Niech w komentarzach ujawnią się Ci wszyscy z Was, którzy lubią swoją pracę. I o tej pracy chętnie rozmawiają nawet w sobotę na wypadzie ze znajomymi. Ja jeszcze takiej roboty nie znalazłam, żeby na nią czasami po kątach nie ponarzekać, ale jest dobrze! Chociaż w weekendy wolałabym zająć się sobą, a nie pracą, niestety! Razem z Anią z Aneczka Blog przygotowałam Wam jednak rozmowę na taki właśnie temat. Jest on bliski nam obu i miło było pogadać o samej pracy, o stażach czy praktykach i o tym, jak ciężko łączyć to wszystko ze studiami. Było mi tym bardziej fajnie, dlatego że Ania to bardzo życzliwa i ufna kobieta, chociaż jak sama przyznaje, gdy to zaufanie się u niej straci, to ciężko jest je odzyskać. Poza tym jest pozytywnie nastawiona do świata, wierzy w to, że dobro do nas wraca. Kocha gotować i poza pisaniem to jej kolejna wielka pasja. Jest szczęśliwym, chociaż nerwowym człowiekiem. I to właśnie z nią będzie moja pierwsza rozmowa z cyklu "Blogerskie pitu-pitu"

BLOGERSKIE PITU-PITU: O PRACY, STAŻACH, STUDENCKICH PRAKTYKACH I O TYM, JAK W TYM WSZYSTKIM ZNALEŹĆ CZAS DLA SIEBIE

Magda: Wstajesz po 4. Pracujesz po kilkanaście godzin dziennie. Nawet w soboty. A mimo to, znajdujesz jeszcze czas na bloga i te wszystkie recenzje. Jakim cudem? Ja po powrocie z pracy czy uczelni, nie mam już ochoty ruszyć choćby palcem.

Ania: Na początku było trudno przyzwyczaić się do takiej gonitwy, ale teraz jest lepiej. Potrafię nawet wstać przed budzikiem. Zresztą – wiem, że mieszkając na wsi, nie mam autobusów co 10 minut. Zdaje sobie sprawę, że dłużej zajmie mi dojechanie do pracy i powrót z niej. Ale to kwestia wprawy. Teraz wracam do domu, nastawiam parowar, dzięki czemu obiad sam się robi. Ja w tym czasie biorę kąpiel, nakładam te wszystkie maseczki, o których potem można przeczytać u mnie na blogu. I w taki sposób zyskuje dodatkowy czas, którego mam i tak mało.

Magda: A nie myślałaś o własnym transporcie? Ile zajmuje Ci dojazd do pracy? Ja miałam problem z tym, żeby dojechać do pracy jak byłam w Warszawie. Teraz, gdy wróciłam do domu, a pracę mam nadal w stolicy, to jest jeszcze ciężej.

Ania: Rano przeważnie jadę 45 minut. Niestety własny transport, chociaż wygodniejszy, to nie jest opłacalny. Paliwo, strefa płatnego parkowania… Lepiej byłoby mi na bezrobociu, haha.

Magda: Rozumiem, sama mam podobny problem, bo czasami chciałoby się wsiąść w samochód a nie pociąg, ale jednak koszty robią swoje. No ale powiedz mi, kiedy piszesz na bloga jak masz taki tryb życia. Ja przeważnie jak mam chwilę wolnego w weekend. Pod warunkiem, że jeszcze mam na to siłę.

Ania: Zwykle na bloga piszę coś w sobotę, gdy wcześniej wychodzę albo w ogóle mam wolne. Przeważnie powstają wtedy 3-4 posty, które są gotowe do opublikowanie w najbliższym tygodniu. Inne blogi komentuje tutaj, z pracy. Czytam co napisali moi ulubieni blogerzy i zostawiam coś od siebie. Jestem systematyczna i się tego trzymam. Może powinnaś zorganizować sobie podobnie czas?

Magda: Ja Cię podziwiam, naprawdę. Sama miałam prawie roczny postój na blogu, musiałam dać na wstrzymanie, bo po prostu nie wyrabiałam. I praca, i studia, i licencjat. A do tego czas, który chciałam spędzić ze swoim chłopakiem, marząc o tym, żeby było go znacznie więcej. Coś musiałam sobie darować, więc padło na bloga. Wróciłam do niego, ale i tak ciężko mi publikować tak często, jak kiedyś. O systematyczności mogę zapomnieć, bo mam tak zwariowany plan dnia czy nawet godziny, że sama nie wiem, co się za chwilę wydarzy.

