że na spacery jeszcze lepsze są góry? Ja z każdym dniem coraz bardziej, nieśmiało zakochiwałam się w Bieszczadach. Dreptanie po szlakach to zdecydowanie jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w czasie takich wypadów. Chociaż zimą chyba bym się nie zdecydowała. Byliśmy teraz drugi raz w górach, tym razem na Sylwestra i niestety szlaki to była tragedia. Buty miałam calutkie w błocie.
Ale, ale, bo nie zapytałam jeszcze o najważniejsze - co tak naprawdę ciągnie Cię do podróżowania?

Magda M: Maksymalny odpoczynek! Ja nigdy nie jestem w stanie wypocząć dobrze bez wyjazdu. Zmiana otoczenia, atmosfery, okolicy sprawia, że dużo przyjemniej mi się budzi, je śniadania. Mam nawet więcej energii potrzebnej do działania. Gdyby to był zwykły weekend, to przeszedłby i bym o nim szybko zapomniała. Byłby tylko wolnym od obowiązków dniem. A poza tym… Na świecie jest tyle pięknych krajobrazów, widoków, że chciałabym zobaczyć ich jak najwięcej.

Magda P: Myślimy o tych wyjazdach bardzo podobnie. Dla mnie to też świetny relaks. A do tego mogę być w zupełnie innym miejscu i oglądać inną rzeczywistość. Nie tylko tę z domowego okna. Nie mam nic przeciwko tym moim wiejskim klimatom, ale czasami potrzebuję się wyrwać. I takie wyjazdy naprawdę sporo dobrego potrafią dać.

Magda M: I do tego to wszystko wywołuje tyle emocji! Nie potrafię sobie powiedzieć: „nie no Magda, przecież cię to nie rusza”. Bo wiesz, rusza mnie to. I to bardzo!

Magda P: Podróże to chyba taka rzecz, która dobrze zrobiłaby ludziom. Ale nie mówię tutaj o dwutygodniowych wakacjach raz w roku. Czasami fajnie by było wyrwać się na jakiś weekend gdzieś za miasto albo na dłuższy spacer po okolicy. To nie muszą być jakieś ogromnie długie podróże, ale takie małe wycieczki czy choćby poznawanie okolicy. Budowanie sobie codzienności, która nie będzie rozpoczynała się o 9 i kończyła o 17, gdy wyjdzie się z pracy. Trzeba coś zrobić dla siebie. Mam wrażenie, że brakuje nam takiej wolności w przestrzeni. Ja z całą pewnością czasami odczuwam taki brak swobody.

Magda M: Tak, zgadzam się z Tobą. Ta wizja jest piękna. Tylko właśnie… W większości wypadków wszystko kończy się tylko na wizji, nie ma żadnego działania. Pojawia się bowiem pytanie: skąd brać na to wszystko czas?

Magda P: Najłatwiej to po prostu dobrze sobie organizować czas wolny i urlopy. I koniecznie korzystać z faktu, że jest się szkole czy na studiach. To najlepszy moment na podróże, bo im człowiek starszy, tym ma więcej obowiązków.

Magda M: Sama próbuję łączyć uczelnię z podróżami. W zeszłym roku miałam dużo czasu dla siebie, dla ruchu i dla zdrowia. Ten jest o wiele gorszy. Nawet nie mam czasu na normalne gotowanie, które uwielbiam, a co dopiero mówić o – choćby weekendowych – wypadach.

Magda P: A na którym roku jesteś? Dla mnie najcięższy był  drugi. Nie tylko na studiach, ale też w liceum czy gimnazjum. Trzeci minął mi bardzo szybko i zanim się obejrzałam, to już oddawałam swój licencjat do recenzji. Ja teraz jestem w trakcie szukania stałej pracy i wiem, że będzie mi o wiele ciężej zorganizować jakikolwiek wyjazd, ale żyję nadzieją, że jakoś to będzie!

Magda M: To ja jestem właśnie na trzecim roku. Tylko, że na kierunku lekarskim jest inaczej. Nie piszemy pracy, ale mamy inne „horrory”.

Magda P: To chyba inny świat. Ja nie mogłam narzekać na zbyt dużo obowiązków na studiach. Teraz tylko wszystko się porąbało, bo z tym planem nie mogłam pracować. Ale koniec o studiach. Powiedz mi lepiej, do jakiego miejsca, chciałabyś kiedyś wrócić?

Magda M: Teraz pewnie zabrzmi to, jakbym zwiedziła cały świat, ale był taki widok, który mnie urzekł. Hmm, urzekł to chyba nawet zbyt słabe słowo. On całkowicie mną zawładnął i mimo wszystko będę chciała jeszcze choć raz w życiu to zobaczyć. Muszę. Ale nie jest to konkretne miejsce. Mam na myśli rafę koralową, którą widziałam w Egipcie już prawie 10 lat temu... jest tak piękna jak na filmach, ale wrażenia z oglądania są lepsze. I jest jeszcze taka malutka miejscowość w Chorwacji, nazywana przez moją rodzinę „dziurą”, bo praktycznie nic tam nie było. Tylko morze, a dosłownie kawałek dalej wysokie góry.

