Nie będę ukrywała – praca w sklepie z pamiątkami to nie jest szczyt moim marzeń. Są jednak pieniądze, w dodatku za to, że w pracy czytam, siedzę w internecie, nie przeciążam się i nie muszę stać przez 8 godzin jak to było wtedy, gdy pracowałam jako hostessa. Nie mogę zatem narzekać. No chyba, że wpadną klienci, dosyć specyficzni. Bo niektórzy to naprawdę potrafią dać człowiekowi w kość i aż traci się wiarę w człowieka. Turyści to ciekawi i bardzo różni ludzie. Jednych się lubi, przed innymi najchętniej zamknęłoby się drzwi. No ale są. A ich typy przedstawiam Wam tutaj.

TYPY TURYSTÓW, Z KTÓRYMI ZETKNĘŁAM SIĘ W SKLEPIE

 Wujek dobra rada
            To akurat Polak. I to nie byle jaki, bo obeznany w handlu. On, chociaż jest tylko turystą, lepiej wie, że flagi ze znakiem Polski Walczącej lepiej sprzedawałyby się w sklepie niż magnesy z Warszawą. Albo o, powinniśmy wprowadzić do sprzedaży jakieś figurki papieża, bo on to by kupił, a nigdzie nie ma, więc kiepski mamy asortyment. A w ogóle, jak to możliwe, że w sklepie z pamiątkami nie ma obrusów? Albo typowo krakowskich chodaków? Czy w ogóle niczego, co ma związek z Krakowem? Co z tego, że jesteśmy w stolicy. Wujek dobra rada wie, co powinniśmy mieć w tym naszym sklepie.

Poszukiwacz
            Zazwyczaj poszukiwacz toalet. Albo tego zamku, który zobaczył na pocztówce i chciałby koniecznie wiedzieć, gdzie on się znajduje. A może wiem przy okazji, gdzie w pobliżu jest kantor, bankomat, muzeum, centrum handlowe. Gdzie on może znaleźć buty, sukienki albo smoczki dla małych dzieci. Gdzie jest poczta, syrenka i samolot, który poleci z nim do Gdańska. Chyba nie muszę mówić, że nie dasz rady mu uzmysłowić tego,  jak bardzo nie masz o tym pojęcia...

Promka
            Czyli taki, który myśli, że skoro nie jest w sklepie, w którym produkty ustawia się na taśmie, a nie ladzie, a kasjerka skanuje kody, a nie wklepuje je ręcznie, to znaczy, że może prosić o zniżkę. Ba! Często nawet jest przekonany, że ta zniżka mu się należy i za nic nie da sobie powiedzieć, że w tym sklepie nie funkcjonuje coś takiego. No bo jak to! Przecież w sklepie z naprzeciwka to on dostał zniżkę, a w ogóle to tam i tak mają wszystko taniej! Wierzcie mi, tłumaczenie – zwłaszcza w sezonie, gdy liczba osób pytająca o takie rzeczy wzrasta o 80% - że nie ma i koniec, potrafi wykończyć. Tym bardziej, jak ktoś stoi niczym na bazarku i próbuje się ze mną targować.
            Albo jest Polakiem i zarzuca, że „jasne, bo zniżki to dajecie tylko obcokrajowcom, a Polakom to już nie!”.

Ciotka z Włoch
            Ale nie taka zwykła ciotka, tylko ta, która nie mówi w żadnym innym języku tylko tym swoim. I możesz piętnaście razy wyciągać ręce w geście mówiącym, że nie rozumiesz – ona wciąż będzie ci świergotała po swojemu. Po polsku nic, po rosyjsku nic, po angielsku tym bardziej. A ja mogę tylko stać, patrzeć i próbować cokolwiek ogarnąć, ale to niewiele daje, bo zwykle takie kobiety (bo niestety to głównie kobiety z Włoch tak reagują) są wkurwione faktem, że ich nie rozumiesz i zaczynają mówić jeszcze a) głośniej i b) szybciej.

Japończyk
            Oraz wszyscy z Chin i tym podobnych państw. To jest wieczna zagadka i czasami tylko gesty są w stanie coś zdziałać. Tutaj zwykle lepiej o nic nie pytać. Nie wnikać czy płacą w euro, czy w złotych. Nie pytać o rozmiar koszulki. Po prostu wziąć rzeczy, wbić na kasę i przejść dalej. Nie wiem czy winna jest kultura, czy o co może chodzić, ale ludzie z tych krajów zawsze stwarzają problem. Nie, że robią coś złego. Przeciwnie, to często uśmiechnięci ludzie, którzy ciągle dziękują, próbują się z tobą dogadać, ale niestety bariera językowa jest na tyle duża, że nic z tego nie wychodzi. Zwykle trzeba działać błyskawicznie i bez zbędnych pytań. Albo wołać szefa.

Sprinterzy
            Takich turystów lubię najbardziej. Są to ci wszyscy, którzy wpadają do sklepu, biorą pierwszy lepszy magnes lub pocztówkę, płacą i biegną dalej. Zero problemów, zero pytań, tylko wejść, wziąć i wyjść.

Żółw
            Totalna odwrotność poprzednich turystów. Tutaj mamy do czynienia z tymi wszystkimi podróżnikami, którzy potrafią pół godziny stać i wybierać odpowiednie pocztówki (serio!), a potem kończy się to tak, że i tak biorą jedną, góra dwie (mówię poważnie…). To ci turyści, którzy są w stanie obejść sklep 8 razy, a i tak nic nie wezmą albo wybiorą najtańszą rzecz, która wpadnie im w ręce. To ci, którzy przychodzą trzy razy w ciągu dnia i zawsze wychodzą z niczym. I ci, którzy potrafią zawrócić dupę o jakieś pudełka, każą mi włazić po drabinie i ściągać je z samej góry, a potem i tak mówią, że tego nie chcą. Wiedzcie, że was nienawidzę.