Ania: Mi się wydaje, że częste pisanie to kwestia przyzwyczajenia i dobrej organizacji czasu. Czasami i ja mam zaległości na blogach, ale ja z niego nie umiem zrezygnować, bo to moja odskocznia. Coś własnego, co sama stworzyłam i jak mnie nie ma 2 dni na blogach, to czuję się dziwnie. I zwyczajnie mi tego brakuje. W tym wszystkim też próbuje znaleźć czas dla mojego i jak się z nim widzę, to nie siedzę ciągle przed kompem. Korzystam jednak z tego, że on np. ogląda mecz i sama wtedy biorę się za pisanie.

Magda: Pewnie, że można przyzwyczaić się do częstego pisania. Uczyli mnie tego nawet na studiach. Problem chyba jednak w tym, że u mnie zmieniły się priorytety. Blog stał się takim dodatkiem do codziennego życia. Lubię pisać, lubię wrzucać posty, dzielić się czymś z innymi i szukać fajnych rzeczy na innych blogach. Ale też wiem, że jak mam za dużo na głowie, to zwyczajnie muszę odpuścić. Posiedzieć z moim chłopakiem; spędzić z nim czas; żyć, a nie tylko siedzieć w necie. Chociaż fajne jest to, co mówisz – to wykorzystywanie okazji na blogowanie.

Ania: Ja teraz działam na pełnych obrotach, ale pewnie kiedyś zwolnię. Potrafię wykorzystać czas, który mi daje los. U Ciebie chyba jest tak, że już mieszkacie razem. Dobrze pamiętam? Ja tak nie mam, nawet moi znajomi są z innej miejscowości. Pewnie dlatego mam tyle czasu na bloga.

Magda: Oficjalnie jeszcze ze sobą nie mieszkamy, chociaż nie ma co ukrywać, że odkąd wróciłam z Warszawy w czerwcu, to w domu spałam zaledwie kilka razy. I może faktycznie chodzi o to, że ja mam teraz do roboty coś innego. Mam z kim spędzić czas, mam czym się zająć. Na blogu nie siedzę już tyle godzin, bo zwyczajnie zabrakłoby mi na wszystko doby.  

Ania: Przypuszczam, że u mnie byłoby identycznie. Gdybyśmy razem mieszkali, mieli dodatkowe obowiązki, to byłoby mniej czasu na to blogowanie. Tym bardziej, gdybym wciąż tyle pracowała i wracała koło 19 do domu.

Magda: Ale, ale! Nie tylko obowiązki, ale i przyjemności! Mieszkanie razem, to mnóstwo fajnych chwil, nie tylko sprzątanie czy mycie garów. Odbiegając jednak od tego tematu, chciałabym podpytać, jak to było u Ciebie ze studiami. Łączyłaś je z pracą?  

Ania: Nawet nie wiem, czy by mi się chciało. Jestem leniem, jeśli chodzi o naukę w szkole, mimo że dość szybko przyswajam wiedzę. Nie studiowałam i nie wiem, jakby to było łączyć naukę z pracą. Chociaż z drugiej strony to od 14 roku życia coś robiłam. Najpierw ulotki, potem praca hostessy. Ty zresztą też wiesz, jak to wygląda, bo robiłaś to samo. Łączyłam pracę ze szkołą i wiem, że jest ciężko. Ale mam chyba jakieś wrodzone ADHD i nie umiem usiedzieć na miejscu.

Magda: Ale wcześnie! Ja zaczynałam zarabiać przy zbieraniu latem owoców. Nie wiem jednak, czy miałam wtedy te 14 lat. Chyba trochę więcej. Tę pracę jednak miło wspominam, bo chociaż fizyczna, to nie można było się nudzić, tym bardziej, że zwykle jeździłam z rodzeństwem. A co do samych studiów, to ja robiąc je dziennie i próbując pracować, mogę powiedzieć, że jest ciężko. Tym bardziej, gdy próbuje się samemu zarobić na czynsz, bilety, jedzenie. Czasami to człowiek wraca i nie ma siły wstać.