Magda P: Ja jeszcze raz chętnie pojechałabym w Bieszczady. Tylko latem albo wczesną wiosną. Tak, żeby można było jeszcze pochodzić po szlakach, wejść na jakiś szczyt i patrzeć na widok roztaczający się u stóp. Naturalne widoki chyba są najpiękniejsze. Nie ma nic fajniejszego niż rozgwieżdżone niebo, które aż błyszczy, bo w pobliżu nie bije tak dużo światła. Albo zachód słońca nad morzem.

Magda M: Góry są cudowne! Choć nie każdemu się podobają... tutaj z kolei najbardziej, jeśli chodzi o Polskę podobała mi się Dolina Pięciu stawów. Byłaś może kiedyś?

Magda P: Oj nie. Póki co miałam okazję zobaczyć tylko Bieszczady. I powiem szczerze, że zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Będę jednak pamiętała o tym, co mi poleciłaś i w przyszłości spróbuję się tam dostać.

Magda M: A co najbardziej spodobało Ci się w Bieszczadach?

Magda P: Powiem szczerze, że dla mnie takim kulminacyjnym momentem był 30 kilometrowy szlak przez Wielką i Małą Rawkę na Tarnice, a potem Bukowym Berdem na dół. Naprawdę wtedy, chociaż droga była wyczerpująca, stwierdziłam w duchu, że jeszcze kiedyś tam wrócę. Tego się po prostu nie zapomina. Chciałoby się jeszcze więcej i częściej, bo jak wiadomo – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wyjazdy to świetna sprawa. A z każdym kolejnym tygodniem czy miesiącem marzy mi się taka konkretna podróż, gdzieś w zupełnie inne miejsce świata.


Magda M: Nie pozostaje nam już zatem nic innego, jak tylko chwycić te marzenia, przyciągnąć je blisko i zrealizować. Najlepszy czas na działanie i na podróżowanie jest teraz, tym bardziej, że mamy siłę i chęci do wyjazdów. Niezależnie od tego, czy chcemy jechać bardzo daleko, czy po raz kolejny zobaczyć cudowne miejsca w Polsce, wystarczy spakować najpotrzebniejsze rzeczy, nie zapomnieć o dużej porcji dobrego humoru i odpocząć. I tego Ci Madziu – i wszystkim czytelnikom – życzę.


Jest jedynaczką i strasznie lubi Harry'ego Potter'a. Od dziecka marzyła o tym, żeby dostać list z Hogwartu. Uwielbia "Twój Styl", ma polskie i amerykańskie prawo jazdy, a do tego klnie jak szewc, czym bardzo przypomina mnie samą. Od 7 lat jest w związku, a od 3 mieszka w Ameryce. Jak każda kobieta lubi też wydawać pieniądze i sporo wie o zakupach. A szczególnie o tych w Stanach, o których sobie dzisiaj pogadamy. To tutaj dowiecie się, dlaczego Amerykanie tak bardzo lubią fast foody, jakie są najpopularniejsze sklepy w USA i czy podczas Black Friday naprawdę są tak wielkie wyprzedaże. Zapraszam serdecznie na rozmowę z autorką bloga Za Wielką Wodą

BLOGERSKIE PITU-PITU: JAK I GDZIE AMERYKANIE ROBIĄ ZAKUPY?

Magda: Ostatnio strasznie narzekam na brak pieniędzy. Nic nie da się z tym zrobić, bo niestety, ale zarabiam mniej niż wydaje i to jest problem, ale od czasu do czasu muszę sobie coś kupić. Dla przykładu ostatnio kupowałam wielki kubek mojemu chłopakowi na prezent świąteczny. Trafiłam na promocje 2+1 za złotówkę i to sprawiło, że musiałam, no musiałam koniecznie coś sobie dobrać. Skończyło się na kolejnym świątecznym kubki i… reniferze. Nie wiem po co mi ten renifer, ale ładnie wygląda na półce.

Za Wielką Wodą: Świetnie Cię rozumiem. Kiedyś przed Wielkanocą pojechałam po zgrzewkę wody, a wróciłam z półmetrowym, pluszowym zającem. Był niebiesko-szary, mięciutki i miał długie uszy. Nie mogłam przejść obok niego obojętnie, dlatego też wylądował u mnie w koszyku.

Magda: Haha, ale chociaż kupiłaś wodę? Mówią, że czasami kobieta może wyjść na zakupy z konkretną potrzebą,  a potem wróci i nie będzie tego miała, bo nakupuje innych rzeczy. Drobnostek, ale jednak.