Mały turysta
            O tym musze powiedzieć, bo – chociaż jest masa roboty w takich chwilach – to jedni z najfajniejszych klientów, a zarazem turystów. Są to po prostu dzieci, które są na szkolnej wycieczce i kupują pamiątki sobie, mamie, tacie, bratu czy babci. To dzieciaki, które krzyczą, skaczą, przepychają się, biegają i są niczym szarańcza, która wpada, robi spustoszenie i ucieka dalej. Chociaż w takich chwilach często brakuje mi rąk do pomocy, to jednak darze takie grupy wielkim sentymentem, bo w końcu sama pamiętam, jak to kiedyś było wybierać się na wycieczki i kupować jakieś rzeczy, które i tak nikomu nie są potrzebne do szczęścia.


Mamuśka
              Tutaj mamy dwa rodzaje zachowań. Albo matka jest tak przewrażliwiona na punkcie dziecka, że tylko "o jojoj, nie dotykaj, bo to brudne", "ale daj rączkę, nie możesz chodzić sam", "nie, nie, nie kupię Ci tego, już kupiliśmy pocztówkę", albo idzie w drugą stronę. A znaczy to tyle, że dzieciak buszuje po całym sklepie, łapie za co chce, choćby szkło i nawet karcące spojrzenie (moje, bo matka, zniknęła z zasięgu wzroku) na nic się tutaj zdaje. A ja tylko czekam aż coś huknie tak, że nie będzie ratunku...

Za drogo
                    Chyba nie muszę wyjaśniać, jaki tutaj jest problem. Dla takich turystów wiecznie jest za drogo. A bo pocztówka to złotówkę kosztuje, to majątek jest. A to magnes za dużo, to nie jest tyle warte. A to jakaś inna pierdółka - nie no, tyle nie można dać, bo to w sumie badziewie. Może jakaś zniżka?

Nie ma co, czasami w tej pracy jest wesoło. A czasami mam ochotę wyjść i więcej nie wrócić, bo ktoś jest ewidentnie chamem albo chce się popisać (ze wsi człowiek wyjdzie, ale wieś z niego nigdy) i psuje drugiemu człowiekowi humor. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że turyści to nie takie buraki jak typowy Polak. Oni potrafią się śmiać, dziękować za drobnostki i bije z nich takie ludzkie ciepło. Czyli to wszystko, czego mi brakowało, gdy pracowałam jako hostessa. Bo tam czasami to dopiero traciło się nadzieję w to, że ludzie nie są tacy źli.



Nienawidziłam fryzjerów. Wszystkich i każdego z osobna. A wszystko przez to, że zawsze, ale to zawsze wychodziłam od nich niezadowolona, a czasami to nawet chciało mi się płakać. Dla przykładu wtedy, gdy przed samym bierzmowaniem pewna pani obcięła mi włosy tak, że ledwo sięgały podbródka i to wszystko niby przez to, że ciągle ruszałam głową (no jak nie ruszać, jak ktoś cię szarpię tak, że mało co głowa nie oderwie się od karku)? Nienawidziłam tych fryzjerów. Aż w końcu poszłam do dobrego.

DLACZEGO JUŻ TAK BARDZO NIE BOJĘ SIĘ FRYZJERÓW?

Czasami rozmyślam sobie o tym, dlaczego zawsze wychodziłam od fryzjera i było do dupy. Wiecie, myślałam sobie, że fryzjer to jednak powinien znać się na swojej robocie, powinien wiedzieć, jak ściąć te włosy albo to, że moja czupryna, nigdy nie będzie układała się jak ta Maite Perroni, gdy jeszcze grała z RBD. W końcu życie nauczyło mnie, że a) fryzjer to nie magik i nie zrobi czegoś dobrze tam, gdzie nie  ma prawa tak być, ale i b) nie każdy fryzjer powinien zostać fryzjerem. Dlatego mądrzej wybieram tych, którzy zajmą się moimi włosami, a to już pierwszy krok do tego, aby wybierać dobrze. A jakie są jeszcze powody, które sprawiły, że już tak bardzo nie boję się fryzjerów?

Po pierwsze: nauczyłam się, że lepiej zapłacić więcej
            Czyli, mówiąc dosadniej – lepiej dać więcej pieniędzy komuś, kto się zna na tym, co robi, niż mniej komuś, kto nie jest powołany do bycia fryzjerem. Mnóstwo jest salonów fryzjerskich, które zetną włosy nawet za 20 złotych. I fajnie, jeśli komuś zbytnio nie zależy na tym, jak one będą wyglądały. Ja już nauczyłam się, że jednak wolę wydać 60 złotych, ale za to oddać się w ręce kogoś, kto nie skończył nauki swojego fachu na fryzurach z lat 90… Serio, chyba dopiero ten program „Ostre cięcie” uświadomił mi, jak ważne jest to, żeby fryzjer chodził na specjalne szkolenia i szlifował swoje umiejętności. Człowiek uczy się całe życie. Ja uczę się ciągle pisać, fryzjer musi się uczyć, co jest modne, jak ciąć odpowiedni rodzaj włosów, jak doradzić w sprawie odpowiedniej pielęgnacji włosów. Tego mi zawsze brakowało. I dlatego byłam wiecznie wkurwiona na to, co miałam na głowie.