Ania: No właśnie myślę, że trudno to połączyć. Tym bardziej, że to studia dzienne i te wykłady, między którymi może być kilka godzin przerwy…

Magda: Nie jest łatwo, ale każdemu polecam spróbować. Na pewno nie chciałabym przesiedzieć na studiach i nie zarobić nawet grosza. Teraz, jeśli mam być szczera, prędzej zrezygnowałabym ze studiów niż z zarobku. Mogłabym nawet wciąż męczyć się z hostessowaniem, ale pieniądz musiałby jakiś być. 

Ania: Z pracą i studiami to jest taki problem, że często sami pracodawcy nie wiedzą, czego chcą od pracownika. Szukają studentów dyspozycyjnych w weekendy i tylko z grupy tych, którzy studiują zaocznie. I jak taki student zaoczny ma wtedy przyjść do pracy skoro ma zjazdy? To już chyba powinni zatrudniać tych dziennych…

Magda: Ja jak szukałam pracy niedaleko moich rodzinnych stron, to wiecznie było, że szukają tylko studentów zaocznych. Jak mówiłam, że zaczynam w październiku studia dzienne, to tylko z uśmiechem kiwali głowami, mówiąc, że w takim razie nie mogą pomóc. I co miałam zrobić? Dać za wygraną i się męczyć w wieku 20 kilku lat nie zarabiając, czy przeprowadzić się do wielkiego miasta i tam szukać czegoś dla siebie? Wyprowadziłam się do Warszawy, pracowałam jako hostessa i jakoś mi to leciało. Było ciężko, ale zarabiałam. Teraz mogę nawet do tej Warszawy dojeżdżać godzinę byleby nie siedzieć na dupsku bez kasy.

Ania: A co powiesz o tych, którzy chcą zatrudnić młodych ludzi – tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z pracą – a w ogłoszeniu podają, że szukają kogoś z doświadczeniem? I to np. 2-3 letnim? Kiedy Ci ludzie mieli zdobyć to doświadczenie, skoro siedzieli w ławce w szkole?

Magda: Hahaha tak! Jak to mnie śmieszy! Co prawda nie ma tu powodu do tego, żeby się śmiać, bo to jest smutne, ale z drugiej strony - jakim trzeba być ignorantem, żeby szukać młodych ludzi i pytać ich o doświadczenie zawodowe?

Ania: Tak niestety jest. Albo biorą kogoś na dwutygodniowy okres próbny i „cześć”. Jednego wyrzucają, a zatrudniają kolejnego i koło się kręci. Na szczęście teraz jest obowiązek rejestracji takiej osoby po 7 dniach.

Magda: O proszę. Nad tym się nie zastanawiałam, ale może coś w tym jest. W końcu to dla nich tania siła robocza. A do tego jeszcze te wszystkie darmowe praktyki i staże. Ręce mi po prostu opadają.

Ania: Praktyki to kolejna forma wykorzystywania młodych. Szkoły zawodowe robią dokładnie to samo.

Magda: Nic mi o tym nie mów. Jak sobie pomyślę, że teraz, mając te 22 lata i chęć zarabiania pieniędzy, mam poświęcić miesiąc (miesiąc!) na bezpłatne praktyki, to aż mnie krew zalewa. I co ja z tego będę miała? Miesiąc do tyłu, jeśli chodzi o gotówkę. A przecież wakacje to idealny moment, żeby złapać się dorywczej pracy i zarobić choćby na jakiś wyjazd.

Ania: To jest smutne. Tym bardziej, że na tych praktykach i tak nic się nie robi. Biorą np. taką fryzjerkę, która powinna uczyć się zawodu, a zamiast tego, zamiata ścięte wcześniej przez inną osobę włosy, robi kawę, idzie po śniadanie dla szefowej. Ogólnie jest to takie „przynieś, podaj, pozamiataj”. Dlatego też pracodawcy wymagają dodatkowych kursów, za które musisz zapłacić.

