Napisałam licencjat! No dobra, prawie go napisałam, troszkę jeszcze zostało do poprawy, ale najgorsze za mną. Najwyższa pora tutaj wrócić. Na tego mojego bloga. Do Was. Wrócić w takim stylu, bo mam nadzieję, że tego teraz będzie więcej.

PISZĘ: KOCHAM, TĘSKNIĘ, NIEDŁUGO WRACAM

Autobus gwałtownie hamuje, zatrzymując się na czerwonym świetle. Ktoś przeklął. Ktoś inny kogoś szturchnął, potrącił, przeprosił. Spojrzał w cudze oczy, by w końcu wrócić do swojej strefy komfortu. Telefon w ręce, wzrok utkwiony w wielkich billboardach, usta zaciśnięte w wąską linie. Autobus znowu rusza... Torby podrygują na każdym dołku, zakręcie, przy manewrze wymijania…
Przystanek: wychodzą, potykają się, zderzają ramionami w ciasnych drzwiach, nie mogąc zdecydować się – przepuścić czy najpierw wyjść? Oczami badają chodniki, uciekają wzrokiem, ukrywają swoje wnętrza. A ja myślę o nim… O jego brązowych oczach, które zaglądają w każde zakamarki. Wypełniają się miłością, radością i uśmiechem. Myślę o oczach, które szukają odpowiedzi, reakcji, pozwolenia. Szukają moich oczu, z którymi mogłyby toczyć szczęśliwe potyczki, kradnąc z nich dumę, uwielbienie i oddanie. Te oczy potrafią wykryć każdą wątpliwość, każdy strach, ból czy zmęczenie. Działają kojąco. Pozwalają wierzyć, że martwię się zupełnie niepotrzebnie, że pora odpuścić, że nie ma się czym stresować. Że są dla mnie.
Myślę o tym, że dawno już ich nie widziałam. Że nie widziałam jego. Kilka dni: w pracy, na uczelni, w bibliotece, bez niego. Minuty zamieniające się w godziny, dni mijające jak tygodnie. Odliczanie do spotkania, pocałunku, do wtulenia się w jego ramiona, w których każdy problem przestaje mieć znaczenie. Do słuchania jego bijącego serca, wygrywającego najładniejsze melodie… Czas biegnie strasznie wolno, gdy ja zmierzam do niego. Gdy jestem, gdzieś tam - w środku Warszawy, w wirze zajęć, ferworze zadań, kakofonii dźwięków, wśród problemów, piętrzących się nad głową. Gdy po raz kolejny wsiadam do autobusu, który zatrzymuje się na następnym przystanku, tym samym co wczoraj, przedwczoraj i jutro. Tłum obojętności otacza mnie z każdej strony. Przytłacza, denerwuje, porywa w objęcia marazmu i sprawia, że jeszcze bardziej chce uciec. Wrócić, zobaczyć, przytulić…
Wielkie budynki, miasto betonu, szara codzienność, która uderza każdego dnia i czasami potrafi przytłoczyć. Miejsce, które bez niego wydaje się smutne, pozbawione szczęścia, humoru. Miasto, w którym ludzie zatracają siebie, swoje pasje, poczucie, że nie są sami na świecie. Kolejne skrzyżowanie, hamulec, gaz, hamulec. Korek. I wspomnienie tego, do czego chcę wrócić: jego uśmiechu, ponieważ potrafi poprawić nawet najbardziej popsuty nastrój. Śmiechu, który rozśmiesza do łez; sposobów na to, żeby się ze mną podroczyć i uroczego spojrzenia, gdy do końca nie wie, czy nie przesadził.
Chciałabym wyjść na następnym przystanku, złapać pierwszy lepszy tramwaj do Centrum, a potem wrócić do domu. Do niego. Żeby móc wtulić się w jego szyje, pozwolić, żeby nosił mnie na rękach, krzyczeć, żeby puścił i bawić się tak, jakbym miała szesnaście lat. Żeby móc poczuć, że życie to nie tylko zmartwienia i że mam jego i jestem w najlepszym miejscu na świecie. Z osobą, która kocha, potrzebuje, opiekuje się i zrobi wszystko, aby było lepiej.
Wyjmuję telefon: piszę, że kocham. Że tęsknię. Że brakuje mi go teraz, tutaj obok. Że potrzebuję, aby przytulił i przekonał, że będzie dobrze, że jeszcze chwila stresu, pracy, a potem już będzie z górki. I że będę miała jego na wyciągniecie ręki i będę mogła usiąść na kolanach, objąć i zapomnieć o całym bożym świecie. Tęsknię. Chociaż widziałam go dwa dni temu i wiem, że zobaczę go niedługo. Tęsknię, bo kocham, bo mi zależy, bo jest najcudowniejszy na świecie i bez niego trudno wytrzymać w tym wielkim mieście. Gdziekolwiek, gdzie nie mam jego obok. Jest kochany, potrafi pocieszyć, poprawić humor, sprawić, że stres opuszcza chociaż na kilka chwil. Jest mój. A ja chciałabym wrócić.
Autobus dojeżdża do kolejnego przystanku. Wstaję, wysiadam, oto mój cel podróży. Taki daleki od tego, który naprawdę sobie obrałam. Jeszcze chwila, kilka dni. W końcu będzie obok. Cały mój, cały dla mnie. A ja będę dla niego.