Po drugie: nigdy nie chodzę do znajomych ani znajomych znajomego
            Może wezmą ode mnie mniej kasy, ale ja niestety nigdy nie byłam zadowolona z efektów ich pracy. A to fryzjerka mojej mamy okazała się starą lampucerą (no taka prawda), która potrafi ciąć włosy tylko i wyłącznie w jeden sposób, a to znowu inna cięła ile chciała, nie patrząc na to, jak to wygląda w efekcie końcowym (no lubię ją, ale jednak fryzjerką jest chujową), albo znowu tnie mało, bo się chyba boi, że będę robiła problem.
            Naprawdę, ja sobie odpuściłam wszelkie koleżanki mamy i fryzjerów w rodzinie. Spokojniej się żyje, chociaż więcej płaci.

Po trzecie: potrafię mówić, czego chce i czego mi potrzeba
            A więc jak mówię, że włosy mają być podcięte kilka centymetrów, to jest to kilka centymetrów, a nie kilkanaście. A jak mówię, że mają być ścięte w „v”, to mają być ścięte w to „v”, bo kurde wiem, że tak one wyglądają lepiej i mogę nad nimi bardziej zapanować. I nie, nie chce cieniowania, grzywek, ani innych chujów mujów. Ma być tak, jak ja chcę, chyba, że…

Po czwarte: szukam kogoś, kto potrafi doradzić
            … ktoś potrafi dobrze doradzić, odradzić i powiedzieć, że tak nie zrobi, bo mi spierdzieli totalnie włosy i zdecydowanie się do tego moje akurat nie nadają. Wiem już, że nie wystarczy przynieść do salonu zdjęcia i powiedzieć, że chce się wyglądać tak, jak ta pani na nim. Czasami po prostu to nie dla nas, nie dla naszych włosów, a już tym bardziej nie dla spokoju ducha. Naprawdę. Fryzjer, który jest w stanie powiedzieć mi coś więcej niż to, że mam ładne i gęste włosy to prawdziwy skarb. I jak mi poleci jakieś super odżywki to lubię go jeszcze bardziej. Albo podpowie, jak czesać te włosy, żeby nie wyglądały na tak bardzo zmęczone byciem. No ja za takiego mogę sporo zapłacić. I zapłaciłam, a potem wyszłam cała w skowronkach, bo mnie potraktowano nie jako kolejny łeb do ogarnięcia, tylko jako kogoś, kto potrzebuje rady i ją otrzyma.

Po piąte i ostatnie: nie boję się mówić, że coś mi nie pasuje

            Bo w końcu to moje włosy i to ja się będę z nimi albo męczyła, albo się nimi cieszyła. I jak wiem, że będzie źle czy też po prostu to mi jakoś nie leży, to się na to nie zgadzam i szukamy czegoś dalej. Ostatnio pytano mnie, czy ostro cieniujemy, bo w sumie, to mogłoby się u mnie sprawdzić. Otwarcie powiedziałam, że nie. Nie, bo ja nie układam włosów, bo nie mam czasu ich ogarnąć rano, bo ten pomysł mnie nie przekonuje, bo jakoś nie widzę siebie w takim wydaniu. I wiecie co? Dostałam w zamian coś prostszego i jakoś nie żałuję, że powiedziałam, co myślę o całym tym cieniowaniu. 

PHOTO: www.pexels.com


Wiecie dobrze jak to jest - im mniej człowiek ma czasu, tym więcej głupot zaczyna robić. Ja na studiach nauczyłam się, że na oglądanie seriali najlepszą porą jest sesja. Dla tych, którzy nie wiedzą, sesja to taki okres, gdy powinno się całe wieczory przesiedzieć nad książkami i kuć do tych przeklętych egzaminów, których zawsze jest za dużo (choćby zrobili tylko jeden!). Możecie mi wierzyć albo nie, ale im dłużej studiowałam, tym większą olewkę miałam na te wszystkie zaliczenia i egzaminy, zostawiając sobie naukę na ostatni dzień (albo wieczór). Bo w końcu – no tyle jest tych seriali, że w końcu trzeba je kiedyś obejrzeć, nie?
Oto lista tych, które musicie zobaczyć koniecznie. I nie, nie musicie z tym czekać do sesji. Nadchodzące jesienne wieczory będą do tego idealne.

SERIALE DO OBEJRZENIA  - W SAM RAZ NA ZBLIŻAJĄCE SIĘ CHŁODNE WIECZORY

Breaking Bad
Nie spodziewałam się dużo po tym serialu, ot coś, co będę mogła obejrzeć ze swoim chłopakiem, jak nie będziemy mieli co robić. Obejrzałam zwiastun, stwierdziłam, że możemy spróbować, a potem tak się wciągnęliśmy, że nie odpuściliśmy aż do ostatniego odcinka. A najlepszą zachętą do tego, żebyście Wy wzięli się za tę produkcję jest to, że mój nawet się z tym serialem polubił, a jednak on to jest w tej kwestii bardzo wybredny...
Historia zawarta w tym tasiemcu to opowieść o człowieku chorym na raka, który znajduje swój sposób na to, jak opłacić terapię i jak nie zwariować, próbując z tego jakoś wyjść. Walter White, nauczyciel chemii zaczyna – wraz ze swoim dawnym uczniem Jessiem Pinkmanem – produkować metamfetaminę. Co najlepsze, wkracza w świat narkotykowej branży, której strzeże agent DEA, członek jego rodziny. Frustracja, zawzięcie i konieczność zdobycia odpowiedniej sumy pieniędzy, nie raz i nie dwa postawi Waltera w sytuacji, w której będzie musiał wybierać między tym, co dobre, a tym, co konieczne.
To naprawdę historia, która Was wciągnie i zanim się obejrzycie, będziecie oglądać ostatni odcinek. I może spojrzycie na chemię trochę inaczej niż dotychczas (tam się dzieje magia!).