Magda: Daj spokój, Ania! Jak oglądałam to „Ostre cięcie” to byłam w szoku, że ktoś może być na stażu czy praktykach w salonie od kilku lat, a nożyczek nie potrafi w ręce trzymać. Bo przez ten czas, nikt nie wymagał i nie widział potrzeby, żeby uczyć. A potem takie osoby szukają pracy i gdzie ją dostaną, skoro nic nie potrafią? Albo zostaną przyjęte i klienci wychodzą z płaczem, bo ktoś im zrobił jeszcze gorszą fryzurę niż mieli wcześniej…

Ania: A do tego wszystkiego dziewczyny często dostają grosze za praktyki. Znam takie, które na tydzień dostawały po 80 złotych. To czysty wyzysk.

Magda: Pewnie że tak, chociaż to i tak dobrze, że w ogóle coś dostawały. Ja słyszałam o takich przypadkach, gdzie firmy chciały, żeby to im płacić za to, że cię przyjmą i czegoś nauczą. To jest dopiero coś nieprawdopodobnego. Dlatego też człowiek całe życie kombinuje, żeby jakoś to sobie ogarnąć. Jak łączyć te studia z pracą?

Ania: Ja jestem cały czas na pełnych obrotach. Gdyby jeszcze do tego wszystkiego doszłaby mi szkoła, to bym nie wyrobiła. W tygodniu przepracowuje ok. 63 godzin. Kiedy miałabym jeszcze znaleźć czas na studia skoro ledwo znajduję go dla siebie?

Magda: Ja teraz nadrabiam pracą w weekendy, chociaż przeklinam to za każdym razem, gdy tam idę. Sobota i niedziela to czas, kiedy powinno się odpoczywać po tygodniowych zawirowaniach. Wiem jednak, że i Ty masz pracującą sobotę. Nie wiem, jak Ty znajdujesz na to siły.

Ania: Pewnie przestanę tak tyrać, jak wyjdę na prostą. Kiedyś pracowałam mniej, ale musiałam zmienić koleżankę, która poszła na macierzyński. W sklepie zostałam sama.

Magda: Najważniejsze to znać umiar i będzie dobrze. Ale rozumiem Twoją chęć zarobienia jak najwięcej, żeby sobie odłożyć. Ja mam teraz więcej wydatków niż pieniędzy i jakoś muszę sobie umieć odmówić niektórych rzeczy. Mam nadzieję, że to się w końcu zmieni. Gdyby nie mój chłopak i rodzina, u której jeszcze mogę się zapożyczyć, to nie wiem, co by ze mną było. Pewnie już bym nie studiowała.

Ania: Ja teraz pracuje w sklepie spożywczym, podaje towar przez okienko, jak w barze szybkiej obsługi. Nie jest ciężko, jak widzisz, mam czas dla siebie w tej pracy, mogę sobie z Tobą pisać. Najgorzej jest jednak zimą, gdy w takim sklepie jest jakieś 8 stopni i ręce zamarzają. Ale chociaż mi za to płacą. Ty pewnie masz gorzej zarobić i odłożyć.

Magda: O odkładaniu w moim przypadku na razie nie ma mowy. Ledwo wiąże koniec z końcem i jak mówiłam wcześniej – ciężko mi znaleźć na cokolwiek  czas. Z autopsji wiem, jak to jest pracować w zimnie. Sama mam tak samo. Postronny człowiek nawet nie wie, jak zesztywniałym można wtedy wyjść po 8 godzinach w pracy.  

Ania: Przynajmniej jesteś zahartowana, haha. Zapytam jeszcze na koniec, jak się zaopatrujesz na to, że sklepy w niedziele mają być zamknięte?

Magda: Tym lepiej dla pracujących ludzi… Ja jak nie chcę pracować w niedziele, to do pracy nie idę. Niektórzy nie mają takiego wyboru. Prywatne sklepy i tak będą otwarte, więc po co mają być otwarte jeszcze te wielkie molochy? Dajmy zarobić mniejszym. Wiem, że jest wielka dyskusja na temat tego, że przecież kiedy ktoś zrobi zakupy, skoro w pozostałe 6 dni nie ma czasu? Bez przesady. Z doświadczenia wiem, że w niedziele ludzie chodzą do sklepu na spacer, bo nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Dlatego ten argument do mnie nie przemawia.