 PHOTO: www.pexels.com


Jestem studentką już prawie trzy lata, ale to nie znaczy, że zapomniałam, jak to było w szkole. Chociaż teraz patrzę na okres szkolny z większym sentymentem i wiele jestem w stanie wybaczyć, to wciąż przypominają mi się rzeczy, których strasznie nie lubiłam wtedy i których nie lubię dzisiaj. Niby studia, niby uczelnia wyższa, a jednak nadal irytuje mnie to wszystko, o czym wspomniałam w poście. Może oprócz matmy, bo tej na szczęście nie mam w planie. Niech żyje dziennikarstwo!

6 RZECZY, KTÓRYCH NIGDY NIE LUBIŁAM W SZKOLE

A do odpowiedzi przyjdzie…
            Tak, tak. Zawsze miałam nadzieję, że nie trafi na mnie... Jakoś nie miałam zamiaru produkować się na tematy, o których nie miałam zielonego pojęcia i – jeśli mam być szczera – trochę mi one wisiały. Co jest fajnego w wymyślaniu na poczekaniu głupich odpowiedzi, którymi trzeba się pochwalić przed całą klasą? Już wolałam zapisywać średnio inteligentne odpowiedzi na kartce papieru. Te przynajmniej widziała tylko moja nauczycielka i jedynie ona mogła cisnąć z nich bekę.
            Bądźmy realistami – chyba nikt nie lubił stawać przed publicznością i udawać, że wie więcej (albo cokolwiek) na temat, który rzucił nauczyciel. Ja tam zwykle wiedziałam niewiele. Albo nic.

Dzwonek jest dla nauczyciela nie dla uczniów…
            czyli wieczny dowód na to, że nauczyciele mają nas w głębokim poważaniu i są jakimiś robotami, które nie potrzebują jeść, pić, sikać albo gadać z rówieśnikami.  No dajcie spokój! Jak mój żołądek kończy ze mną pertraktacje o tym czy powinnam dać mu jeść, czy też nie, a zaczyna śpiewać pieśni o tym, jaki to jest głodny, to ja naprawdę nie mam ochoty siedzieć dłużej w klasie. Chcę wyjść i coś zjeść. Albo po prostu chce wyjść, bo już dłużej nie mogę znieść tego gadania i wszelkiego rodzaju zagadek matematycznych, historycznych, biologicznych, a nawet kalamburów z języka polskiego.

Sprawdzian
A w szczególności ten niezapowiedziany. W dodatku z przedmiotu, którego nienawidzę i nigdy się do niego nie przykładam. Abstrahuję już od tego, że nie rozumiem tego, co nauczyciel próbuje wbić mi do głowy na lekcjach. Czy on jednak naprawdę musi dobijać jeszcze bardziej robiąc jakieś testy, kartkówki i inne takie pierdoły, które dosadnie pokazują jaką jestem kretynką? Dla mnie to zawsze był cios poniżej pasa...
Poza tym – jaki jest sens w robieniu niezapowiedzianych sprawdzianów skoro wiedza, którą wkuło się poprzedniego dnia na lekcjach i tak w końcu wyleci z głowy? W dodatku, patrząc na to praktycznie – wyleci ona bardzo szybko? Bez utrwalania informacji niestety można tylko pomarzyć o zachowaniu ich w pamięci. No chyba że ktoś ma fotograficzną pamięć. Ja nie mam i po dziś dzień nad tym ubolewam. Może miałabym lepsze stopnie, gdyby wszystko czego się nauczę i co usłyszę na lekcji, tak szybko nie uciekałoby mi z głowy…?

Top 3 najbardziej znienawidzonych przedmiotów
            A więc krótka historia o tym, jak Magda zdawała do kolejnej klasy, nie ogarniając co się dzieje… No dobra, na matmie czasami dostawałam olśnienia i coś tam udawało mi się obliczyć. Ba! Nawet na maturze lepiej poszła mi matma niż polski, czego nie mogę pojąć do tej pory. Niby 2 % różnicy, ale jednak wszyscy w domu śmiali się, że niby humanistyczna dusza, a matmę zdała lepiej niż swój kochany polski. Co mam powiedzieć? Może jednak mam jakieś matematyczne zdolności, hę?
            Z chemią już tak kolorowo nie było. Tutaj pomogli mi jedynie znajomi, od których mogłam spisywać zadania. Niestety moja znajomość tego przedmiotu kończyła się na rozwinięciu skrótu H2O, resztę ogarniałam tylko wtedy, gdy po wielu próbach i długich godzinach męki, udawało mi się znaleźć jakiś schemat. Albo, jak już wspomniałam, ratowali mnie znajomi. W tym miejscu muszę pozdrowić Ewelinę, która pomimo wielu starań, nie potrafiła mnie chemii nauczyć. Nie Twoja wina, że nie rozumiałam połowy pojęć, którymi się posługiwałaś…
            Na koniec fizyka… Tutaj nie ma co się rozwodzić. Po dziś dzień nie wiem, jak udało mi się to zaliczyć (na 2!). Chyba fart albo mój urok osobisty…

Zróbcie to w domu
            Ahaaa, czyli musiałam siedzieć po dzwonu w klasie i słuchać tłumaczenia zadań, których i tak nie potrafię zrobić, by w końcu dowiedzieć się, że mam trzy strony pracy domowej? To bolało. Zawsze. Czy naprawdę nie dałoby się tego zrobić w szkole? Ja rozumiem, że na niektóre rzeczy nie ma czasu, ale bez przesady. 
               Po co tyle zadawać? I na co to komu? Przez lata nie odrabiałam zadań z matmy, a jednak udało mi się zdać maturę. Przy okazji miałam czas dla siebie, nie siedziałam przy pracy domowej kilku godzin tylko cieszyłam się życiem. Można? Można. A że z matmy nigdy nie byłam orłem to wiedział każdy i nikomu nie trzeba było tego przypominać. Wszystko jednak udało się pozaliczać, więc po co całe to jęczenie, że odrabiając prace domowe też można się wiele nauczyć?
            Ja tam z niektórych przedmiotów wolałam uczyć się tyle, ile potrzeba, aby zdobyć pozytywną ocenę. I tak nigdy nie widziałam się w roli matematyka, więc po co o nią zabiegać?