Gra o Tron
            Z jednej strony – „o Boże, ile można nakurwiać o tym serialu”, a z drugiej „no w sumie to nie jest takie złe”. Chociaż nie oglądałam wszystkich odcinków (bo mój postanowił, że będzie oglądał beze mnie!) i wkręciłam się w akcje od któregoś tam sezonu, to i tak Wam polecam. Tylko błagam, oglądajcie całość, bo jak ja będziecie żałować, że nie widzieliście, co się działo wcześniej.
            W tym serialu mnóstwo jest fantastycznych smoków, kazirodczej miłości, morderstw, seksu (boże, od pierwszego odcinka…) i walki o zwycięstwo. A szala szaleństwa przekroczona zostaje w momencie, gdy jeden z głównych bohaterów (Jon Snow) jednego dnia umiera, a następnego zostaje przywrócony do życia przez kobietę (czarownicę?), która sama nie wierzy w to, że tego dokonała.
            Warto sobie włączyć i ogarnąć o co chodzi tym wszystkim, którzy wiecznie tylko gadają o tej „Grze o tron”. Ja miałam wielkie opory przed obejrzeniem, ale teraz mogę powiedzieć, że jednak nie jest tak źle.

Narcos
            Historia najbardziej znanego handlarza narkotyków – Pabla Escobara. Serial oglądaliśmy z moim zaraz po „Breaking Bad” i taki stan rzeczy jest jak najbardziej uzasadniony i nie mogę powiedzieć, żebym się nudziła oglądając kolejną produkcję o narkotykach. Nowy Meksyk i Walter White to był inny świat. Kolumbia i Pablo Escobar rządzą się innymi zasadami, chociaż oba seriale zahaczają o podobny temat.
            Pablo zaczyna produkcje narkotyków i łapie się każdego dostępnego sposobu, aby przetransportować kokainę do USA, konkretnie do narkotykowego królestwa – Miami. Gdzieś w międzyczasie aspiruje do roli prezydenta Kolumbii, przekupując kogo się da, romansując ze znaną dziennikarką i tracąc przy okazji główny cel – handel kokainą. Chora fantazja, przekupstwa, miliony, które rozdaje biednym sprawiają, że jeszcze bardziej zaczynają się nim interesować władze federalne USA. Powiem Wam – ten serial daje do myślenia, a przy okazji, pokazuje historię prawdziwego człowieka, który w Kolumbii budował swoje imperium. Aż żałuję, że póki co, wyemitowano jedynie 2 sezony!
            Swoją drogą – dla fanów Quebonafide na pewno ciekawe będzie to, że fragmenty wypowiedzi Escobara pojawiają się już w pierwszych minutach utworu (jak oglądałam to wiedziałam, że skądś to kojarzę i dopiero mój, uświadomił mi, że przecież Quebo ma to w swojej nucie „Pablo”!).

Nie z tego świata
             Lata temu słyszałam coś o tym serialu, ale jakoś nie było okazji, żeby do niego zajrzeć. Wzięło mnie jakoś wiosną tego roku i tak przetrwałam (a w szczególności – mój próbował przetrwać ze mną) kilka sezonów. Nie wiem czy oglądaliście, w każdym razie – jest tutaj opowieść o dwóch braciach, którzy posiadają zdolność widzenie demonów i z nimi walczą. Dean (ten bad boy) i Sam (no taki tam typek z dobrą średnią) po śmierci ojca przejmują jego obowiązki, jeżdżąc po świecie i zabijając tych, którzy nie dają spokojnie żyć ludziom.
Nawet mnie to nie przeraża, chociaż trochę w tym i horroru, i fantastyki, ale nie będę ukrywała, że czasami się wzdrygnęłam. W każdym razie, na pewno polecam do tego zerknąć, chociaż mój powtarzał, że to jest chujowe i on ogląda tylko dlatego, że ja nad tym siedzę.

The Walking Dead
            Wielka odmiana po „Nie z tego świata” i „Lost”, które oglądałam. „The Walking Dead” od pierwszych chwil o wiele bardziej trzymało w niepewności, a przez to jeszcze bardziej zaskarbiło sobie moją sympatię. Świetny serial o tym, jak świat zamienił się w raj dla zombie, którymi stają się zwykli ludzie. Grupa tych osób, które się nie przemieniły, szuka schronienia; swojego miejsca na ziemi, gdzie będzie bezpieczna. Przemierzają razem kolejne kilometry, znajdują chwilowy spokój, nowych ludzi, którzy ocaleli, a także bronią siebie nawzajem, ucząc się przy okazji, jak zabijać skutecznie umarłych.
            Ja powiem tak: czekam na więcej, bo mam niedosyt, chociaż obejrzałam 8 sezonów. Mam nadzieję, że szybko zleci czas do kolejnych odcinków, bo zastanawia mnie, jak tam Rick i jego towarzysze.
            Zerknijcie, ale uwaga, bo wciąga!


Tyle Wam polecam, trochę pisałam o serialach wcześniej i tamte również są warte obejrzenia. 
Jeśli zastanawiacie się, jak znalazłam czas na oglądanie tylu sezonów, tak wielu seriali, to pamiętajcie – sesja, praca licencjacka, a do tego mnóstwo chujowej pogody!

PHOTO: screenshot oficjalnego zwiastunu serialu na kanale Netflix


Chciałam przebiec chociaż 4 km w 30 minut, ale wyszło jak zawsze... A to nie ma czasu, a to praca, a to, jak dzisiaj, siostra stwierdzi, że lepiej mi zawracać gitarę. Kiedyś jednak trzeba będzie zacząć... Te 4 km to może nie byłby mój życiowy rekord, ale po ponad rocznej przerwie od biegania, ćwiczeń i ogólnie – fizycznego wysiłku, mam prawo do takich wyników. Wszystko w swoim czasie, wkrótce wzmocni się kondycje i zbuduje od nowa wygląd. Jakby nie patrzeć to na nowo spróbuję polubić się z wysiłkiem... Taki jest plan, a wspierać mnie musi oczywiście mój, bo innego wyjścia nie ma. Ale jest też kilka kobiet, z którymi świetnie ćwiczy się w domu. Bez nich zdecydowanie domowe palenie tkanki tłuszczowej byłoby o wiele cięższe. 

