Masz swój ulubiony kolor? Taki jeden, który lubisz, chociaż nie ma ku temu jakiejś konkretnej przyczyny? Albo taki, w którym nie koniecznie dobrze wyglądasz i nie szukasz go na koszulkach czy spodniach na lato? Nie jest Ci w nim po prostu do twarzy, ale i tak darzysz go niesamowitą sympatią? Ja mam taki kolor. Zielony. I już tłumaczę dlaczego!

ZIELONY OZNACZA WIOSNĘ – A ONA JUŻ NADESZŁA!

Nie mam pojęcia dlaczego, ale zaczęło się to bardzo dawno temu. Może nawet wtedy, gdy nie potrafiłam koloru nazwać, ale instynktownie wybierałam odpowiednią kredkę. Zieloną. Jasną, ciemną, pastelową. Bez różnicy! Najistotniejsze było to, że wybór zawsze padał na tę w kolorze trawy. Albo liści. Albo czterolistnej koniczyny.
            Przyznaję bez bicia – nie wiem, dlaczego moim faworytem jest zieleń. Mam jednak 3 teorie, które mogą być odpowiedzią na to nurtujące pytanie. Mianowicie…

Zielony to spokój
            Nie bez przyczyny mówi się, że zielony kolor potrafi odprężyć, uwolnić negatywne emocje i pozbyć się ciężaru. Oszukiwała nie będę - gdy mnie ktoś wkurzy, to nie wgapiam się w zielony punkt na ścianie. Jeszcze nie oszalałam. Lubię jednak wtedy wyjść na spacer. Albo pobiegać. Koniecznie w lesie.
            Chociaż nie biegam już od dłuższego czasu, a wkurzona nie byłam już dawno, to jednak zasada ta jest niezmienna. Gdy coś wyprowadza mnie z równowagi, to lubię wyjść i przez długi czas nie wracać. Bo chce pobyć sama. Bo mam potrzebę bycia gdzieś dalej. Bo chce się wyciszyć i uspokoić. A możecie mi wierzyć – nic nie uspokaja tak bardzo jak przyroda. Jak te zielone liście na drzewach w środku lasu. Albo pola pokryte zieleniejącą się trawą.
            Zielony potrafi odprężyć. Nie na siłę, wulgarnie zakradając się do wnętrza. Robi to subtelnie i powoli. Wyciąga negatywną energię i zamienia ją na coś dobrego.
            Przynajmniej u mnie się to sprawdza.

Zielony to nowe
            To świeższe powietrze. Ptaki latające nad głowami. To kolorowe kwiatki na zielonych łodygach i słońce zachodzące później niż do tej pory. Zielony to taki czas zmian, nowego początku. Wybacza przewinienia i pozwala brnąć dalej w nieznane. Wyznacza nowy porządek, ustala zasady na kolejny kwartał i przygotowuje do czegoś jeszcze lepszego.
            Ale przede wszystkim…

Zielony to kolor wiosny
            I to nie tej nieśmiałej, która miejscem dzieli się z zimą. Nie tej początkowej, kiedy to świat nie może zdecydować się na to czy dzisiaj zaskoczy śniegiem, czy słońcem. Zielony to kolor pewnej siebie wiosny, która zdecydowanym krokiem idzie przez świat i zaznacza na nim swoją obecność.
            Zielony to ta wiosna w pełnej okazałości. Ta, która nie dzieli się miejscem z zimą. Przeciwnie – zastępuję ją i skutecznie usuwa z drogi. To ten kolor, który oznacza coś nowego. Budzący się do życia świat, któremu trochę przysnęło się zimą. To piękne ćwierkanie ptaków i bociany na łące. Ropuchy chowające się w trawie. Wiatr szeleszczący między młodymi liści.
            To te pierwsze przejażdżki rowerem i spacer po rozkwitającym lesie. To uchylone szyby w samochodzie i wdychanie powietrza z zielonych płuc rodzinnego miasta. To nadejście czegoś nowego. Zwiastun lata. Sygnał dla świata, że pora wreszcie coś zrobić.
            Ten moment wreszcie nastał. Wszystko budzi się do życia, a świat zaczyna kolorować się na naszych oczach. Zaczynając oczywiście od zieleni w alejkach w parku czy w rabatkach przy chodniku. Zieleń to wiosna. A ona już nadeszła i trzeba wziąć od niej jak najwięcej.

Jak poczuć wiosnę?
            Nasuwa się jednak pytanie, co zrobić, żeby te wiosnę poczuć jeszcze bardziej i w pełni wykorzystać jej obecność. Sposobów może być wiele, ale moja lista jak co roku zaczyna się od tego, żeby:
- wyjść na spacer;
- pójść na rower (nawet napisze o tym w poście); 
- posiedzieć na tarasie, balkonie albo w ogródku;
- poczytać książkę, ale koniecznie na zewnątrz;
- wdychać świeże powietrze;
- iść do lasu, żeby sprawdzić, jak dużo rzeczy budzi się właśnie do życia;
- zjeść pierwsze lody poza domem;
- odpalić grilla albo zrobić ognisko;
- poleżeć w parku;
- wypić herbatę na zewnątrz;
- zrobić zdjęcia zieleniejącej się przyrody;
- i wszystkim kwiatkom, które można znaleźć na drodze;
- wypatrywać bocianów;
- zrobić coś dla siebie i innych.