Co byś sobie postawiła?
            Zacznijmy od tego, że nie ja jestem od oceniania. No bo serio: skąd mam wiedzieć, czy to, co robię na lekcjach, jest naprawdę odpowiedzią na wymogi nauczyciela? Nie mogę być w 100 % pewna, czego żąda, jaki ma sposób oceniania, czy spełniam jego wymagania. Nigdy nie mogę mieć pewności czy czasami sobie nie zawyżyłam oceny i czy nie stawiam siebie w zbyt dobrym świetle.
            Przyznaję – pomysł na ten post przyszedł mi do głowy, gdy dowiedziałam się, że muszę ocenić swoją pracę na jednych z zajęć na studiach. Nie, jakoś mnie ta perspektywa nie ucieszyła i nadal nie wiem, co mogłabym sama sobie postawić. Ocena końcowa miała być średnią ocen z prac pisemnych i aktywności na zajęciach. Aktywność to u mnie wiadomo – niespecjalna. Gadać jakoś nie gadałam, bo nie idzie mi to zbyt dobrze, a mówić głupot jakoś nie mam w zwyczaju. Pisać za to lubię i chyba nie poszło mi to tak tragicznie, więc przynajmniej o to mogę być spokojna. Ale jak to z tą oceną końcową? Na 5 nie liczę, bo zbyt ambitnie do tego wszystkiego nie podchodziłam. Znowu 3 to trochę średnia sprawa, bo jednak starałam się pisać dobre teksty. Może zatem wylądować gdzieś po środku i zgarnąć 4? Może moje teksty będą w stanie mnie uratować. W końcu nie wyszły najgorsze. A i ja jakoś nie przeszkadzałam, pilnie słuchałam i nawet oglądałam te filmiki puszczane na zajęciach, chociaż godzina, kiedy one trwały, bardziej kusiła do drzemki niż do skupienia się i wyciągnięcia wniosków z zajęć.
Tak właśnie bym siebie oceniła. Chociaż wolałabym nie oceniać siebie wcale. Niech inni to robią, ja chętnie wysłucham rad, pouczeń i krytyki. 

Eh, jak to dobrze, że skończyłam szkołę i przynajmniej przedmiotami ścisłymi nie muszę się przejmować...


PHOTO: MasterTux


Napisz reportaż o świętach, jak one już dawno minęły. Boże, przecież teraz to nic tylko wypatrywać wielkanocnego królika, który – nie wiedzieć czemu – będzie nosił jajka. Dlaczego królik i jajka? Czy one, znaczy – te króliki, w ten sposób się rodzą? Z jajka? Na wsi mieszkam, a nie wiem. Zadzwonię wieczorem do babci. Może ona wie skąd się biorą króliki. No i jajka… Ale dobra, dajmy już temu spokój! Reportaż! O świętach! Teraz, natychmiast, na wczoraj! A trudno, weź napisz o tym, co wszystkie tygryski lubią najbardziej – o prezentach!

CHOINKA, PREZENTY I INNE WYPADKI, CZYLI CZEGO NIE DAWAĆ NA ŚWIĘTA

            Musi być radośnie, wesoło, w radiu koniecznie kolędy, a w telewizji „Kevin sam w domu”. Tak sobie wymyślili dawno temu i tak musi zostać. Na środku domu stoi choinka, ale tak trochę dziwnie, jakby do góry nogami. Komentować nie będę, nie moja sprawa, może taka ta moda zza oceanu. Nie odzywam się, bo zaraz matka spojrzy oczami Bazyliszka, a siostra stwierdzi, że dzieci, wigilijne karpie i ja głosu nie mają…
            No ale stoi sobie ta choinka. Do góry nogami, tak na moje oko, ale kto by się tym przejmował. Pod choinką w końcu prezenty. Serce tego domu i każdego innego w sąsiedztwie. Co oni wszyscy tak do tych prezentów lgną to ja nie wiem, pewnie i tak połowa tego wszystkiego to skarpetki opakowane w kolorowy papier czy piżamy w torebkach z Elsą. Niech im będzie! Prezenty to prezenty - stały punkt programu. Świąt bez tego być nie może! Bo kto to widział, żeby tak przyjść do kogoś bez podarunku? A niech się ktoś potem martwi, co zrobić z kolejnymi majtkami, jeszcze do tego w złym rozmiarze! Takie to prezenty daje się u mnie na święta.
           