MOJE KOBIECE INSPIRACJE, Z KTÓRYCH FILMIKAMI NAJLEPIEJ ĆWICZY SIĘ W DOMU

Marta Hennig
            Powiem tak: daje wycisk już sama rozgrzewka z tą dziewczyną! U mnie, ze względu na kondycje, niestety zwykle na rozgrzewce poprzestawałam, ale zdarzyło mi się robić kilka treningów z jej kanału i po prostu Marta świetnie motywuje i chciałoby się więcej i więcej. Z pewnością wrócę do jej treningów jak tylko poprawię swoją kondycje i popracuję na lżejszych ćwiczeniach. Ale, ale, ja Wam polecam bloga Marty, bo tam również znajdziecie wiele ciekawych tekstów, które dadzą Wam kopa i będziecie chcieli ruszyć swoje cztery litery. Mi pomogły zrobić pierwszy krok, jeśli chodzi o powrót do biegania i chociaż mogę napisać, że mam chęci. Żeby tylko jeszcze ten czas znaleźć...



Natalia Gacka
            Trening brzucha z nikim innym nie smakował tak dobrze jak z tą Panią i po żadnym nie miałam ochoty na więcej i więcej. Efekty były, uśmiech na twarzy był i zapał do kolejnych treningów również. Naprawdę kawał dobrze wykonanej roboty i mnóstwo pozytywnej energii, która mi jest niezmiernie potrzebna do tego, aby po prostu chciało mi się robić kolejny skłon czy brzuszek. A, i Natalia powtarza, kiedy należy zrobić wdech, a kiedy wydech, co dla mnie jest mega ważne, bo nigdy nie wiedziałam, jak robić to poprawnie. Nie od dziś wiadomo, że poprawne oddychanie znacznie wpływa na jakość wykonywanego treningu, więc tym bardziej polecam.
            Moje drogie, jeśli zastanawiacie się, jakie filmiki są dobre do tego, żeby spalić oponkę z brzucha czy wyrobić sobie zgrabne pośladki, a do tego potrzebujecie kogoś, kto będzie do Was mówił i Was motywował, to Natalia zdecydowanie będzie dobrym wyborem. Czas z nią uciekał mi niezmiernie szybko i mam nadzieję, że niedługo znowu wpadnę w ten wir pracowania nad swoim brzusiem.



Mel B
            Może na mnie krzyczeć, może wymagać, może kazać mi jeszcze raz pompować poślady, a ja będę jej za to wdzięczna. Mega pozytywna osoba, która czerpie zabawę z treningu i pokazuje, że ćwiczenia nie muszą być nudne i nie musisz się wkurwiać o to, że znowu trzeba machać nogą. Mel jest żywym dowodem na to, że ćwiczenia potrafią sprawiać radość i ona zdecydowanie się tą radością dzieli. Nie ukrywam jednak, że czasami ucinałam sobie z nią monolog i mówiłam, jak bardzo jej nienawidzę. Zawsze jednak przepraszałam na sam koniec, wiedząc, że to wszystko dla mojego (i np. mojego tyłka) dobra.
            Z pewnością wiele osób próbowało z nią ćwiczyć w domu, popularne były swego czasu również wyzwania z jej udziałem. No ja polecam, nie rozczarujecie się, a wręcz przeciwnie – będziecie mieli zapał i chęci na dalszą pracę nad swoim ciałem.
           


Tiffany Rothe
            Dzięki tej kobiecie udało mi się zrzucić co nie co z boczków i znacznie wyszczuplić talię. Naprawdę, ja gorąco polecam. Inne treningu równie świetne. Z energią i uśmiechem Tiffany, po prostu nie można inaczej, jak tylko ćwiczyć dalej. Zachęca, tłumaczy i ma cię cały czas na oku, a ty wylewasz siódme poty na macie i wiesz, że to nie koniec. Ale wcale nie wyczekujesz tego końca tylko ćwiczysz dalej. I kurde. No chce Ci się nawet. A nie ma co ukrywać, że bardzo ciężko jest zacząć, a jeszcze trudniej utrzymać się przy postanowieniu, że warto. Dopóki nie widzi się pierwszych efektów, bo potem to już jakoś to o wiele sprawniej idzie.
            Warto skorzystać z treningów Tiffany, bo zdecydowanie nie będziecie miały chęci rzucić tego w cholerę. Mi ona zdecydowanie pomogła.



            Znajdzie się jeszcze wiele fajnych osób, z którymi trening robiłam lub których ćwiczenia wykorzystywałam, żeby pogimnastykować się w domu. Wymienione w poście osoby są jednak zdecydowanie moimi faworytami i wiem, że jak sama nie mogę się zmotywować danego dnia, to dobrze zrobią to one, a sam trening nie będzie katorgą tylko przyjemnością połączoną z pożytecznym. Polecam gorąco, zajrzyjcie na ich kanały i czerpcie garściami, bo dla każdego znajdzie się coś dobrego.

Kogo jeszcze możecie polecić? Kto mnie zmotywuje, a nie zniechęci do wysiłku?

PS. 5 km w 40 minut. Nie jest tak dobrze jak myślałam, ale nie jest także tak źle, jak myślałam, że będzie po pierwszym przebiegniętym kilometrze😂

Minął rok odkąd się poznaliśmy, a już niedługo minie rok odkąd jesteśmy razem. I chociaż - jak sam zauważyłeś - trudno tutaj o konkretną datę, to i tak czekam na ten moment z niecierpliwością. Pewnie łatwiej byłoby, gdyby ktoś kogoś zapytał, czy chciałby świętować razem z nim kolejne wspólne tygodnie, miesiące i lata. Prościej byłoby ustalić, jaki dzień był tym pierwszym, kiedy wiadomo było, że tutaj, w tej chwili zaczęliśmy. Wyszło nam jednak coś innego, naturalną ścieżką poszliśmy w swoją stronę i cieszę się, że Cię do tego ciągnęłam.