To jest też najlepszy moment, żeby zacząć swoją przygodę z bieganiem albo innym sportem, który uprawia się na wolnej przestrzeni. Wiosna to początek, to ciepło, słoneczny dzień i piękno wokoło. Wszystko się już zaczęło, więc warto wyjść z domu i korzystać z tego, co daje nam świat.
Zielony to piękny kolor i mogę go teraz oglądać do woli. A potem już lato: złote zboże na polach; upalne dni, które chce się spędzić nad wodą, urlopy i truskawki. Ale póki co – cieszmy się wszyscy tym zielonym kolorem i wiosną. Wreszcie się jej doczekałam!

PHOTO: Karol D



Ile lat jesteś w blogosferze? Co możesz o niej powiedzieć? Jakie obserwacje poczyniłeś i czy w jakiś sposób wpłynęły one na to, co aktualnie tworzysz? Miałeś poczucie, że to już nie dla Ciebie, a mimo wszystko wróciłeś do pisania bloga? Masz swoje ulubione tematy czy blogi, na które nigdy nie zaglądasz? My mamy. A w blogosferze jesteśmy, czasami z dłuższymi przerwami, od dobrych kilku lat. Widziałyśmy sporo i na własnych blogach trochę nam się pozmieniało. Ale ciągle gnamy do przodu. Chociaż miło było wrócić wspomnieniami do naszych początków tutaj – w tym internetowym miejscu dla każdego, kto lubi tworzyć.
            Dzisiaj z Klaudią z Klaudia Lisowska blog porozmawiam o blogosferze. O tych jej pięknych aspektach, przeszłości i tym, co daje nam teraz. Powiemy też, co nas najbardziej inspiruje i gdzie szukamy pomysłów na wpisy.

BLOGERSKIE PITU-PITU: JAK TO JEST BYĆ BLOGEREM OD KILKU LAT I GDZIE SZUKAĆ INSPIRACJI?

Klaudia: Zaczęłam blogować 9 lat temu. Pisałam opowiadania. W sumie, wtedy prawie każdy blog nastolatki był taki jak mój. Od tamtej pory sporo się zmieniło, jednak wciąż lubię pisać. Chyba mam to we krwi, bo nawet o jakiejś pierdołce mogę napisać referat.

Magda: To ja mam dokładnie tak samo! Też zaczynałam od pisania opowiadań i też pamiętam, że wszystkie blogi, na które udało mi się wejść, były właśnie w tym stylu. Zresztą, jak byłam w gimnazjum to tylko takie blogi mnie interesowały. Potem blog mi trochę umarł, pisać mi się nie chciało, przestało to mieć sens i na kilka lat odeszłam z blogosfery. Jednak coś mnie zawsze do niej ciągnęło. Gdy wróciłam, byłam po 1 roku dziennikarstwa i mój blog stał się zupełnie innym miejscem. I już nie publikowałam wyłącznie opowiadań.

Klaudia: Myślę, że większość osób, która bloguje od dobrych kilku lat, zaczynała właśnie od opowiadań. Jednak tak jak mówisz, z czasem zaczęto pisać o innych tematach. Pojawił się bardzo popularny lifestyle. Mój blog, tak jak i Twój, uległ zmianie. O tym, czy na lepsze bądź gorsze powinni zdecydować stali czytelnicy. Wierzę jednak w to, że blog jest dobry wtedy, gdy jego autor wkłada serce w to, co na nim robi.

Magda: Ja uwielbiałam te fanowskie opowiadania czy ogólnie – wymyślane przez autorów historie. Są czasami ciekawsze od wątków w książkach dostępnych w Empiku. Ale jednak – ile można? Ja stwierdziłam, że pora wziąć się za coś innego poza wymyślaniem historii. Chciałam podzielić się również swoim życiem. A opowiadania? Tworzę je nadal, rzadko, ale za to o miłości. To bowiem najlepsze uczucie pod słońcem. A ja uwielbiam w opowiadaniach przekazywać emocje. Jest to klucz do sukcesu i oczarowania czytelnika.

Klaudia: Zgadzam się, bez emocji każdy tekst byłby nudny. Jednak to nie taka prosta sprawa, włożyć w napisane słowa emocje. Niejednokrotnie spotykałam się z profesjonalnie napisanym tekstem, który usypiał mnie swoją monotonnością i doskonałością. Nie mam na myśli wyłącznie opowiadań, ale książki, prasę czy artykuły w internecie. Dlatego twierdzę i zawsze to powtarzam, że to blogi zawierają w sobie najwięcej emocji. Te krótkie teksty, te zwyczajne tematy, te błędy ortograficzne - czy taki tekst nie jest bardziej prawdziwy? Czy nie zawiera więcej uczuć niż ten w gazecie? Co o tym myślisz? Czy amatorskie blogowe referaty mogłyby dorównać profesjonalnym tekstom?

Magda: Myślę, że niektóre blogi już dorównują albo przebijają te artykuły z gazet. Są w internecie miejsca, które są źródłem rzetelnych informacji, zdobytych na podstawie wiedzy własnej lub dzięki badaniom, nad którymi spędzał czas ich autor. Niektóre z tych artykułów były nawet podstawą wiedzy branżowej, dzięki której napisałam swój licencjat. Ale czy takie blogowanie mogłoby zastąpić dziennikarstwo? Zobaczymy. Najgorsze byłoby jednak przemieszanie się tych dwóch sposobów pisania.