Majtki w rozmiarze XXL
            Nie jestem wścibska, ale wiem, co moje znajome dostały od swoich facetów na święta. Wiem, co wujek podarował ciotce, a moja matka swojej mamie. Na pewno się ucieszy z wełnianego szalika. Matka sama zrobiła. Wkręciła się w te wszystkie DIY i teraz siedzi wieczorami i wywija tą wełną. Dobrze, że nie mamy kota, bo rozniósłby jej to wszystko w cholerę… W każdym razie – moja babcia dostała szalik. Dobre to i praktyczne, w końcu przyszły mrozy i mamy jakąś taką zimną zimę, a to ostatnimi czasy jakby oksymoron. Szalik się przydał, babcia go nosi, mama ucieszona, bierze się za coś nowego. A Aneta, znaczy – moja znajoma, z zazdrością mi pisze, że też taki chce.
- Taki własnoręcznie wydziergany (o ile szaliki się dzierga)? Jasne! Biorę! A tak skończyłam z papierową lampką nocną ze świstkiem, że prosto z Ikei. Brzydka, że litość bierze, postawić się nie da, bo zaburza feng shui w mieszkaniu, a do tego świeci blaskiem tandety...
            No cóż, na jej miejscu też wolałabym szalik…
            Tak sobie myślę, że jakoś te lampki popularne w tym roku, bo Monika też się żali, że jej tata dostał jedną. Chociaż nic nie przebije chińskiej gry, o której opowiadała wcześniej. Prezent dzielony na spółę z siostrą, więc już jej współczuję. Do tego to gra z chińskimi znaczkami, której zasad nie ogarniał nikt, nawet sama kupująca. Niby rozwijające, edukujące, ale jak przez dwie godziny nie mogli całą rodziną rozpracować tego dzieła, to stwierdzili, że szkoda zachodu. Przeleżało w kącie święta, a potem zginęło w niewiadomych okolicznościach.
            - Wiesz co? – pytała mnie wtedy Monika – to tak jakbyś dała rozdupczoną Kostkę Rubika 80-letniej osobie i powiedziała, żeby sobie to ułożyła, a staruszka miałaby tylko jedną rękę. Za cholerę nie ogarniesz…
            I prawdę mówiąc nie ogarniałam wtedy, ani nie ogarniam dzisiaj. Chińska gra dla Polskiego dziecka. Ciotka to chyba nie miała gustu. I wyobraźni. Chociaż ona sama mogła pomyśleć, że to oni nie grzeszą wyobraźnią, skoro gry dla dzieci nie mogą opanować…
W każdym razie, ja tam bym takiej gierki nie chciała. Już wolę ten szalik. Albo majtki w rozmiarze XXL. 
           
Miał Mikołaj gest
            Ten Mój to ciągle powtarza, że dla niego najgorszym prezentem był garnek. Raz, że gotować nie lubi, nie umie czy nie chce; a dwa, że kompletnie nie może zrozumieć, dlaczego ktoś mógł wpaść na pomysł, żeby podarować mu na święta gar. I co z tego, że nie przypala. Że może sobie robić jedzenie, bo masa, rzeźba czy co on tam akurat wymyśli. Że stal nierdzewna, błyszczący, ogromny, a zupy można ugotować jak na wesele.
- Garnek to ja mogę kupić Ci na Dzień Kobiet – stwierdził mi w Wigilię, spoglądając posępnie. Wywnioskowałam z tego, że guzik z dobrego obiadu, chyba że pójdę sobie na kebaba do najbliżej budki... Tak jego załatwili garnkiem, a on mnie ciętą ripostą... Jakbyś się zastanawiała, czego nie kupować facetowi, to już wiesz. Nie kupuj mu garnka, bo to z pewnością nie prezent na miarę jego potrzeb.
I nie kupuj siostrze kosmetyków, których ona nie używa, ale ty już tak. Przypadek? Nie sądzę… Miała ta moja Paulina ciężkie święta…
Swoją drogą, tak sobie przypomniałam ostatnią opowieść Ani. Bo jej święty Mikołaj to już w ogóle się rozszalał. Zerkasz na prezent, myślisz, że to kolejna para skarpet albo doniczka ze zwiędłym kwiatkiem? Nie.
- Dostałam obrus. Piękny, wyszywany, aż babcia się zastanawiała czy to może nie narzuta na łóżko... Ale jednak obrus.
Żałuję, że nie chce zdradzić, kto uraczył ją takim prezentem, bo nie mogę uwierzyć, że ktoś naprawdę kupił młodej dziewczynie obrus. Ba! Że ten obrus kupił komukolwiek! Może sądził, że w domu to nie mają pod co sianka włożyć? No nie mam pojęcia, ale obrus był mistrzostwem. Wygrała wszystko.