Ania: Dokładnie! Może wreszcie te osoby ruszą tyłki i pójdą z dziećmi na spacer do parku albo do kina, a nie robią im rozrywkę i po kilka pierdół lecą do sklepu. Ludzie się rzucają, że nie mają kiedy zrobić zakupów? Pieprz*nie głupot. Ja po tylu godzinach w pracy mam czas iść do mięsnego czy zoologicznego i nie widzę problemu.

Magda: Pewnie, że tak. Dla większości niedziela to po prostu taki dodatkowy dzień i wiedzą, że sklep jest otwarty, więc do niego idą. Ja tam wolę poświęcić na to czas w tygodniu, a nie lecieć specjalnie w niedzielę. Może teraz jak to się zmieni, to więcej będzie ludzi na świeżym powietrzu.

Ania: I więcej czasu dla siebie!

PHOTOS: pexels.com


Co można napisać o książce, o której napisano już chyba wszystko? Prawdę mówiąc – raczej niewiele. Nawet ja przyznaję, że nie ma sensu pisanie recenzji o powieściach, które wyszły dawno temu i zostały przemaglowane na wszystkie możliwe strony. Ale, ale! Są jednak opowieści, które zostawiają człowieka w takim stanie, że po prostu nie może przejść obok nich obojętnie i coś jednak napisać o nich musi. Ja nie mogę chociaż słowem nie wspomnieć o tym, jak fantastyczną trylogią było „Millenium” Larsonna Stiega. Nie zamierzam jednak tworzyć tutaj recenzji jego trzech książek. Znajdziecie ich mnóstwo w internecie, a może nawet sami czytaliście te pozycje. Mogę jednak Wam wprost napisać dlaczego warto sięgnąć po: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, „Dziewczyna, która igrała z ogniem” i „Zamek z piasku, który runął” i to jest właśnie mój plan na dzisiaj. Oto 10 moich subiektywnych opinii na temat tego, dlaczego musicie przeczytać te książki!

TRYLOGIA „MILLENIUM” – DLACZEGO KONIECZNIE MUSISZ JĄ PRZECZYTAĆ

Raz
Ostatnie książki, jakie czytałam to te dotyczące celebrytów, blogów, reklamy i sposobów wywierania wpływu na ludziach, które posłużyły mi do napisania mojego licencjatu. Na zwykłe powieści ani nie miałam czasu, ani potem – przez dłuższy czas – ochoty. W końcu w krótkim czasie naczytałam się wystarczająco dużo poradników i książek naukowych, żeby mieć jeszcze siły na zerkanie do innych lektur. Moje lenistwo czytelnicze skończyło się jednak we wrześniu, kiedy to wypożyczyłam w bibliotece „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”, a potem tak się wciągnęłam, że w niecały miesiąc pochłonęłam ok. 2 tysięcy stron, które ma cała ta saga. I powiem Wam tak: nie żałuję, ani jednej minuty z tą książką, przykro mi za to, że się skończyła, bo tak wciągała, że czytałam nawet w pociągu, w którym zwykle to ja sobie śpię.

Dwa
Lisbeth. Nie spodziewałam się, że jakaś postać w książce może zainteresować mnie tak bardzo jak ona. Skandynawski twórca tego kryminału sprawił, że z każdą kolejną stroną coraz bardziej lubiłam tę ekscentryczną osobę, która zawsze stawia na swoim i potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji, chociaż z prawnego punktu widzenia jest osobą ubezwłasnowolnioną. Żal mi było jej w trzeciej części, kiedy to toczył się wobec niej proces sądowy, ale w głębi duszy wiedziałam, że sobie jakoś poradzi. A w szczególności to, że pomoże jej ten dziwaczny dziennikarz Blomkvist.

Trzy
Bo nie mam pojęcia, dlaczego kobiety tak bardzo lecą na Mikaela Blomkvista. Dla mnie to jedna wielka niewiadoma i przez całą tę trylogię zastanawiałam się, jak to możliwe, że wylądował w łóżku z kolejną z nich i uwiódł następną. Naprawdę, to ciekawa postać, dobrze zarysowana i świetnie znająca się na swoim dziennikarskim fachu, ale co on takiego ma, że kobiety dosłownie niemal ślinią się na jego widok?