Klaudia: Wiesz, nie każdy tekst to informacja. Ja wiadomości czerpię z rzetelnych źródeł. Tam jest wiele inspiracji. Poza tym sądzę, że tekst zawsze znajdzie swojego amatora. Nawet taki, który nie ma prawdziwych w 100% informacji. Takie wpisy warto jednak traktować z przymrużeniem oka.

Magda: Przede wszystkim na blogi trzeba patrzeć jak na subiektywną wizję autora. To on kreuje świat i opisuje go z uznaniem tych faktów, z którymi się zgadza. I ja to w blogach bardzo lubię. Zawsze można przeczytać coś ciekawego, wartościowego, chociaż nie zawsze trzeba się ze wszystkim zgadzać. I to jest w tym najlepsze, bo sprawia, że sami musimy drążyć temat i sprawdzać. Przez to nie można jednak w pełni ufać niektórym autorom. Pokazują oni bowiem tylko część prawdy, tę która im bardziej pasuje. Oczywiście nie wszyscy, mówię o tych, którzy bardziej blogują niż tworzą teksty dziennikarskie. Zresztą nie każdy musi mieć takie zapędy, żeby tworzyć coś, co będzie jak artykuł w gazecie. Nie od tego są blogi.
Są jednak na pewno tematy, które w blogosferze interesują Cię najbardziej.
 
Klaudia: Oczywiście. Każdy miłośnik blogów ma swoje ulubione tematy, wybrane gatunki. Najchętniej odwiedzam blogi z fanowskimi opowiadaniami, z recenzjami filmowymi, z przepisami i te o modzie. Można jednak znaleźć wiele blogów, które nie przypisują sobie konkretnej kategorii. Takie też bardzo lubię. A Ty?  

Magda: Ja zdecydowanie najbardziej lubię w tej chwili lifestyle. Sama zresztą na ten właśnie temat piszę. Fanfiki lubiłam kiedyś, teraz praktycznie nie zdarza mi się ich czytać. Chyba już nie ten wiek i nie te zainteresowania. Lubię za to poczytać o serialach czy fajnych książkach. Na modzie się nie znam totalnie, ale podglądanie stylizacji to ciekawe zajęcie. Niektóre dziewczyny robią kawał naprawdę dobrej roboty i aż chciałoby się ubierać tak, jak one.
A co z blogami, które Cię jakoś zraziły? Są takie, na które w ogóle nie wchodzisz?

Klaudia: Wiesz co? Nie. Nawet jeżeli tematyka danego bloga nie bardzo mnie interesuje, to i tak na takim blogu się pojawiam. Przykład: jeżeli ktoś skomentuje mojego bloga, to ja honorowo komentuję jego, o czym by nie pisał. Po tylu latach blogowania, ciągle wyznaję tę zasadę i po prostu się przyzwyczaiłam do czytania wszystkiego jak leci. Od deski do deski. Dzięki temu dużo uczę się o innych ludziach. No i poznałam wiele nieznanych mi wcześniej tematów, ciekawostek i tak dalej. Ty masz taką czarną listę blogów?

Magda: U mnie kiedyś wyglądało to podobnie jak u Ciebie. Też wyznaję zasadę, że warto odwiedzać w blogosferze innych. Szczególnie tych, którzy u nas byli. Są jednak blogi, które kompletnie mi nie odpowiadają tematyką. Do nich należą np. blogi motoryzacyjne. W zgodzie ze swoim sumieniem wolę tam nie bywać, bo i tak nie mam co pisać na ten temat. Coraz rzadziej czytam też opowiadania. Za dużo jest tego wszystkiego. Za dużo blogów, które mogłabym czytać, a za mało czasu. Dlatego też staram się odwiedzać innych, ale jeśli wiem, że coś mi nie odpowiada, to wolę nie robić tego na siłę. Z szacunku do pracy innego blogera.

Klaudia: Gdy wspomniałaś o motoryzacji, to przypomniało mi się, że nie lubię blogów politycznych. To jedyna tematyka, w której się totalnie nie odnajduję. A tak z drugiej strony, to strasznie uwielbiam haule z chińskich sklepów. Nie wiem dlaczego. W ogóle haule lumpeksowe, bo jestem bardzo oszczędną osobą. Fotografia również jest bliska mojemu sercu. A jakie tematy Ty lubisz najbardziej?

Magda: Polityka i religia! To też niezbyt lubiane przeze mnie tematy, uciekam od nich, jeśli mogę. Co do czytania, to lubię czytać o tym, o czym sama piszę, czyli o życiu. Uwielbiam wszelkiego rodzaju posty w rodzaju „5 sposobów na", „10 dowodów na to, że" itd. Uwielbiam też podsumowania, chociaż te kosmetyczne mnie przerażają. Ja często w kwartał nie wykorzystam tyle, co inni w miesiąc. Czy to robi ze mnie mniej zadbaną kobietę, haha? Przede wszystkim lubię, gdy ktoś mnie w swoich wpisach zaskakuje. Za to nie cierpię rutyny! A czasami nawet zmiana koncepcji postów wystarczy by blog był całkowicie unikatowy!