O czym plotkują baby?
O, są jeszcze ludzie, którzy ewidentnie nie darzą nas sympatią i na święta kupują rzeczy, które w perfidny sposób mają dać nam do myślenia. Albo ich użycie powoduje pojawienie się drastycznych skutków ubocznych. Bo naprawdę, czy dostając od kogoś (i to od jednej osoby!) sześć dezodorantów za jednym razem, nie zastanawiałabyś się, czy nie chce Ci w ten sposób przekazać, że nie pachniesz zbyt fajnie? Ba! Że śmierdzisz, cuchniesz, twoja higiena osobista pozostawia wiele do życzenia i potrzebny Ci pięcioletni zapas antyperspirantów?
- Wyobraź sobie moją minę jak w 6 klasie, gdy każdy cieszy się ze świątecznych prezentów, ja wyciągam z torby coraz to lepszy dezodorant! – śmiała się do mnie Kamila opowiadając mi ostatnio o swoim najgorszym prezencie, a ja – chcąc nie chcąc – śmiałam się do niej.
Nie wiem czy to był sprytny kawał, czy ktoś robił do czegoś aluzję, Kamili wtedy nie znałam. Ale prezent, po latach, wciąż jest w pamięci. A to wbrew pozorom chyba jest najważniejsze... Mimo że może sugerować, że Kamila śmierdzi…
Tak na koniec powiem Ci o jeszcze jednej Ani. Zrobisz z tym, co będziesz chciała, ale niech przestrogą dla Ciebie i innych będą lakiery, bo jej podarowali takie, które okazały się mocniejsze od hybryd. Pół godziny trzymała waciki nasączone acetonem na pazurach, żeby zmyć to wszystko, a potem palców nie czuła, bo tak jej skóra wyschła. Tak sobie myślę, że chyba powiem rodzinie i znajomym, że mają zakaz kupowania mi jakichkolwiek kosmetyków, bo to nie kończy się zbyt dobrze…
Ale ok. Starczy już tego, bo ile można mówić o kiepskich prezentach? Ciasto leży na stole i ktoś musi pomóc mi go zjeść, bo przecież nowy rok, nowa ja. Dieta i inne pierdoły. Święta się już dawno skończyły i temat powinien pójść w odstawkę, bo ile to o tych Mikołajach, choinkach czy innych takich można gadać? Pisz ten reportaż i sobie przemyśl, co Ty chcesz za prezent, żeby Ci nikt nie kupił jakiejś głupoty, z której potem będziemy mogły się śmiać. Chociaż pleciuchy z nas straszne, jak to baby. I tak pewnie byśmy coś komentowały.
Żebyś mnie tylko w tym swoim reportażu nie obsmarowała, to może nadal będziemy się kumplować. Pamiętaj: Kaśka, jaka jest, każdy widzi. Ale lepiej, żeby widzieli ją w pozytywnym świetle, czyli młoda, rozgadana, zakręcona studentka. Tylko nazwiska nie podawaj, bo jeszcze mnie ktoś znajdzie na social mediach i stanę się celebrytką, fu!


PS. Tekst napisany na jedne z zajęć z reportażu, ale wrzucam Wam tutaj, bo szkoda, żeby się zmarnował. Mam nadzieję, że pośmialiście się podczas czytania. 



Coś strasznie dużo ostatnimi czasy haseł z Google, dzięki którym do mnie trafiacie. W ogóle sporo jest wyświetleń bloga, co mnie dziwi, bo – jak możecie zauważyć – trochę zniknęłam z blogosfery. Kajać się będę po sesji, a może dopiero po obronie? Sama nie wiem, ale póki co zatonęłam w książkach o celebrytach, blogach, manipulacji, a nawet o papieżu Franciszku… Nie mam czasu na pisanie postów, ale wyłuskałam dla Was najlepsze teksty, które wrzucaliście w wyszukiwarkę, żebyście tak całkowicie o mnie nie zapomnieli. Standardowo jest trochę okresu, ale spokojnie – jakoś to razem przetrwamy.
            Pisownia oryginalna, komentarze mojego autorstwa. Łapcie!

O CZYM WARTO PISAĆ NA BLOGU, ŻEBY SIĘ KLIKAŁO?

co się stanie gdy dojdę a moja dziewczyna nie i będzie mnie trzymała
            W najlepszym razie Ty będziesz zadowolony, w najgorszym - ona będzie musiała uprać pościel.

jakie słowa wyjdą z wyrazu bajkopisarz
            Bajko i pisarz?

kiedy kobieta ma okres o swoim mezcynie
            O moim mężczyźnie w czasie okresu i wtedy, gdy go nie mam, wyrażam się w samych superlatywach, bo nic nie poradzę na to, że jest świetnym człowiekiem. Nawet okres nie jest w stanie zburzyć mi tego obrazu.

nienawidzę sraczki
            Aha.

nie ma to jak kichnięcie podczas okresu dlaczego
            To trochę jak wodospad i ta woda, która płynie bardzo szybko i niekontrolowanie ze skalnego progu. Nijak nie można tego zatrzymać, zwolnić czy powstrzymać.

nie nie jestem zla tylko mega wkurwiona
Nawiązując do kawałka Junior Stress: znam ten stan…

okres dziewczyny nie maja ochoty z nikim rozmawiac
            Ja tam mam. A jeszcze jak ktoś słucha o tym, że brzuch mnie boli tak, że nie mogę wytrzymać, to znaczy, że jest świetnym słuchaczem i wielkim przyjacielem. To chyba racja co mówią – prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

dziewczyna wysyla buziaki innym mężczyzną
            No skoro ktoś nie ogarnia różnicy między „mężczyzną” a „mężczyznom”, to wcale się nie dziwię, że wysyła buziaki komuś innemu.

glupoty kobiet podczas okresu
            Że te wszystkie skutki uboczne okresu to głupoty, tak? Fajnie, zamień się na jeden tydzień to zobaczymy co będziesz gadał…

mojego chlopaka ciekawi okres
            Dobrze. Ja tam mojemu mówię co tylko chce wiedzieć, przede wszystkim jednak to, że potrzeba mi czekolady w te dni, ale jeszcze chyba nie połączył wątków i nie ogarnął, że fajnie byłoby, gdyby ją dostarczył. No zobaczymy, wszystko przed nami!

mam byc zla jak chlopak przytula inne dziewczyby?
            Ja bym była wkurwiona…

dlaczego dziewczyna nie chce gdy ma okres
Bo to obrzydliwe? Bo czuje się chujowo i nie ma ochoty pływać po Morzu Czerwonym nawet jeśli facet twierdzi, że jest dobrym marynarzem? Bo to po prostu nie najlepszy dzień na takie rzeczy? No sama nie wiem.