Za Wielką Wodą: Wtedy wodę kupiłam. Za to teraz od 3 tygodni kupuje płyn do mycia naczyń i jakoś to nie wychodzi. No ale wiesz, najpierw Black Friday, a teraz pomału już szał świątecznych zakupów (rozmowa prowadzona była przed świętami). Wczoraj jak pojechałam po ten płyn to wróciłam z bluzką z nadrukiem Myszki Miki, w którą wmontowane są takie jakby świąteczne światełka choinkowe. Jak się naciśnie guzik, to bluzka świeci! Narzeczonemu ręce opadły, jak wróciłam z tą bluzą, a bez płynu…

Magda: No to powiem Ci szczerze – nieźle! Ale chociaż jesteś zadowolona z zakupu? Możesz powiedzieć, że było warto zapomnieć o tym płynie po raz kolejny i kupić taką ekstrawagancką bluzę? Ja też już wpadłam w świąteczny wir i nic tylko bym kupowała te wszystkie ładne rzeczy z wigilijnym motywem.

Za Wielką Wodą: Uwielbiam tę bluzę! Obawiam się, że światełka szlag trafi przy pierwszym praniu, ale cóż… Pewnie to jednorazówka, ale z drugiej strony, może jeszcze mnie miło zaskoczy. Już kilka razy zdarzyło mi się kupić coś taniego i wydawało się, że jest to tylko na jeden raz, a chodzę w tym do dziś. A jeśli chodzi o świąteczne dekoracje to kupuje co roku nowe i robię choinkę w innym kolorze. W tym okresie bardzo przydatne dla mnie są sklepy „wszystko po dolarze”. Jakościowo to dno i dziesięć metrów mułu, ale 12 bombek za 1$ to naprawdę fajna sprawa. A ja lubię mieć co roku nowe dekoracje, także na trwałości mi nie zależy.

Magda: Ooo, takie sklepy są najlepsze! Na dłuższą metę nie nadają się do niczego, ale jak ktoś chce coś fajnego przez chwile i do tego po taniości to naprawdę warto. Chociaż w Polsce to wchodzi się do sklepu oznaczonego „Wszystko po 2 zł”, a potem i tak wychodzi na to, że wszystko jest, ale po 20 i wyżej. No i pewnie nie kupiłoby się takiej bluzy, a już na pewno nie za taką cenę. Ale ozdoby warto też kupować w takich sklepach jak np. Home & You. To właśnie stamtąd jest renifer. Już nie wspominając o IKEA. Tam mogłabym zamieszkać.

Za Wielką Wodą: Bluza kosztowała 11 dolarów, nie wiem czy to aż tak mało. Ale w porównaniu do cen w Polsce, to naprawdę grosze. Kiedy w wakacje byli u mnie moi rodzice, to się tak obkupili na wyprzedażach, że trzeba było wysyłać paczkę do Polski, bo się w bagaż nie zmieścili. Często nawet w przeliczeniu na złotówki, rzeczy w USA wychodzą znacznie taniej.
A co do sklepów z dodatkami do domu, to taniej można je kupić w Targecia, czy Walmarcie, niż w sklepach typu IKEA. W ogóle ja w tym sklepie nawet z mapką nie mogę się odnaleźć, dlatego nie przepadam za tym budynkiem.

Magda: Oj ja to uwielbiam! Mogłabym tam wejść i cały dzień zwiedzać. No i strasznie podobają mi się te rzeczy, pasują do mnie idealnie. Aż smutno nie wziąć czegokolwiek. O Walmarcie dużo słyszałam, ale nie rozumiem tego fenomenu. Zastanawiam się, czym ma on jakiś polski odpowiednik.

Za Wielką Wodą: Fenomen Walmarta polega głównie na tym, że jest na każdym kroku i można kupować wszystko w jednym miejscu. Zaczynając od jedzenia a kończąc na fotelu. Czy jest tanio? Na pewno taniej niż w Targecie, ale nie są to jakieś kolosalne różnice. Generalnie Ameryka nie jest drogim państwem, choć podobno dawniej to była taniocha i teraz ludzie narzekają, że ceny podskoczyły. A jeśli chodzi o polski odpowiednik to hmm. Real? Pepco? O ile jest w nim jedzenie.

Magda: Reala nie ma już od kilku lat. Jakiś sklep go zastąpił, ale nie pamiętam dokładnie co to było. A jeśli chodzi o Pepco, to jest to mały sklepik z ciuchami, tekstyliami i dekoracjami. Raczej nie ma co porównywać. Sama nie mogę sobie wyobrazić, jakiegoś podobnego sklepu do Walmarta, może dlatego tak ciężko sobie uzmysłowić, jaki może być ten sklep. W każdym razie, Ameryka to też wyprzedaże garażowe! Zawsze chciałam na taką iść.

Za Wielką Wodą: Reala nie ma? Wow, nie wiedziałam. Dawniej była też Hipernova, to ją mogę porównać do Walmarta. Ewentualnie jeszcze E.Leclerc, o ile jeszcze istnieje. A wyprzedaże garażowe to największe zło Ameryki! Idziesz sobie zobaczyć co tam ciekawego i nagle okazuje się, że absolutnie wszystko by ci się przydało. W dodatku kosztuje 1-5$, więc grzech nie kupić! Później okazuje się, że masz pierdyliand wazonów, ramek i nie wiadomo czego jeszcze!