Klaudia: Jeżeli chodzi o kosmetyki, to mam bardzo podobną sytuację. Czasem patrzę na tych ulubieńców miesiąca, na te denka i zastanawiam się, jak można zużywać tyle kosmetyków? Robię co mogę, a i tak te produkty mi się nie kończą. Albo jestem podświadomie oszczędna i nie nakładam np. kremu tyle ile powinnam (chodź to bardzo głupia teoria) albo te dziewczyny co pięć minut balsamują całe ciało (to też bez sensu). Może wyciskają te kremy do zlewu? Nie wiem…

Magda: Ja też tego nie rozumiem, ale wiem, że nie jestem osobą, która codziennie dba o dokładną pielęgnację ciała. Wystarczy, że włosy muszę myć codziennie, to mi czasami wystarczy. Może więc kluczem jest tutaj regularność? W każdym razie, są tematy, które bardziej lubię, a są takie, na które zerknę i szybko o nich zapominam. Albo się denerwuje, bo na 5 blogu z rzędu widzę to samo. Doprowadza mnie to do szału i nigdy nie wiem, co mam takim osobom napisać.

Klaudia: To, że odwiedzam kilka blogów i na piątym z kolei widzę to samo jest śmieszne. A nawet śmieszno-smutne, bo to jest tak bardzo prawdziwe... Nie wiem, może czasem blogerom brakuje pomysłów na posty, dlatego chwytają te popularne. Chociaż nie potrafię zrozumieć, jak można nie wiedzieć o czym pisać. Od dziewięciu lat nie miałam takiego problemu. Jak widzę na jakichś forach albo grupach pytanie: „nie wiem, co mam napisać na blogu, pomożecie?" to mnie aż boli. Mam ochotę zapytać, czy ten blog jest jakiś zbiorowy. Rozumiem szukanie inspiracji, ale czy takie zachowanie nie jest pisaniem bloga na siłę? Albo dla korzyści materialnych. Wiadomo jakich.  

Magda: Też mam trochę takie gorzkie odczucia. Sama czasami nie mam pomysłu na post albo nie potrafię ułożyć go w głowie. Starać się jednak w takich momentach zrobić sobie przerwę i poszukać czegoś, co chwyci. Mnie, a potem czytelników. Nie lubię robić czegoś, co robią inni. Stąd w sumie też pomysł na ten cykl. I dlatego też strasznie podziwiam ludzi, którzy tworzą unikatowe treści. I pięknie piszą w języku polskim! Dla mnie Ci, którzy tworzą piękne słowa po polsku są niesamowitą inspiracją. Czasami sprawiają, że aż chce mi się wziąć Worda w obroty i po prostu tworzyć.

Klaudia: Dla mnie wielką inspiracją są filmy. Gdy obejrzę wyjątkowo dobry film, to robi mi się cieplej w klatce piersiowej i od razu mam ochotę pisać. Nagle przypływa do mnie fala potężnej weny twórczej.

Magda: To ja czasami słuchając muzyki łapię jakąś myśl, która potem przeradza się we wpis. Zwykle jednak najwięcej dają mi inni. Ludzie to świetna kopalnia tematów i trzeba się tylko na nie otworzyć. Chociaż, jak to mówił jeden z moich wykładowców na dziennikarstwie - tematy są wszędzie. Trzeba tylko umieć ich szukać.

Klaudia: Z muzyką mam bardzo podobnie, zwłaszcza wtedy, gdy są to soundtracki z gier. Wpływają na mnie bardzo twórczo. Tematy są wszędzie - tak jak napisałaś. Czasami nawet nie trzeba bardzo wytężać wzroku, aby je znaleźć. Trzeba być tylko otwartym na możliwości, które daje świat.  

Magda: A widzisz podobieństwa między tą ówczesną blogosferą, a tą, w której zaczynałaś 9 lat temu? Według mnie wszystko strasznie szybko poszło do przodu. Teraz większą uwagę poświęca się temu, jak wygląda strona. Sporo blogów powstaje też po to, aby zarabiać. Ciężko mi przypomnieć sobie kogoś, kto w przeszłości myślałby o czymś takim.

Klaudia: Mam podobne odczucia. Nie mogę jakoś znaleźć podobieństw między tą blogosferą, a tą starą, z przeszłości. Kiedyś blogi były o czymś. Teraz już nie koniecznie. Nie było współprac, promocji, darmowego testowania czy korzyści materialnych. Blogi były amatorskie, często nieestetyczne (słynny blog Emo Martynki). Miały jednak w sobie to coś.

Magda: Dokładnie tak. To był swoistego rodzaju klimat. I nikt nigdy nie wiedział, na co dokładnie trafi. Teraz mimo że tematyka jest rozległa, to czasami ciężko z kreatywnością.

Klaudia: Tak jest! Dlatego cieszę się, że zaczęłam pisać wtedy. Poznałam taką piękną blogosferę. Niestety ona już nie wróci. W ogóle bardzo się cieszę, że zdecydowałam się pisać. Bez względu na to, jak ta blogosfera się zmienia. To wciąż moja pasja.

Magda: No dobra, ale masz kilka lat za sobą w blogosferze. Jest coś, co powiedziałabyś młodszym stażem koleżankom i kolegom?