smsy po ktorych twoja kobieta nie bedzie mogla zasnac ,
Dzielą się na dwie zasadnicze grupy: takie, przez które będzie wkurzona i będzie sapała się na Ciebie pół nocy, bo doprowadziłeś ją do furii albo do płaczu oraz takie słodkie, urocze smsy, które sprawią, że będzie jej dobrze i jedyne o czym będzie myślała to fakt, że Ciebie nie ma obok i tęskni jak cholera.

co się stanie jak kobieta umrze podczas okresu
No umrze, a co ma się stać?

mój okres i mój chlopak opowiadnia
Ktoś naprawdę chce czytać takie opowiadania? Na jakim świecie ja żyję…

ruszanie tyłkiem gdy chlopak dotyka w niego
A polecam, ale ode mnie się tego nie nauczyliście, tak jakby coś.

wesołych świąt i tak ci nie mówią tego szczerze
Nikt mnie nie kocha :(

czemu laski majo okres
Daniel tłumaczy to zjawisko tym, że Ewa zgrzeszyła w Raju i teraz my wszystkie przez nią cierpimy, bo mamy jej grzech we krwi…

czy fajnie dotykac dziewczyne podczas okresu
Polemizowałabym, ale koniec końców nie mi to oceniać.

dlaczego facet nie opłaca nic dziewczynie
Samochodu może mi nie opłacać, ale jak mi kupi coś słodkiego od czasu do czasu, to na pewno zapulsuje. Jakby nic nie kupował to już trochę słabo.

kiedy dziewczyna mowi ze zle sie czuje

To znaczy, że źle się czuje. Amen.

A oto poprzednia dawka humoru:




Też nie lubisz dzielić się opłatkiem, latać do wszystkich i słuchać tego samego co roku ględzenia od ludzi, których a) nie lubisz b) nie znasz c) przez cały rok nic nie obchodzisz? Może – jak ja – masz dosyć słuchania takich samych życzeń (w święta, urodziny, imieniny, dzień skończenia szkoły czy zdania prawka) od wszystkich dookoła? Życzeń, które tak naprawdę są anonimowe i można je złożyć każdemu? A może masz ochotę wyróżnić się z tłumu i sprawić, że Twoje życzenia nie będą oklepane, tylko wyjątkowe, magiczne i zapadające w pamięć? Spokojnie, dzisiaj Cię tego wszystkiego nauczę.
            Trzy proste rady na sam początek: dowiedz się czegoś fajnego o drugiej osobie (co lubi, co robi, jak żyje albo jak spędza wolny czas); bądź szczery i wreszcie: pamiętaj, że kluczem do sukcesu są emocje. Niżej przykładowe życzenia, bierzcie i czerpcie z nich wszyscy. A Ty Daniel wiedz, że to wszystko dla Ciebie.

JAK SKŁADAĆ WYJĄTKOWE ŻYCZENIA, KTÓRE ZOSTANĄ ZAPAMIĘTANE?