Magda: Tak chyba jest ze wszystkimi sklepami. Zawsze znajdzie się coś, bez czego po prostu nie można wyjść i trzeba to kupić, bo więcej się tego nie spotka. Ale powiedz – znajdzie się tam coś fajnego? Amerykanie naprawdę tak dużo tam kupują?

Za Wielką Wodą: Na garaże trzeba mieć sposób. Trzeba wybierać bogate dzielnice z dużymi i pięknymi domami, bo w biedniejszych ludzie próbują sprzedać takie graty, że czasami aż wstyd pytać np. mamy, czy by czegoś takiego nie chciała. Warto też wybierać się na wyprzedaże pierwszego dnia, bo można znaleźć rzeczy, które nie zostały już doszczętnie przejrzane. Ja pozwalam sobie na takie zakupy max. 2-3 w roku, bo inaczej moje mieszkanie byłoby zawalone po sufit. I musisz się targować! Amerykanie to kochają.

Magda: A ja tak bardzo nie lubię targowania się. To najgorsze co może mnie spotkać np. w pracy. Serio, ludzie czasami potrafią marudzić, bo nie chce zejść o złotówkę niżej, a przecież nie mogę. U nas w Polsce raczej targować to się można, ale na bazarach, a nie w sklepach. Mam jednak wrażenie, że turyści tego nie rozumieją.

Za Wielką Wodą: W sklepach też nie lubię się targować. Ale w Ameryce to normalna sprawa. Targują się nawet o auta. Paliłam się ze wstydu, gdy mój narzeczony próbował tego w salonie samochodowym, ale… skubanemu udało się osiągnąć to, co chciał. A „garaże” to już w ogóle przede wszystkim kojarzą mi się z targowaniem. Na szczęście nie są to jakieś długie rozmowy. Zazwyczaj bierzesz coś o łącznej wartości 15$, mówisz, że dasz za to 10$ i zwykle jest po sprawie.

Magda: U mnie targować się uwielbia ojciec. On to wszędzie wyprosi niższą cenę. I będzie nudził, aż ktoś się zgodzi na to, żeby np. nie musiał płacić za dowóz mebli do domu. Z nim na zakupy zdecydowanie nie lubię chodzić. Ale na taką amerykańską wyprzedaż garażową chętnie bym się przeszła. Tak samo jak na Black Friday. Chociaż nie wiem, czy wtedy by mnie nie stratowali.

Za Wielką Wodą: Black Friday zdecydowanie warto zobaczyć przynajmniej raz w życiu, ale w bezpiecznej odległości. Dentysta w Stanach jest drogi… A tak serio, wszystko zależy od tego, co chcesz kupić. Jeśli ciuchy, buty czy kosmetyki, to o wiele lepsze są wyprzedaże na The 4th of July. Przeceny są praktycznie takie same, ale jest o wiele spokojniej. W ogóle odnoszę wrażenie, że Amerykanie w ten Black Friday wariują dla samej tradycji. Faktycznie sprzęty AGD mogą być np. -200$ taniej, ale czy wszyscy rok w rok muszą mieć nowy telewizor?

Magda: To akurat takie rzeczy, które chyba warto często zmieniać, bo mogą okazać się lepsze. Albo mógł wyjść nowszy model, który na przecenie będzie kosztował tylko kilka dolarów więcej niż ubiegłoroczny, więc to niewielka strata. Tylko chyba problem polega na tym, że ja bałabym się tam wejść w czasie takich wielkim sprzedażowych rewolucji. Za bardzo bałabym się o swój stan fizyczny i psychiczny.

Za Wielką Wodą: Ale właśnie nowe modele zazwyczaj nie są przeceniane. Tak samo jakieś kultowe kosmetyki. Sprzedawcy wiedzą, że to i tak pójdzie, więc nie robią na to jakichś wielkich promocji.
Poza tym, my w tym roku kupiliśmy telewizor na promocji, 70 cali, przeceniony z 1400 na 900 i to nie był Black Friday. Więc można się obyć bez tego. Promocje są cały rok, raz w jednym, raz w drugim sklepie. Szkoda nerwów na Czarny Piątek.

Magda: Teraz dopiero widać, jak bardzo nadmuchane jest to wydarzenie. Wychodzi na to, że nie warto odkładać i czekać z wytęsknieniem na te promocje. W Polsce pojawiają się jakieś dni typu -20% i to jest wielki Czarny Piątek. Trochę mnie to śmieszy, bo jednak chyba – mimo wszystko – nie ma co porównywać.

Za Wielką Wodą: Faktycznie, nie ma co porównywać, bo promocje w Stanach sięgają 60-80%. W Black Friday nigdy jednak nie biorę udziału w wyprzedażach. Zdecydowanie bardziej wolę wyprzedaże lipcowe. A tak zmieniając temat, to musisz wiedzieć, że Amerykanie kochają zakupy hurtowe. Tutaj dużą popularnością cieszą się sklepy tumu Sams czy Costco, gdzie ceny za jeden produkt kupiony w hurcie, są znacznie niższe.