Klaudia: Tak - by być otwartym na propozycje innych. Czytajcie dużo, dowiadujcie się wiele, a na pewno na podstawie informacji, które znajdziecie w internecie, stworzycie interesujące posty. Nie kopiujcie - twórzcie. Sprawcie by tekst i zdjęcia były wyjątkowe. Nie stawiajcie na ilość, tylko na jakość. Bądźcie różnorodni i podejmujcie się różnych tematów. Sprawdzajcie, w czym czujecie się najlepiej. Dzięki temu nigdy nie zabraknie Wam pomysłów.

Magda: Ja od siebie mogę tylko dodać, żeby być odważnym. Nie kryć się po kątach z tym, co się tworzy. Publikować tylko takie teksty, z których - jako autorzy - będziecie dumni. I cieszyć się tym, co robicie w internecie. W gruncie rzeczy, to nie jest łatwa robota, więc nie dajcie sobie tego wmówić. Dużo trzeba czytać, sporo pisać i często być w sieci. Ale jeśli to lubicie, to jak najbardziej warto zaryzykować. I tworzyć. Jak najwięcej.


PHOTOS: pexels.com



Marzec. Minął tak szybko jak poprzednie miesiące i wreszcie przyniósł ciepłe dni, na które chyba wszyscy czekali. Idzie wiosna! Idzie słońce, zielona trawa, krokusy w ogródkach, zawilce na łąkach, późne zachody słońca i krótkie rękawy przy koszulkach. No i ptaki głośno zaznaczające swoją obecność. Dzisiaj widziałam nawet bociana! Marzec to miesiąc oczekiwania na to wszystko, o czym wspomniałam. I sporo zdarzeń, o których przeczytacie w tym poście.

TACONAFIDE, ROWER MIEJSKI I PRACA COPYWRITERA

Życiowo
Mogę śmiało powiedzieć, że w tym miesiącu działo się całkiem sporo. Początek marca to moje samochodowe problemy, które zaczęły się już podczas ostatnich mroźnych dni lutego. Nawalił mi rozrusznik i mój samochód, najzwyczajniej w świecie zdechł. Przez ponad dwa tygodnie musiałam obyć się bez niego, a do rzeczy prostych to nie należy. Szczególnie wtedy, gdy mieszka się na wsi, a z auta korzysta się na co dzień.
Ta sytuacja spowodowała, że po głowie chodziły mi trzy wnioski.
Pierwszy: życie na wsi bez samochodu to katorga. O czym wiedziałam już wcześniej, w końcu ile razy przeklinałam spacer przez 3 kilometry ze szkoły do domu... W deszczu. Albo zaspach śniegu...
Po drugie: prawko to teraz podstawa. Bo choćby samochód miał zamiar rozkraczyć się na środku drogi, to i tak pocieszeniem jest posiadania prawa jazdy, a co się z tym wiąże - niezależności.
Po trzecie: brak samochodu, to jak brak ręki czy nogi. Szczególnie, gdy w jakiś sposób trzeba dostać się na stacje oddaloną już nie 3, ale 15 kilometrów dalej. A proszenie o podwózki w końcu może wykończyć.
Na szczęście samochód udało się odratować i śmiga teraz jak nowy, uff!

Żeby jednak nie było gorzkiej refleksji o tym, jak czasami ciężko jest żyć na wsi, to muszę napisać o plusach. A największym z nich jest możliwość jazdy na rowerach po spokojnych drogach i uliczkach. W mieście zdecydowanie o ten spokój ciężko. Poza tym, nie wiem kto lubi jeździć w takich miejscach, ja z pewnością nie. Wolę oddalone od zgiełku i ruchu drogi.
Lubię jeździć rowerem. Dlatego też w marcu postanowiłam wreszcie kupić sobie rower miejski. Nie jest to dobry jednośladowiec na wycieczki po lasach, źle znosi jazdę po nieutwardzonych drogach, ale i tak jest super. I już nie sapię na nim tak, jak na góralu mojego chłopaka, który dla mnie był zbyt toporny.

Marzec to także praca. Zaczęłam nawet swoją przygodę z copywritingu i powiem szczerze, że póki co jestem zadowolona. Podoba mi się to pisanie tekstów na zlecenie i pewnie napiszę Wam posta o tym, jak to wygląda i na czym dokładnie polega. Poza tym coraz bardziej nastawiamy się na Mazury i już trochę w minionym miesiącu wyszperaliśmy informacji na temat możliwych atrakcji czy miast wartych zwiedzenia.
Może ktoś był w Giżycku lub Mikołajkach? Polecicie coś fajnego do zwiedzania, przeżywania lub dobrą ofertę noclegową?

Blogowo
Jak wyglądała moja blogowa aktywność? Nie było tak źle! W marcu napisałam 6 tekstów, w tym dwie rozmowy na "Blogerskie pitu-pitu". Chociaż miesięcznego planu dokładnie nie wypełniłam, to i tak jestem zadowolona z tego, co udało mi się zdziałać we wpisach.
Trochę gorzej wyglądała moja aktywność na innych blogach, ale staram się regularnie zaglądać też do Was.