            Wiesz, że to już ponad cztery miesiące? Chociaż ciężko o konkretną datę, tak jakoś po prostu wyszło... Może ostatni dzień w górach? Wtedy już nie mogłeś się z tego wykaraskać, bo nie dałabym Ci ku możliwości, taka jestem niedobra. Cztery miesiące! Żeby mi tak uciekały godziny w pracy jak te spędzone z Tobą! I żebym miała w niej tak samo wesoło i przyjemnie jak mam wtedy, gdy jesteś obok.
            Może i faktycznie czteromiesięczny związek nie jest najdłuższym na świecie, ale wiem, że jestem z osobą, której dałabym wszystko, co tylko chciałaby dostać i której marzenia spełniałoby się z równie wielkim uśmiechem na twarzy, co swoje własne. I może przede mną jeszcze wiele rzeczy do odkrycia, ale możesz mi wierzyć, że niespodzianki, które mnie czekają (nawet te niezbyt miłe) będą przeprawą prowadzącą do czegoś dobrego. Taką mam nadzieję i życzę Ci, żeby odkrywanie mnie, było dla Ciebie równie przyjemne, co dla mnie jest uczenie się Ciebie.
            Nie lubię składać życzeń ludziom, którym nie mam nic do powiedzenia, ale dla Ciebie trochę tego trzymam w zanadrzu. Więc – przede wszystkim – życzę Ci zdrowia. Oby serce w tym roku dokuczało znacznie rzadziej i żebyś nie łapał żadnych katarów, kaszlów czy okresu. Obyś omijał szpitale, ostre noże i cukinie, bo oglądanie Twojego palca w szwach nie jest czymś, na co chciałabym patrzeć o poranku. Żeby starczyło Ci siły na podniesienie 200 kg na przysiad (te 200 kg to prawie jak ja po świętach, więc mógłbyś mnie nosić na rękach, nie żeby coś), a przy okazji, żeby nie dokuczały Ci bóle w krzyżu, dupsku, kolanach czy w palcu, którego trzeba było szyć. Żebyś mógł wreszcie robić rzeźbę i żeby cele, które sobie obrałeś, z każdą chwilą przybliżały się do Ciebie. Żebyś dobrał się do nich wszystkich i cieszył z każdego – choćby najmniejszego - sukcesu. Rzymu nie zbudowano od razu, więc i Ty musisz trochę poczekać na te większe ciężary, które będziesz mógł dźwigać, ale wszystko kiedyś do Ciebie przyjdzie – w swoim czasie.
            Życzę Ci również spokoju, bo czasami pożąda się go bardziej niż długich libacji, nie zależnie od tego, jak fajne byłoby towarzystwo obok. Czasami przecież trzeba odpocząć. Żeby nie denerwowała Cię rodzina, znajomi, ja i ten Twój pies. Chociaż może powinnam napisać, żebyś Ty tak bardzo nie drażnił jego? W każdym razie – życzę spokoju. Ale również dobrych spotkań ze znajomymi, którymi będziesz mógł żyć przez długi czas. I podróży, wyrwania się z szarej rzeczywistości, która czasami potrafi przytłoczyć, znudzić, zasmucić. Żebyś jeszcze miał okazję powspinać się po górach (może razem ze mną? Nie mam nic przeciwko, chociaż na szczytach często sapię jak po przebiegnięciu maratonu, ale mam nadzieję, że i tak mnie wtedy lubisz), pojechać na ten swój Hip Hop Kemp – jak nie w tym roku, to najpóźniej w następnym i po prostu wyrwać się z domu i być, żyć, chłonąć oraz poznawać.  
            O marzeniach zbyt wiele nie mówisz, ale wierzę w to, że spełni Ci się każde z nich. Że będziesz szczęśliwym człowiekiem, no i że będziesz miał więcej cierpliwości do mnie, bo wiem, że czasami jestem jak wrzut na tyłku, ale staram się jak mogę za bardzo nie męczyć. Będzie dobrze, miło, fajnie i mam nadzieję, że uda mi się chociaż trochę pomóc w gonieniu za tymi drobnostkami, o których myślisz, śnisz i które chciałbyś dostać lub osiągnąć. Żebyś miał powody do uśmiechu, a we mnie widział wsparcie i pociechę.
            Życzę Ci powodzenia na egzaminach, które czekają Cię w tym roku. Zawodowy zdasz na pewno, a matura? Skoro tak roztrzaskałeś próbną, to czym Ty się w ogóle przejmujesz? Niech wyniki będą dla Ciebie dobrą niespodzianką i niech poprowadzą Cię dalej. Żebyś wybrał dobrze, co chcesz robić dalej i żebyś nawet przez chwilę nie żałował. Szczęścia nie tylko w nauce, ale również w życiu zawodowym. Mam nadzieję, że trafi Ci się taka praca, że będziesz mógł z niej wyciągnąć jak najwięcej i nie będziesz wstawał rano z myślą, że oto przed Tobą kolejny stracony dzień i robota, przy której tkwisz tylko dla pieniędzy. Ale pieniędzy też Ci życzę, bo może i jestem materialistką, jednak uważam, że znacznie ułatwiają one życie.
            Determinacji w dążeniu do wyznaczonych celów i stawiania sobie kolejnych poprzeczek, które chętnie będziesz pokonywał. A także pielęgnowania tego ciepła, które w sobie nosisz. I nie mówię tutaj o tym, że – jak dla mnie – masz wiecznie gorączkę, taki jesteś rozpalony, ale o byciu kochanym człowiekiem, który bywa nerwowy, ale ma te wszystkie piękne drobnostki, które sprawiają, że jest tak świetną osobą. Więcej wiary w innych, we mnie, w siebie i swoje możliwości. Jesteś najlepsiejszy na świecie i marzy mi się, żeby te święta były dla Ciebie wesołe, miłe i przyjemne. A więc - dobrych świąt, misiek!
           

I Wam wszystkim też wszystkiego dobrego!
           


Nie wyjaśnię Ci, jak ogarnąć życie, ani jakich kosmetyków używać rano, żeby być piękną i młodą. Nie napiszę, jak poradzić sobie z porannym wstawaniem czy jak znaleźć motywację do tego, żeby w ogóle zwlec się z łóżka. Sama tego nie wiem. Sama cierpię każdego dnia. Zapewniam Cię jednak, że warto poświęcić mi trzy minuty swojego życia. Napiszę Ci bowiem, jak wygląda moja poranna rutyna. Chcesz to się śmiej, masz ochotę to płacz. Ja postawiłabym na to pierwsze.

MOJA PORANNA RUTYNA, CO ZROBIĆ, ŻEBY SIĘ NIE ZAŁAMAĆ
           
Ja naprawdę nie wiem, jak ktoś może to znosić. Jeszcze rozumiem latem, gdy słońce wcześnie wstaje i późno zachodzi. Gdy dzień jest dłuższy, cieplejszy, radośniejszy i w ogóle można tańczyć półnago na plaży i nikt nie może się przyczepić. Ale jesienią? Zimą? Wczesną wiosną? Dla mnie to istna katorga. Jak ten przeklęty budzik zaczyna dzwonić, to mam ochotę rozwalić go o ścianę, wyrzucić przez okno i zakopać się znowu w kołdrze, w której jest zakurwiście gorąco. Najlepiej pod pierzyną jest przecież rano. Wtedy, gdy całe zło staje przeciwko Tobie i wiesz, że przegrasz, nie masz szans, musisz podnieść się z wyra, bo praca, uczelnia, ważna rozmowa, lekarz, zakupy, coś tam… Szach mat, Magda. Przegrałaś z życiem.
Gdyby ktoś zastanawiał się, czego nie cierpię najbardziej na świecie to odpowiadam: nienawidzę cholernych budzików, które budzą mnie wtedy, gdy na zewnątrz jest tak ciemno, że równie dobrze mógłby to być środek nocy. Nie cierpię was wszystkich i każdego z osobna.