Magda: Hurtowe zakupy robi się i u nas. Przynajmniej u mnie zawsze robiło się duże zakupy raz w tygodniu, żeby nie biegać kilka razy do sklepu. Nawet teraz, gdy znacznie więcej osób w rodzinie ma prawo jazdy i tak nawyk takich zakupów pozostał.

Za Wielką Wodą: O widzisz, to u mnie wyglądało to zupełnie inaczej. Zakupy robiło się raz na 2-3 dni. Tutaj robi się zakupy raz na tydzień albo nawet dwa. Kupuje się produkty, z których można będzie potem coś zrobić i się kombinuje. Dla mnie to świetna sprawa, bo nie cierpię zakupów spożywczych. Chociaż ja akurat lubię świeże mięso. Amerykanie kupują gotowce z długą datą ważności. I najlepiej takie, które da się przygotować potem w mikrofalówce...

Magda: Czyli sprawdza się teoria mówiąca o tym, że ludzie w Stanach nie za bardzo lubią spędzać czas w kuchni? Naprawdę wolą mrożonki i fast foody?

Za Wielką Wodą: O fast foodach można by było zrobić oddzielną pogadankę. Ale tak, Amerykanie bardzo często korzystają z restauracji typu McDonald. Po części jest to lenistwo, a po części fakt, że w Stanach pracuje się znacznie dłużej niż w Europie. Teoretycznie pracuje się tutaj 40 godzin tygodniowo, ale w praktyce rzadko kto nie ma nadgodzin. Ba! Nawet banki, urzędy czy poczta są tutaj otwarte znacznie dłużej niż w Polsce. Mam znajomą prawniczkę, która wychodzi z domu o 6:30, a wraca po 19. Nie dziwię się, że nie chce jej się gotować.

Magda: To teraz i ja się nie dziwię, że ci ludzie mają tak mało czasu na porządne posiłki. Po tylu godzinach w pracy i ja nie miałabym na to chęci. Czy ze względu na taki stan rzeczy popularniejsze są w Ameryce zakupy przez internet? Ja tak szczerze to za nimi nie przepadam. Wolę coś zobaczyć i wymacać.

Za Wielką Wodą: To ja mam tak z ciuchami. Też wolę iść do galerii i pooglądać. Chociaż wtedy zwykle mam problem z parkingiem, w USA to nieuniknione. Przez internet wolę kupować elektronikę czy kosmetyki. Zresztą jak większość. Hipermarkety to przekleństwo dla tych, którzy nie cierpią kolejek. A szczególnie tych do punktów zwrotu. Warto też zaznaczyć, że w Ameryce można oddać wszystko, podobno nawet używany szampon. Wystarczy powiedzieć, że źle działał na twoje włosy, a oni oddają kasę.

Magda: Ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, kiedy w Polsce przechodzi coś takiego. U nas to nawet robią problem jak chcesz oddać coś na gwarancję, która należy ci się jak psu buda. Albo chcesz złożyć reklamacje na buty, które po dwóch tygodniach się odkleiły, a oni ci mówią, że to nie ich wina.

Za Wielką Wodą: Haha, pamiętam, gdy mojemu tacie wystrzeliły akumulatorki w aparacie. Przekonanie sprzedawcy, że musi je przyjąć na gwarancję zajęło 40 minut, a i tak uległ dopiero wtedy, gdy wcisnęłam mu kit, że pracuje w gazecie. I że w poniedziałek na bank się w niej pojawi.

Magda: Niestety taki mamy trochę dziwny kraj. Dlatego zazdroszczę Ci tej Ameryki. Tego, że wyprzedaże tam są konkretne i jak się okazuje, nie tylko jednego dnia w roku. No i tych wszystkich wyprzedaży garażowych! Chętnie też bym się przekonała, czy hot-dog z USA jest smaczniejszy od tego serwowanego w Polsce! Ten kraj wydaje się być spełnieniem marzeń dla zakupoholików...

Za Wielką Wodą: Zdecydowanie Ameryka to raj dla tych, którzy kochają zakupy i piekło dla tych, którzy ich nie lubią. Jednak i tak polecam się przekonać na własnej skórze jak to wygląda. Black Friday wcale nie jest szaleństwem wyprzedażowym i tutaj znacznie bardziej wolę takie zakupowe święta w lipcu, gdy mogę obkupić się kosmetykami. Chociaż nie uniknie się w taki dzień kolejek, to jednak jest to fajne przeżycie. A jeśli już ktoś wpadnie do Ameryki, to niech da znać, chętnie wybiorę się na zakupy! I koniecznie niech weźmie więcej pieniędzy, bo tutaj naprawdę można kupić sporo fajnych rzeczy znacznie taniej niż w Polsce.