Wpisy, które powstały w marcu to:
- Blogerskie pitu-pitu: O trudnych decyzjach, które trzeba podjąć w życiu, w rozmowie ja i Klara oraz wyprowadzki z domu, obawy, plusy i  rzeczy, których warto się uczyć;
- 12 piosenek o miłości specjalnie na Dzień Kobiet, czyli kobiety śpiewające o swoich uczuciach , emocjach i miłosnych historiach;
- Szukasz fajnych seriali na wiosnę? Oto moja 6!, w środku oczywiście moje perełki z Netflix, które świetnie się oglądało;
- Blogerskie pitu-pitu: Czy bloger potrzebuje do szczęścia Facebooka, Instagrama lub YouTube'a?, rozmowa z Anitą o mediach społecznościowych, ciekawych miejscach w internecie i szukaniu inspiracji;
-Share week - polecam 3 moje ulubione blogi, które lubię czytać, więc post o moich ulubieńcach w blogosferze i zachęta do wzięcia udziału w projekcie Andrzeja Tucholskiego;
- Ciepło, zieleń i mokry poniedziałek -tak kiedyś wyglądały święta, czyli smutna refleksja o tym, że śnieg w Wielkanoc niszczy święta oraz moje wspomnienia z dzieciństwa.

W tym miejscu chciałabym również podziękować Marcie za piękne wzmianki w jej postach i na facebookowej tablicy o moim blogu. Cieszę się, że się podoba! Obym nie zawodziła.

Muzycznie
Muzyka towarzyszy mi każdego dnia. W radiu, na Tidalu, Youtubie czy leci gdzieś w tle. Niezależnie od gatunku, rodzaju, wykonawcy warto ją włączyć i z nią spędzać czas. Np. w pracy. Albo pociągu. Albo po prostu w domu, słuchając ulubionych kawałków. Co jednak zaskoczyło mnie muzycznie w marcu? Znowu rapowe podwórko.
Największy szok przeżyłam wtedy, gdy usłyszałam o współpracy Quebonafide i Taco Hemingway'a. I nie, nie przy jakimś pojedynczym utworze. Postanowili oni stworzyć wspólną płytę wydaną pod ich muzycznym pseudonimem Taconafide. Póki co mam mieszane uczucia, kawałki są w porządku, ale nie mogę się przyzwyczaić do tych dwóch panów w duecie. Ale zobaczymy! Oby do połowy kwietnia, wtedy to wyjdzie płyta.


Kolejna pozytywna muzyczna niespodzianka to album Kękę. Wspominałam w ostatnim podsumowaniu, że spodobały mi się jego utwory, a płyta to w ogóle no, dobra robota!
W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o zespole z Ameryki Łacińskiej, RBD. To już nie rap, bardziej latynoski pop, ale miło było mi wrócić wspomnieniami do tego zespołu. W końcu to z nimi przeżywałam nastoletnie bunty oglądając "Zbuntowanych". O ich kawałkach przypomniałam sobie przy okazji piosenek na Dzień Kobiet i jak zaczęłam słuchać, tak wpadłam w temat całkowicie. Koncerty obejrzane, wspomnienia wróciły, a kawałki sobie znowu mogę nucić.
Na końcu oczywiście Margaret, której nie mogło zabraknąć w podsumowaniu. Robi mi ona dzień za każdym razem, gdy słucham jej "Byle jak". Piękna jest to piosenka, chociaż smutna!

Serialowo
Można by powiedzieć, że w marcu trochę się opierdzielamy z moim chłopakiem. Na liście obejrzanych seriali na Netflixie mamy tylko dwie pozycje "Z nation" i "W garniturach". O tym pierwszym napisze w kwietniu przy okazji kolejnego zestawu fajnych seriali, o "Suits" pisałam już kiedyś. Zdania nie zmieniłam, serial wciąż jest super, a mój chłopak chyba wciągnął się tak, jak ja dwa lata temu. Nie wiem, czy w tym miesiącu obejrzymy jakiekolwiek inne seriale, bo więcej czasu spędzamy na zewnątrz. Zobaczymy! Ale nie żałujemy.


Sportowo
O, i tutaj mogę się pochwalić. Powoli wracam do formy! W marcu zaliczyłam i ćwiczenia na orbitreku i na prawdziwym rowerze. Endomondo pokazuje mi 70 przejechanych kilometrów. A to wszystko robione w ostatnich dnia poprzedniego miesiąca. Do tego mnóstwo czasu na orbitreku i sporo spalonych kalorii. Może do lata trochę spadnie mi waga!

Polecam z sieci
W marcu na największą uwagę zasługuje akcja Share Week. Już o niej u mnie czytaliście, ale warto w tych ostatnich dniach spiąć się i wziąć w niej udział. Naprawdę fajna sprawa. Ale czas jest tylko do 8 kwietnia, więc trzeba się spieszyć.

PHOTOS: pexels.com


 

Pamiętasz ten kolor trawy i zawilce rozkwitające na łące? Krokusy w ogródku sąsiada i wszystkie kwiatki w rabatkach w miejskich parkach? Bratki wyglądające z ziemi i ten zapach. Zapach wiosny wśród świergotu ptaków. No i wracające do Polski bociany. Słońce nieśmiało wyglądające zza chmur i koszyczek uginający się od ciężaru święconki.Takie były kiedyś święta.