To będzie dzień. Oby z tych dobrych
Gdy mam już za sobą całe to poranne wyklinanie budzikowej melodii; świata, który serwuje mi kiepską pogodę i życia, które każe mi wstawać tak wcześnie, zwlekam się z łóżka i w sennym amoku idę zrobić siku. Nie rozumiem, jak to się dzieje, że rano człowiek musi pozbyć się takiej ilości płynów, no naprawdę, przecież nie lunatykuję w nocy i nie żłopię hektolitrów wody (czy tam wódy, jak kto woli)… Człowiek. Dziwna istota.
Zęby prawie zawsze myje przed śniadaniem. Chyba zostało mi to z czasów kiedy nie jadłam śniadania przed wyjściem w domu, tylko dopiero przed lekcjami (chyba że miałam na „później”). Zawsze wygląda to tak samo: mokra szczoteczka, trochę pasty i rozwiązywanie egzystencjonalnych problemów. Czy dzisiaj znowu będzie chujowy dzień? Dlaczego musi padać wtedy, gdy kupiłam nowe buty i chciałam się nimi pochwalić? Przecież nie dam im zmoknąć, jeszcze się pobrudzą… Dlaczego los mnie tak karze i muszę wstawać po godzinie siódmej, skoro chciałabym pospać do jedenastej? Czy ja naprawdę nie mogłam urodzić się milionerką? Siedziałabym z drinkiem w ręce gdzieś na Karaibach i miałabym w nosie to wszystko, co czeka mnie tego dnia… Praca. Po co mi to było? Może pójdę na zasiłek? A w ogóle to dlaczego niebieski jest niebieskim, a zielony zielonym?

Jakich kosmetyków używać rano?
            Powinnam wymienić kilkanaście kosmetyków, których używam rano przy okazji oczyszczenia twarzy. Prawda jest jednak taka, że jestem totalnym leniem i rano chodzę jakbym była półżywa. Jedyne o czym wtedy myślę to moje łóżko, które nadal powinno być ciepłe i chętnie przywitałoby mnie, gdybym wpadła w jego objęcia. Przygarnęłoby mnie, utuliło i pozwoliło cieszyć się dalej snem. Nie mam jednak w życiu tak dobrze, a jednak nie chce wyglądać jak potwór, w końcu mam kontakt z ludźmi. Bez makijażu to ja wychodzę tylko do sklepu i to naprawdę w przypływie szaleństwa… Zanim jednak makijaż, to oczyszczenie twarzy… Zwykle kończy się na jednej, bardzo prostej czynności – przemyciu mordki wodą. Może dlatego wciąż, mimo 18 lat na karku (tak sobie wmawiam, w końcu 21 to strasznie dużo… #smutnomi), borykam się z niedoskonałościami? No bo serio, jak tak czytam na blogach, co inne dziewczyny robią rano, to chyba muszę sama przed sobą przyznać, że robię coś źle. Nie oceniajcie, rano nie jestem człowiekiem...
Chyba najlepsze w tym całym porannych zamęcie są podkłady, pudry, tusze, róże i inne pierdoły. To chce mi się robić i mogłabym tak ślęczeć nad tym godzinami. Zwykle to jednak siedem, w porywach dziesięć minut, mojego życia. Jak tu się z nim polubić, skoro na najfajniejsze rzeczy daje mi tak mało czasu? I dlaczego rano zawsze zapomnę wziąć z szafy stanik i muszę do niej sięgać jeszcze raz? Apogeum to jednak osiągam wtedy, gdy a) zapominam spodni b) wezmę tylko jedną skarpetkę i c) nie wyciągnę bokserki, a jest za zimno na to, żeby założyć tylko bluzę. Czy ja naprawdę muszę się tak wkurwiać z rana?

Jedzenie, picie, lenistwo i inne grzechy główne
            Znowu łapię się na tym, że nie jem śniadania w mieszkaniu. Nie wiem jak się do tego zmotywować, po prostu przestałam i ciężko do tego wrócić. Tak wiem, śniadanie to najważniejszy posiłek, no ale co ja zrobię na to, że nie mogę rano nic przegryźć. Nie wchodzi i koniec. Masakra. Humor poprawia mi jednak herbatka (słaba, dwie łyżeczki cukru) i sterta jedzenia, które przygotowuję na cały dzień, który muszę spędzić w pracy (żartowałam z tym przygotowywaniem jedzenia... To nigdy nie poprawia humoru. Bo serio - ja naprawdę tyle jem?).
            Może i często wmawiam sobie, że nie mam czasu na jedzenie rano, ale zawsze znajdzie się chwila (przeważnie dwie) na poszperanie w Internecie. Czy to już uzależnienie? Nie wiem, sobie i innym mówię, że to moja praca…
To jest czas, kiedy zastanawiam się nad ludzką głupotą, czytając jakieś komentarze pod postami na Facebooku; zazdroszczę komuś, kto właśnie siedzi na drugim końcu półkuli i ma w dupsku wszystko, co dzieje się wokół niego, bo ma wolne i cieszy się życiem. No i znowu zaczynam rozkminiać nad sensem życia. Czy ta wiedza i pieniądze naprawdę są mi potrzebne do szczęścia? A może by tak rzucić to wszystko w cholerę i zostać leniwcem?
            Chcę do łóżka. Chociaż teraz, wieczorem, nie przyciąga ono tak bardzo jak rano. Nigdy nie ogarniałam fizyki. Ktoś mi wyjaśni skąd ta zależność?


 PHOTO: Scott Webb