PHOTOS: pexels.com


Obie jesteśmy w związkach i obie jesteśmy szczęśliwe. Ja od prawie półtora roku, Marta od niemalże czterech lat. To, co dają nam nasi faceci, sprawiło, że wywiązała się między nami rozmowa o tym, co dobrego ma człowiek w związku. Będzie to post o wielkiej miłości, o magii słowa „kocham”, o szczęściu, równowadze i poczuciu bezpieczeństwa. A będę w nim mówiła ja i Marta z bloga Mikrożycie, która publikuje tam posty między innymi o wiejskiej i poznańskiej rzeczywistości. Do tego jest miłośniczką książek, seriali i robienia zdjęć smartphonem (znam to doskonale). Do życia podchodzi pozytywnie, woli działać niż się zamartwiać, a o miłości ma podobne zdanie co ja. I dlatego dzisiaj zapraszamy do naszej rozmowy. Bo będzie dużo (wyważonego) słodzenia.

BLOGERSKIE PITU-PITU: MAM NAJLEPSZEGO CHŁOPAKA POD SŁOŃCEM, CZYLI O TYM, CO DAJĄ ZWIĄZKI

Magda: Pisałam jakiś czas temu na pewnego bloga trzy zdania o tym, czym jest dla mnie szczęście. Gnębiło mnie to strasznie, bo jak opisać coś takiego za pomocą tak małej liczby słów? Jak pokazać, że kocham i że czymś najlepszym w moim życiu jest mój chłopak? Że jest takim moim prywatnym centrum świata i przy nim, po prostu – jestem szczęśliwa?

Marta: No właśnie, jak? Słowa: „a mam chłopaka, dobrze nam razem”, jakoś średnio oddają to, jak w rzeczywistości wygląda to bycie razem. Ciężko jest to opisać komuś z zewnątrz.

Magda: Ja to nawet powiem, że takie gadanie mnie śmieszy. Dla mnie on jest kimś więcej niż jakimś tam chłopakiem. To ktoś, z kim mogę dzielić swoje smutki. Ktoś, kto mnie wysłucha, pocieszy, rozbawi, sprawi, że wyluzuję. To nie jakieś tam bycie. To bycie we dwójkę. I to najlepsze co się człowiekowi może przydarzyć.

Marta: Aż się uśmiecham, jak czytam to, co piszesz. Lubię, kiedy ktoś w tak piękny sposób mówi o swoim związku.  Czasami mam wrażenie, że my – dziewczyny – lubimy sobie na tych facetów ponarzekać. Że nie kupują kwiatów, nie sprzątają po sobie i tak dalej, ale robimy to chyba tylko dla zasady. Ty za to skupiasz się na tym, co najlepsze.

Magda: Zdecydowanie! Chociaż mój nie może uwierzyć, że na niego nie narzekam i piszę w samych superlatywach. Ale w końcu - po co mam narzekać, skoro jest mi dobrze? Dba o mnie na każdym kroku, a tuli tak, że zapominam o całym świecie! Jest dla mnie kimś naprawdę ważnym. I głupio byłoby tak po prostu na niego psioczyć.

Marta: Gdyby tak głębiej zastanowić się nad tym, o czym piszesz, to wychodzi coś bardzo ważnego i prawdziwego. Jeśli jesteś w związku to niejako z automatu dostajesz kogoś, kto może udzielić wsparcia i z kim możesz iść dalej przez świat. Jest się we dwójkę właśnie. Słowo „chłopak” wygląda dość płytko, jeśli w tym wszystkim weźmie się pod uwagę to, co się dostaje w gratisie.

Magda: To chyba taka alternatywa dla kogoś, kto nie do końca wie, co z tym związkiem zrobić. I jeśli to ma być tylko „chłopak”, to jest to niewykorzystany potencjał. Razem z miłością, którą daje mi Daniel, dostaje też mnóstwo innych rzeczy, które sprawiają, że jest mi najzwyczajniej w świecie dobrze. Życie z kimś takim, jak on, jest po prostu o niebo przyjemniejsze.

Marta: No właśnie! Wiesz, ja nawet jak kogoś poznaję, to dosyć szybko zdradzam imię mojego chłopaka i już mówię o nim osobowo. Bardziej mi to pasuje, bo wtedy rzeczywiście wskazuję na konkretną osobę. Mam poczucie, że jest to wtedy bardziej, hmmm, moje, niż zwykle stwierdzenie „a bo mój chłopak, to zrobił…”.

Magda: Wiesz, mi często zdarza się mówić w podobny sposób, ale jednak staram się przekazać w tych słowach, jak wiele dla mnie znaczy. To, że uwielbiam, gdy jest obok i te wszystkie momenty, gdy mówi, że kocha. To lubię najbardziej w związkach. A jak jest u Ciebie?

Marta: Lubię w byciu w związku to, że nie muszę wszystkiego potrafić sama. Mam kogoś do duetu i razem możemy mieć najlepszy zestaw cech na świecie, a jednocześnie jedno z nas może być np. bardziej nieśmiałe od drugiego. I tak się nawzajem windujemy do góry na własnych skrzydłach.

Magda: Jak ładnie powiedziane! Zgodzę się w stu procentach z tym, co mówisz. I nawet z tą nieśmiałością, chociaż nie wiem, kto jest większym nieśmiałkiem u nas. Chociaż jesteśmy różni, to i tak jesteśmy w stanie normalnie rozmawiać i układać sobie życie. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że nie zawsze wszystko będzie każdemu pasowało. I o tym należy mówić.