Myślę, że w końcu znajdziemy sobie ten jeden dzień, kiedy to wszystko nam się zaczęło albo chociaż pójdziemy na kompromis i stwierdzimy, że tak, to jest ta chwila, ale póki co, mamy co mamy. Co nie znaczy, że nie możemy jakoś tego uczcić. Któregoś dnia, niedługo.



KOCHAM - O TYM, CO NAJWAŻNIEJSZE W ŻYCIU

Mija nam rok kochanie, a ja ciągle uśmiecham się na wspomnienie tego, jak - niczym kozica - skakałeś po bieszczadzkich górach, a ja w tym czasie miałam wrażenie, że zaraz wyzionę ducha. Lubię sobie wspominać, jak pierwszy raz podałeś mi rękę. Po to, aby pomóc mi wspiąć się na stroną górę. Potem podawałeś mi ją częściej, nie tylko po to, żeby pomóc mi wejść na szczyty, ale także, żebym mogła spokojnie zejść z górki. Podawałeś mi tę rękę, bo bez Twojego oparcia mogłabym równie dobrze zjechać z tej góry na tyłku albo skręcić kostkę… Ale wiesz co jest w tym najlepsze? To, że byłeś dla mnie oparciem już od samego początku, nawet wtedy, gdy jeszcze nie byliśmy razem, i wciąż mnie wspierasz. Nie tylko trzymasz za rękę i pilnujesz, żebym nie upadła, ale także dotrzymujesz mi kroku, gdy potrzebuję Twojego wsparcia, bo mam ciężki dzień, bo się stresuję, bo zdaję sobie sprawę, że czeka mnie mnóstwo pracy. Czy wtedy, gdy troszczysz się o to, żebym coś zjadła, czy żebym sobie coś kupiła, bo doskonale wiesz, jak bardzo na sobie oszczędzam. Czy choćby wtedy, gdy przytulasz się do mnie, bo jest mi strasznie zimno, a z Tobą u boku mogę znaleźć nie tylko ciepło, ale i schronienie przed wszystkim, co mnie czeka.
Nie wiem jak Ty, ale ja bardzo lubię przebudzić się w nocy lub nam ranem i patrzeć, jak uroczo śpisz, jak spokojnie oddychasz i jak blisko jesteś. Lubię skraść pocałunek w policzek, w ramię, czy to miejsce na plecach, gdzie między łopatkami wykwita kręgosłup. A potem lubię przytulić się jeszcze bardziej, objąć mocno i zasypiać ze świadomością, że mam obok Ciebie, czyli wszystko to, co najważniejsze w życiu. Lubię też momenty, gdy zdrętwiała dziwną, senną pozycją, przekręcam się tyłem do Ciebie i słyszę jak Ty również zmieniasz pozycję, przysuwasz się bliżej, wsuwasz rękę pod moją i obejmujesz.
Wiesz kochanie, to zawsze sprawia, że cieszę się i zasypiam w poczuciu, że jestem całym Twoim światem, który tulisz do piersi i nikomu, nigdy nie oddasz.
Uwielbiam, gdy mówisz, że mnie kochasz. Że bardzo, najbardziej, że jestem Twoja. I to jak świecą się Twoje oczy, gdy mówisz, że lubisz, gdy się wtedy uśmiechem. To, jak kąciki ust podskakują Ci do góry, a te Twoje brązowe tęczówki są jeszcze piękniejsze niż normalnie. Wiesz, te Twoje oczy polubiłam od razu. Ale przyznaję, że nie było trudno polubić i Ciebie, zaufać i pokochać. Wbrew temu co mówisz, masz w sobie wiele ciepła i miłości, które dajesz mi każdego dnia. Choćby wtedy, gdy przytulasz, ot tak, bez uprzedzenia, bo czujesz taką potrzebę albo chcesz mnie zaskoczyć. Albo w momencie, gdy budzisz się, otwierasz oczy i przygarniasz mnie jeszcze bliżej, mówiąc te piękne słowa, które zawsze sprawiają, że robi mi się lepiej i dzień staje się jeszcze fajniejszy. Są jeszcze chwile, gdy całujesz, mimowolnie, przelotnie i uciekasz robić dalej to, co robiłeś przed momentem. A ja tylko czekam, aż złapię Cię znowu i tym razem na pewno tak szybko nie puszczę.
Sam dobrze wiesz, że różnimy się w wielu poglądach, różne rzeczy lubimy i robimy. Ba, sam kiedyś stwierdziłeś, że nawet zupy nas dzielą, bo nie zgadzamy się co do tego, która z nich jest najlepsza. Ale powiem Ci misiu, że chyba nie o to chodzi w byciu razem, żeby mieć takie same zachcianki, ulubione smaki czy takie same pasje. W miłości chyba chodzi o to, żeby znaleźć złoty środek między tym, co lubisz Ty, a tym, co lubię ja. I żeby wspierać się nawzajem w tym, co chcemy robić, dopingować, pomagać i trzymać kciuki, żeby się udało. Chodzi też o  pielęgnowanie i pogłębianie tych wszystkich rzeczy, choćby było ich niewiele, które oboje darzymy sympatią. Tak sobie czasami myślę, że dobrze się wypełniamy. W końcu Ty mi zawsze pomożesz ze sprawami technicznymi, a ja Tobie mogę pomagać z tym wszystkim, co wymaga pisania. I tak, nawet jakbym Ci miała pomóc za te kilka lat napisać Twoją pracę dyplomową, to wiedz, że możesz na mnie liczyć. Co jak co, ale myśli w słowa, chyba ładnie potrafię ubrać.
Mam Cię od roku, trochę już za nami, ale jeszcze więcej na nas dopiero czeka. Zastanawiałeś się, ostatnio, jak to możliwe, że to już rok, że tak szybko minęło, że tyle ze mną siedzisz. Mogę Ci powiedzieć, że mi też szybko minęło tych dwanaście miesięcy, ale też to, że dobrze mi z Tobą i każdego dnia przekonuję się, że może być jeszcze lepiej. I że jestem w najlepszym miejscu na świecie, że znalazłam szczęście, wsparcie, że czuję, że z Tobą mogę przenosić te przysłowiowe góry i wyczekiwać na to, co jeszcze nam los przyniesie. I koniecznie muszę napisać, że kocham. Mocno. I każdego dnia jeszcze bardziej. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. A to daje mi nadzieję na to, że będzie nam razem dobrze przez kolejny rok i następne lata.