CIEPŁO, ZIELEŃ I MOKRY PONIEDZIAŁEK - TAK KIEDYŚ WYGLĄDAŁY ŚWIĘTA

Dzisiaj niestety jest inaczej. Chociaż ciągle jest ten koszyczek, baranek i dobra kiełbaska, tak brakuje pogody. Jest bowiem zimno. Zimno, ponuro, szaro, buro, deszczowo, a miejscami może pojawić się nawet śnieg. Nie takie powinny być święta i nie tak je sobie zapamiętałam. Powiecie mi zaraz, że "hey, przecież nie o to w tej Wielkanocy chodzi!". I ja to rozumiem doskonale. Ale czy pogoda to też nie kluczowa sprawa? Szczególnie w Lany Poniedziałek? Już dawno nie widziałam, żeby ktoś się oblewał wodą na zewnątrz. Czy to słońce nie byłoby piękniejsze podczas rodzinnego spaceru albo wycieczki na rower?
Brakuje mi tego ciepła i pięknych pachnących kwiatków. Pąków na drzewach i słońca! Wam też?

Wiecie jak pamiętam Wielkanoc z dzieciństwa? Zamyka się ona w trzech dobrych wspomnieniach.

Pierwsze: było ciepło
I to nie byle jak ciepło, bo tak, że można było urządzić sobie wspólny wypad do ciotki. Na rowerach! I nie trzeba było martwić się tym, że błotem pobrudzi się wyjściowe spodnie. Tego błota zwyczajnie nie było, a ciasto można było zjeść w altance po środku ogródka. Grube swetry nie były potrzebne, bo najzwyczajniej w świecie było ciepło. Słońce potrafiło mocno przygrzewać, a przyroda już dawno zaczęła budzić się do życia. Tak było.
Czwartek wielkanocny, Warszawa. Jajka chowano w śniegu

Drugie: Lany Poniedziałek naprawdę był lany
A to przez punkt pierwszy, w którym pisałam o pogodzie. Świąteczny poniedziałek to był dzień, kiedy bezpieczniej było nie wychodzić z domu. Bo psikawki, pistolety... i wiadra. A nawet stawy, bo tym też straszył mnie kiedyś wujek. I chociaż wolałabym, żeby do tego stawu mnie nie wrzucał (szczególnie dlatego, że nie umiałam pływać), to jednak człowiek mógł się bawić. Mógł wstać z rana, zaraz po tym jak dziadek stwierdził, że 6 godzina to idealna pora do oblania wszystkich wodą z kubka. Wtedy zaczynała się walka. Często niemalże na śmierć i życie. W grę wchodziło wszystko, co pomieści wodę, a nawet ogrodowy szlauch. I wierzcie mi, nawet jak wróciło się do domu mokrym, jakby skąpało się w rzece, to i tak był to najlepszy dzień w święta.

Trzecie: jeżdżenie do lasu po bukszpan
Bo wtedy naprawdę można było jeździć wiosną rowerem, a bukszpan nie leżał zakopany pod śniegiem. I o ile Lany Poniedziałek to była walka, o tyle jazda po ten element potrzebny w koszyczku, to był wyścig. Kto pierwszy, ten lepszy. A wygrywał oczywiście ten bukiet najbardziej okazały.
Do tego jajka. Te to można było farbować na domowe sposoby, korzystając z tego, co już dała wiosna. Teraz to tylko te barwniki i krzyk mamy, żeby nie dotykać, bo odbiją się palce. Eh! Takie teraz mamy święta.

Tak, tęskni mi się za ciepłem. Nie tylko w święta, ale tak w ogóle. Ciężko było w tamtym roku naliczyć dni pogodnych, z prażącym słońcem i piaskiem sypiącym się między palcami. Więc tak, tym bardziej czekam na to w tym roku. I może jednak coś się zmieni i święta jednak będą słoneczne? Deszczu mam już serdecznie dosyć! Podejrzewam, że Wy trochę też.
Niezależnie jednak od temperatury za oknem, życzę Wam, aby te święta były pogodne. Skoro wiosna nie chce tej pogody dać, to sami musimy zadbać choćby o pogodę ducha. Dlatego też życzę Wam Wesołych świąt!

Dajcie znać, jaką macie pogodę! I czy zalało Was w śmingusa dyngusa! Co Wam najbardziej kojarzy się ze świętami?

PHOTO: pexels.com



W ostatniej rozmowie w moim autorskim cyklu pisałam o tym, czy blogerowi potrzebne są te wszystkie Instagramy, Facebooki i Snapchaty. Rozmawiałyśmy też o ulubionych blogerach i zostałam poproszona o to, żebym w oddzielnym wpisie powiedziała o swoich. A więc dzisiaj trochę o nich powiem. I to nie byle jak, bo polecając je w największym internetowym spisie ulubionych twórców internetowych - Share Week.

SHARE WEEK - POLECAM 3 MOJE ULUBIONE BLOGI, KTÓRE LUBIĘ CZYTAĆ

Co to za akcja?
Jak co roku Andrzej Tucholski zorganizował akcję SHARE WEEK. Akcja ta polega, w skrócie, na dzieleniu się swoimi ulubionymi blogerami, vlogerami z innymi. Na blogu i w specjalnym formularzu. Andrzej następnie podlicza wszystkie głosy i wstawia na swojego bloga podsumowanie, w którym przedstawia wszystkich polecanych twórców internetowych.