Marta: Taka gwarancja i możliwość liczenia na drugą osobę to coś wspaniałego. Ale masz rację, są momenty, kiedy coś będzie się działo. Trzeba mówić wprost o tym, co jest nie tak, ale też celebrować dobre rzeczy. Dzięki temu związek się rozwija.

Magda:  I trzeba słuchać i korzystać z rad, które daje ta druga połówka. Ja wiem, że mój dobrze radzi. Na niektórych rzeczach po prostu zna się o wiele lepiej ode mnie. Zdaję sobie sprawę, że jak wybiera mi np. nowy telefon, to będzie to najlepszy jaki w danej cenie i z danymi cechami (dobry aparat, haha) mógł znaleźć.

Marta: Albo jest od nas w czymś lepszy. Na przykład w prowadzeniu samochodu, jak to jest u mnie.

Magda: Albo, jak wspomniałaś wcześniej, ma trochę inne cechy i to jest zbawienne. Mój dla przykładu potrafi mnie przywołać do porządku, gdy za bardzo panikuje. A to jest dla mnie bardzo ważne. Czasami wpędzam się w takie błędne koło i ciągle się czymś martwię. On jeden potrafi sprawić, że zamiast nerwowych tików, uśmiechnę się.

Marta: Ha, mój też! Taka góra spokoju: to rzeczywiście bardzo ważne. Mój pomaga mi bardzo i chyba nawet powoli i mi udziela się to spokojne podejście.
Są jeszcze jakieś pozytywne różnice, w których się uzupełniacie?

Magda: Ja jestem typowym umysłem humanistycznym, za to on idzie pod ścisły. Ja mogę pisać mu e-maile i inne teksty, za to on świetnie zna się na komputerach i jest w stanie poprawić każdą usterkę. Chociaż nie będę ukrywała, że przeraził mnie wygląd laptopa po jego rozebraniu, to i tak jestem dumna z tego, co potrafi.. Poza tym mój dzieli się radością. Jest takim typowym śmieszkiem. Wiem, że przy nim mogę być sobą. Podobnie jak u Ciebie, też trochę się tego podejścia od niego uczę. Nawet mój się czasami pyta, co za potwora stworzył, haha.

Marta: Mój wprawdzie komputera nie rozkłada, ale samochód – i owszem. I to też mnie przeraża. Mam do tego taki charakter, że chciałabym tam od razu zajrzeć i domagać się wyjaśnień, ale uczę się odpuszczać i właśnie ufać temu, że wszystko zrobi dobrze. Przecież zawsze robi.. Czytam to, co piszesz i mam wrażenie, że mamy podobnych chłopaków – mój też zawsze mnie rozśmiesza do łez, ale to ja jestem w tym związku project managerem i coachem.

Magda: Ja już nawet przestałam pytać, bo i tak zwykle nic nie rozumiem. Niestety. Chociaż czasami próbuje w to wnikać, ale to dłuższa lekcja dla mnie, a nie zawsze mojemu starcza cierpliwości. Jeśli chodzi o to podobieństwo, patrząc z takiej strony, z pewnością są podobni.

Marta: No ale w sumie to zawsze jakiś plus, że uczysz się czegoś nowego. Szczególnie jeśli taki mężczyzna jest cierpliwy i ma talent do tłumaczenia pewnych zawiłości. My pomagamy sobie często w pracy, bo któreś zna np. jakąś ciekawą funkcję w Excelu i może drugiemu ją pokazać. Szczerze mówiąc, nigdy nie myślałam, że będę miała wsparcie w moim chłopaku, nawet w takich sprawach.

Magda: Ja z moim próbowałam tworzyć własny szablon na bloga, ale to trochę więcej kombinowania niż z początku zakładaliśmy. Póki co daliśmy za wygraną, chociaż wiem, że jeśli bym chciała do tego wrócić, to pewnie byśmy próbowali dalej. I to jest świetne, tym bardziej, że wiem, że on blogowania nie bardzo rozumie. Poza tym, on daje mi bezpieczeństwo. Wiem, że przy nim jestem w najlepszym miejscu na świecie i choćby nie wiem co, to czuję się bezpieczna. Wiem, że mnie obroni. W końcu jestem jego.

Marta: Tak, to prawda z tym poczuciem bezpieczeństwa. Do tego troska i opieka. Wiem, że jest ktoś, kto odbierze mnie z firmowej imprezy w środku nocy, czy zrobi mi Gripex, gdy będę chora. Fajne jest też to, że działa to w obie strony.

Magda: Chyba po prostu to wszystko ma polegać na tym, że robiąc komuś dobrze, robimy też je sobie. I pięknie jest zasypiać i wstawać obok człowieka, którego kochasz i mieć świadomość tego, że masz w ramionach cały świat. A także czuć, że on nie da Ci zginąć. I że kocha.