PS. Wiem, że kochasz i wiesz, jak bardzo lubię słodycze i dzisiaj jest ten dzień, kiedy naprawdę zjadłabym coś dobrego. Nie żebym coś insynuowała, tak tylko piszę, misiaku…

PHOTO: pexels.com




Pierwszy raz pojechałam nad morze. Wierzcie mi, cieszyłam się jak małe dziecko i tylko wyczekiwałam aż będzie widać tę nieograniczoną niczym wodę. Wyglądałam, niecierpliwiłam się, czekałam, aż w końcu zobaczyłam to, po co tam pojechaliśmy. Bałtyk. I namiastkę Helu gdzieś w oddali. Wciąż cieszyłam się jak małe dziecko. I cieszę się nadal.

O TYM, GDZIE BYŁAM I GDZIE CHĘTNIE WRÓCĘ

Minął miesiąc od naszych (moich i mojego) wakacji. Smutno się jakoś robi, gdy ktoś wspomni, że właśnie wyjeżdża. Szczególnie, gdy wyjeżdża nad morze. Albo podzieli się swoim zdjęciem z tychże wakacji. Zazdrość wbija się na najwyższe poziomy. Jednak co przeżyliśmy to nasze i nikt nam tego nie zabierze, a można śmiało powiedzieć, że w ciągu tych kilku dni przeżyliśmy całkiem sporo. Żadne z nas bowiem nie miało zamiaru przesiedzieć tygodnia nad wodą. Morze? No fajnie, ale ile można siedzieć na plaży? My siedzieliśmy krótko, ale za to sporo zwiedziliśmy i to, co zobaczyliśmy możemy Wam polecić. A trochę tego się uzbierało.

Władysławowo
            Pod wpływem wielu informacji o tym, kto był we Władysławowie, postanowiliśmy pojechać tam również my. Wybór był prosty i w sumie długo się nad tym nie rozwodziliśmy. Zarezerwowany pokój, przejrzane atrakcje, przeprowadzony wywiad środowiskowy wśród znajomych i w końcu wyjazd. Koniec końców zdecydowanie to miejsce warte polecenia. I chociaż tamtejszej plaży szczególnie nie zwiedziliśmy, robiąc objazdówkę po okolicznych miejscowościach, tak można polecić kilka miejsc, które warto zobaczyć, gdy wpadnie się do Władka. Chyba że ktoś woli leżeć plackiem na plaży, wtedy o zdanie trzeba pytać kogoś innego, bo nas pogoda nie rozpieszczała, jeśli chodzi o opalanie.
            Wieża widokowa w Domu Rybaka zrobiła chyba największe wrażenie spośród wszystkich wysokich budynków (latarni morskich), na które się wspinaliśmy. Wejście na samą górę kosztuje grosze, a widoki są naprawdę imponujące. W zestawie z podmuchami wiatru, które sprawiały, że serce stawało mi w piersi, jest to naprawdę świetna sprawa i warto się tam udać. W Domku Rybaka można również odwiedzić Muzeum Motyli czy Wystawę Magiczny Zawrót Głowy. Tam nie zaglądaliśmy, ale na wieżę koniecznie trzeba iść!

Dolina Chłapowska, a w oddali morze

            Rezerwat przyrody Słone Łąki – jak to stwierdził mój „tam przecież nic nie ma”, ale ja Wam polecę, bo można zobaczyć morze od trochę innej, dzikszej strony, która też jest fajna. Do tego możecie sobie urządzić spacer z centrum Władka i przejść się aż w to miejsce podziwiając nadmorską architekturę i długi pomost prowadzący nad wodę. Propsuję.
            Korona Himalajów znajdująca się zaraz przy Alei Gwiazd Sportu także jest punktem na mapie Władysławowa, którą koniecznie trzeba zobaczyć. Jest to sześć skalnych płyt przypominających o Polakach, którzy zdobyli ośmiotysięczniki. Przejdźcie się, bo cała aleja jest pięknie ozdobiona kwiatami, a przy okazji można posłuchać ulicznych grajków.
            Port Rybacki mój pierwszy w życiu port. Ile tam było statków! Chociaż pogoda nie przywitała nas zbyt przyjaźnie to i tak wybraliśmy się w to miejsce, robiąc sobie przebieżkę po mokrej plaży. Ja tam uważam, że było super i zdecydowanie polecam, bo w końcu – jak długo można opalać dupę nad wodą?
          Jeśli jeszcze chodzi o Władka to mój stwierdził, że koniecznie trzeba iść we Władysławowie na rybę. I do Biedry. Nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć, że się z nim zgadzam.