Jakie są zasady?
Zasady są proste i zamykają się w kilku punktach:
- musisz wybrać 3 ulubionych blogerów i napisać o nich w poście;
- na blogu Andrzeja znajduje się również formularz, który trzeba wypełnić, aby Twój głos był ważny;
- w komentarzu pod odpowiednim postem na blogu Andrzeja piszesz o swoich typach;
- najlepiej, gdy polecisz mniej popularnych blogerów. Jak bowiem wiadomo - ci więksi i tak sobie poradzą;
- zgłoszenia można wrzucać do 8 kwietnia, także - śpieszcie się!

Dlaczego warto wziąć udział?
Dla tych, którzy mają obiekcie co do tego, czy warto wyodrębniłam 3 najważniejsze powody.

Po pierwsze: masz darmowy pomysł na wpis na blogu

W swojej notce możesz poruszyć różne kwestie. Najważniejsze jednak, aby pojawiły się w nim 3 blogi, które cenisz i możesz z czystym sumieniem polecić je innym. To całkowicie darmowy pomysł na posta i możesz go wykorzystać na własny użytek. Ba! Pomysłodawca będzie się z tego bardzo cieszył, a Ty rozpowszechnisz idee i dodasz cegiełkę do wielkiej listy najlepszych twórców.

Po drugie: Publicznie doceniasz pracę innych osób

Bardzo często to, co czytamy my sami jest nieznane osobom, które wchodzą na naszego bloga. A oni chcieliby bliżej poznać naszych ulubieńców, ludzi, których podziwiamy i lubimy za to, co robią. Ta akcja to idealny moment na podziękowanie naszym ulubionym blogerom za to, że dla nas tworzą. Za to, że robią to, co lubią i dzielą się swoją pasją, życiem, emocjami. Teraz i Ty możesz pokazać, że cenisz cudzą pracę.

Po trzecie: możesz pokazać, kogo czytasz

Bardzo często wchodzę na blogi i niewiele wiem o ich autorze. Nie do końca wiem, co lubi, nie wiem jakie książki czyta (chyba, że recenzuje), nie wiem jakim jest człowiekiem. No i nie wiem, kogo w tych internetach sam czyta, podpatruje i do kogo lubi zaglądać. Anita (pozdrawiam!) przekonała mnie, żebym sama podzieliła się blogami, które sobie cenię. Bo fajnie byłoby wiedzieć, co ja, jako blogerka, polecam. I chociaż jest mnóstwo stron i miejsc w internecie, które uwielbiam i ciężko byłoby napisać o wszystkich, tak jednak myślę, że warto spróbować. I niech te moje 3 polecenia będą początkiem serii, w której co jakiś czas napiszę Wam o kimś, kogo lubię czytać.

Dzisiaj moje 3 ulubienice, które wzięły udział w "Blogerskim pitu-pitu", więc tym bardziej polecam je poczytać. Część pewnie je zna, druga nie, więc... to moje 3 perełki, które szczerze mogę polecić!

Jakie 3 blogi polecam?

Martę uwielbiam i wspominam o tym przy każdej możliwej okazji. Lubię ją za te piękne słowa, które w rozmowie ze mną, pisała o miłości. Lubię za to, że twardo stąpa po ziemi i potrafi zachęcić mnie do czytania nawet o tym, co nie do końca mnie interesuje. No i za ten spokój, który pojawia się w jej wpisach, a którego często brakuje w tym szumie informacji na innych blogach. A, i za przepisy, które będę mogła wykorzystać, żeby nie jeść ciągle tych kanapek! Dziękuję!

Hiszpania, praca i bardzo wiele miłości. Do tego ciągły uśmiech na twarzy i pozytywne podejście do życia. To tak w skrócie o tym, co możecie znaleźć na blogu Pauliny. Ja przede wszystkim cenię sobie ciepłe słowa, które już od początku wpisu zabierają mnie do jej świata. Są rzeczy, z którymi się nie zgadzam, mam o nich inne zdanie. Ale jest też lekkość pisania, chwytliwe zdania, piękne historie i delikatność, której mi w tych moich tekstach brakuje. Dlatego lubię sobie czytać te teksty, usiąść na miękkim łóżku i zagłębiać się w ten świat coraz bardziej.

Anie powinnyście kojarzyć. Pisze o kosmetykach i chociaż sama nie znam się na tym kompletnie, to wiem, że Ania recenzuje to, co zdążyła przetestować. Nie boi się krytykować, mówić, że coś jest do kitu albo w ogóle nie ma na nią wpływu. Dlatego też wiem, że mogę jej ufać w kosmetycznych wyborach i jeśli czegoś nie byłabym pewnie to wystarczy zapytać. Poza tym z Anią świetnie mi się pisało, ot tak, nie tylko w tej naszej rozmowie. Wiem, że to pracowita i świetna kobieta. Taka równa babeczka, jak to się mówi. I dlatego tak bardzo lubię wpadać i czytać to, co publikuje. Chociaż kosmetyki to nie do końca mój świat.

O co proszę?
Na koniec mam do Was prośbę. Zasypcie Andrzeja poleceniami. Pokażcie swoich ulubionych blogerów. Napiszcie o nich kilka zdań, wypełnijcie formularz i dodajcie cegiełkę do tego wielkiego spisu, który Andrzej Tucholski organizuje. Zapewniam Was - to świetna zabawa!

PHOTO: pexels.com