Marta: Dokładnie… Świadomość, że jaki by ten dzień nie był kiepski, to wieczorem zawsze wracam do domu, do naszego prywatnego świata bardzo pomaga nabrać dystansu. A wiesz, co jeszcze jest fajne w byciu w związku, ale dosyć nieoczywiste? To, że można poznać dzięki tej drugiej osobie mnóstwo fajnych ludzi. Już nie wspominając o tym, że rodzina się powiększa, że mam drugą mamę, do której mogę zadzwonić z prośbą o przepis.

Magda: Ja to w ogóle znajomym powinnam teraz szczerze i publicznie podziękować, bo to dzięki nim się poznaliśmy. Próbowali nas zeswatać i im się udało. Ale co się dziwić, skoro mój chłopak jest po prostu kochany? Sam w to nie wierzy, ale jednak. Jak przejść obok tego obojętnie?
Co do tych drugich mam i przepisów, moja teściowa jest dosyć specyficzna, ale nie mogę na nią narzekać. Nic mi wielkiego nie zrobiła.

Marta: Ja mam wspaniałą teściową i naprawdę jest dla mnie jak druga mama! A wracając do tych znajomych, to ciekawe jest to, o czym piszesz. Chyba oni musieli podskórnie czuć, że do siebie pasujecie…

Magda: Pojęcia nie mam, co czuli, ale wiem, że gdyby nie oni, to byśmy się nawet nie poznali. A tak, było spotkanie, był wypad w góry całą czwórką, a teraz wychodzi na to, że mija nam razem rok i kilka miesięcy. I wszyscy naokoło się śmieją, że już praktycznie razem mieszkamy. On za to czasami marudzi, że pół pokoju ma zastawione moimi kosmetykami.

Marta: Na to się nic nie poradzi. Z partnerem dostaje się też cały inwentarz. Nie tylko rodzinę i znajomych, ale też wszystkie książki, sprzęt, ubrania rozwieszane na krześle, jego plany na całe życie. Obecnie połowę szafy na kurtki zajmuje drewniany miecz. I co ja mam z nim zrobić?

Magda: Muszę zapytać – po co mu ten drewniany miecz?

Marta: Drewniany miecz to pozostałość po czasie, kiedy ćwiczył Dawne Europejskie Sztuki Walki – czyli walki rycerskie w średniowiecznym stylu. To był jego miecz treningowy. Treningi się skończyły, ale miecz pozostał z nami.

Magda: Sentyment, z tym nic nie zrobisz. Dla niego to pewnie kawał fajnych wspomnień i ciężko mu się z tym rozstać. Może warto by było bardziej go wyeksponować?

Marta: Na pewno w większym mieszkaniu tak zrobimy!

Magda: Koniecznie! W końcu skoro go nadal trzyma, to musi dla niego coś znaczyć. Ale jeśli chodzi o związki, to warto  wspomnieć jeszcze o tym, że nikt nie tuli tak dobrze, jak facet. Żadne uściski mamy z dzieciństwa tak wiele nie dają, co jego ramiona wokół mnie. I to jego „kocham” powiedziane z czułością w oczach. To naprawdę potrafi sprawić, że początek dnia i jego zakończenie są o wiele przyjemniejsze.

Marta: To prawda. To taka zaleta bycia w związku, z którą po prostu nie da się dyskutować - fundament i już. Gdybym miała podsumować, co jest dla mnie najważniejsze w byciu razem to właśnie to - możliwość kochania i bycia kochaną.

Magda: Okazywanie tej miłości, nawet na każdym kroku, tak! Zdecydowanie to wygrywa. Cała reszta jest świetna, ale miłość to tutaj podstawa. Te pocałunki, tulenie, dbanie o siebie nawzajem, to już tylko wynik tego uczucia.

Marta: Pewnie, że tak. Związek to miłość.  To też wsparcie i przyjaźń, jaką darzymy siebie nawzajem oraz to, że życie jest po prostu radośniejsze, ciekawsze i łatwiejsze we dwójkę. To wreszcie spokój, jaki daje poczucie, że znalazło się swoje miejsce na ziemi. Ważne, żeby pamiętać o tym, że tak naprawdę takie rzeczy liczą się najbardziej. Nie to, czy kupił kwiaty na urodziny, czy zostawił skarpetki na podłodze i czy siedzi przed komputerem kilka godzin z rzędu. Im dłużej jestem w związku tym mniejsze znaczenie przypisuję takim drobiazgom a większe właśnie tym podstawowym prawdom - temu, że jest nam dobrze razem i się kochamy.

Magda: Bo chyba nie ważne jest to, co kupuje, ale to, co od siebie daje. Kwiaty w gruncie rzeczy może podarować też mama czy brat. A te poczucie, że jestem we właściwym miejscu, z człowiekiem, którego stawiam wyżej od siebie, dopiero pokazuje, co tak naprawdę daje związek. Jak sama napisałaś - to nie tylko kwiatki, to nie biżuteria. Ale to ramiona, które przygarną mnie do jego piersi i jego głos, ten najpiękniejszy dźwięk na świecie, który powie, że wszystko będzie dobrze. I naprawdę tak będzie. Bo mam go obok.


PHOTOS: pexels.com