 Półwysep Helski
            Nasz drugi dzień nad morzem i już musieliśmy ruszyć w drogę. To naprawdę jedno z ciekawszych miejsc na Pomorzu. Zdecydowanie polecam i przejażdżkę pociągiem (jak one tam wolno jeżdżą!), i rowerem, i dłuższy spacer. My na Hel wybraliśmy się pociągiem i to było świetne, bo serio – jedziesz tą kolejką, a w pewnym momencie widzisz morze z obu stron. I tak sobie myślisz, jak to w ogóle możliwe, że to jest tak wąskie. Masakra! Ale świetnie było to przeżyć. A będąc w Helu musicie wybrać się na plażę i pozbierać muszelki. Ja mam wciąż w torebce po chusteczkach, bo nie mam pomysłu, jak je poukładać, żeby były widoczne, skoro są takie malutkie!
            Jeśli będziecie w Helu to koniecznie wejdźcie na Latarnię Morską. Zza drzew wyłania się morze i to imponujący widok, szczególnie dla kogoś, kto takie rzeczy ogląda pierwszy raz w życiu.
            Fokarium w Helu – tam próbowaliśmy zobaczyć foki, jednak  jak na złość nam się chowały i tylko przez chwilę widzieliśmy te wielkie (naprawdę, foki są wielkie) zwierzaki. Zdecydowanie lepiej pewnie byłoby wybrać się w porze karmienia, bo wyszyłyby spod wody.
            Park Wydmowy - gdzieś tam, będąc na plaży, zahaczcie i o to miejsce. Mi się podobało, a w dodatku zza wydm wychodziło do nas słońce (dosłownie), więc tym bardziej dobrze to wspominam. Polecam także Dom Morświna. My domek akurat widzieliśmy tylko od zewnątrz, ale za to mieliśmy okazję zobaczyć ryby zrobione z butelek wyrzuconych do morza. Serio – nie róbcie tego i nie wrzucajcie śmieci do wody!
Dla fanów militariów – na wybrzeżu Helskim znajdziecie Muzeum Obrony Wybrzeża i Baterie Artylerii Stałej, więc na pewno będziecie zadowoleni.
My zrobiliśmy sobie pieszą wycieczkę z Helu aż do Jastarni. Dopadła nas ulewa, a na stopie miałam odcisk, przed którym nawet moje kozackie kapcie nie mogły mnie obronić, ale warto! Może i nie ma tam zbyt wielu atrakcji, ale nadmorski las ma swój urok. Cisza, spokój, my i przyroda. A, no i deszcz. Ale nawet mimo deszczu było fajnie. 
Hel, te szarości mnie urzekły!

Jurata – to przede wszystkim Molo, które zrobiło na mnie chyba większe wrażenie niż to w Sopocie. Biało, cicho, tylko wiatr mało co głowy nie urwał. Taki już urok pogody z tamtego dnia. W tej miejscowości warto również przejść się przez deptak. On też ma swój specyficzny klimat.
Jastarnia to miejsce idealne dla wszystkich, którzy lubują się w nadmorskich sportach i sportach w ogóle. Nam już tak nogi wchodziły w dupska, że nawet nie doszliśmy do tamtego molo. Znaczy – doszliśmy, ale nie mieliśmy siły już na nie wchodzić.  14 kilometrów pokonane pieszo, litości!

            Chłapowo, Rozewie i Jastrzębia Góra
Kolejny dzień i kolejna przygoda. Tym razem trasa miała mieć jakieś 10 kilometrów w linii prostej, ale ponieważ z nas wielcy podróżnicy, to pewnie była ona o 10 kilometrów dłuższa. Wyruszyliśmy z naszego pokoju w Willa Vanilia (gorąco polecamy, na pewno tam wrócimy, jeśli znowu zachce nam się Władysławowa!) i przez Chłapowo poszliśmy do Jastrzębiej Góry. Po drodze oczywiście musicie zboczyć i zobaczyć Dolinę Chłapowską. Chociaż z początku podchodziłam do niej sceptycznie, to jednak wyszło na to, że było to jedno z najfajniejszych miejsc nad całym morzem. Naprawdę, idźcie tam! Super wejście na plażę, przyroda, tunel, ścieżki i ścieżynki. Aż się zatęskniło za górami.
            Warto również zboczyć chociaż na trochę i Lisim Jarem ponownie przejść się na plażę. Tutaj także czułam jakbym wróciła w góry i mogłam spróbować swoich sił wchodząc pod pagórki. Trochę się zasapałam, trochę postękałam i mało co nie wyzionęłam ducha przy dłuższych fragmentach pod górę, ale to  mi tylko przypomniało, jak bardzo złą mam znowu kondycje...
            Latarnia Morska w Rozewie i ścieżka z plaży na górę też była warta zboczenia z głównej drogi. Do latarni koniecznie idźcie od strony morza, wtedy to dopiero jest zabawa. Do samej latarni nie weszliśmy, więc nie wiem, jakie roztaczają się stamtąd widoki, ale pewnie – jak to zwykle bywa – rozczulają serce.
            Gwiazda Północy – najbardziej wysunięty na północ fragment Polski. No, świadomość tego robiła wrażenie. A i plaża z klifem też była warta zobaczenia, choćby tylko po to, żeby przekonać się, że plaża to nie musi być płaska przestrzeń z piaskiem i parawanami...

I tyle na dzisiaj, bo strasznie dużo tego wszystkiego wyszło. Aż nie chce się wierzyć, że w ciągu 5 dni, zdążyliśmy tyle zobaczyć. Dzisiaj Władysławowo i okolice, a niedługo Gdańsk, Gdynia, Sopot i tamtejsze atrakcje. Chociaż przyznaję bez bicia, że pozamiejskie widoki były chyba lepsze.

PHOTO: Wszystkie zdjęcia (i wiele innych) znajdziecie na moim Instagramie - madziula245