Cztery
Kiedyś bałam się kryminałów, bo w końcu tyle zła się dzieje na świecie, że ciężko sobie wyobrazić czytanie o tym jeszcze w książkach. W końcu jednak doszłam do wniosku, że niczego nie stracę jeśli nie spróbuję i tak właśnie się wciągnęłam. Nie będę jednak kłamała – żaden kryminał nie miał w zanadrzu tylu wątków i zwrotów akcji co „Millenium”. Morderstwa, dziwne zaginięcia, tajemnice, kłamstwa, intrygi czy romanse. Tego jest tyle, że czasami po prostu nie sposób ogarnąć, co się wydarzy za kilka stron, a już tym bardziej ciężko jest rozwikłać te opisywane zagadki. Jednym słowem: super!

Pięć
Nauczyłam się jakiś czas temu, że zbyt dużo jest książek, a zbyt mało czasu, żeby czytać te, które się nam nie podobają. Dlatego też teraz nie mam skrupułów przed tym, żeby odłożyć książkę, jeśli nie mogę jej czytać, bo od wielkości czcionki bolą mnie oczy. Albo wtedy, gdy czytam 20 stronę, a i tak nie wiem, o co w tej powieści chodzi. A już tym bardziej wtedy, gdy książka jest tak źle zredagowana i ogólnie – napisana, że serce boli mniej od nadmiaru byków. Czasami po prostu czytanie nie idzie, bo to nie mój styl, bo męczą mnie układane przez autora zdania i nie podoba mi się jego maniera tworzenia jakichś zwrotów. Książki takiej staram się nie czytać, bo jak wspomniałam wcześniej – szkoda czasu się z nią męczyć.
W przypadku „Millenium” polubiłam się ze stylem autora od samego początku. Pisał tak, że chciało się to czytać dalej i zagłębiać w historię jeszcze mocniej. Stieg ma bardzo fajny, luźny styl opowiadania i to zdecydowanie przełożyło się na to, jak świetną książką jest choćby „Dziewczyna, która igrała z ogniem”. Dla mnie to rewelacja i polecam każdemu brać z niego przykład.

Sześć
Autor świetnie gra również na emocjach odbiorców, pisząc wprost o rzeczach, które mogą go zaboleć, zranić, wywołać niesmak, litość lub współczucie. W dodatku świetnie rysuje każdą z osób. Wiemy o nich wystarczająco dużo, żeby domyślać się, jacy są i co w danej sytuacji mogą zrobić, a z drugiej strony, ciągle są dla nas tajemnicą. Możemy się z nimi utożsamiać, możemy ich nienawidzić albo z każdym kolejnym rozdziałem bardziej polubić. W każdym razie – postaci jest dużo, są one różne, mają własne przekonania i charakterystyczne zachowania. Ale są opisani w taki sposób, że nie nudzą i nie są kalką samych siebie.

Siedem
Z dziennikarskiego punktu widzenia – fajnie było czytać książce o tym, że media to naprawdę czwarta władza i są w stanie wykryć rzeczy, do których nikt wcześniej nie dotarł. Tym samym odwracają znany dotąd świat – w tym wypadku Szwecję – do góry nogami. Gazeta Mikaela o tym samym tytule co trylogia, czyli „Millenium”, dokopała się do prawdy zarówno o tym, jak pracował Wennerstrom, jak i o tym, że nawet największe szychy państwa, zamieszane są po części w handel żywym towarem. Czy to nie powód do tego, żeby zagłębić się wygodnie w fotel i z uśmiechem na twarzy śledzić ich poczytania w wykrywaniu prawdy, ucząc się jednocześnie, że czasami etyka zawodowa mówi jedno, a prawdy moralne drugie.

Osiem
Chociaż „Millenium” to kryminał, jak w każdej dobrej książce nie zabrakło tam wątków miłosnych, chociaż uprzedzając pytania: nie, Lisbeth nie zwiąże się na poważnie z Mikaelem. Szczerze to nawet ich razem nie widzę. On podrywacz, ona ekscentryczna kobieta, która lubi panować nad swoim życiem i chodzić własnymi ścieżkami. No nie bardzo!

Dziewięć
Hedestad – mała wysepka zamieszkała przez rodzinę Vangerów. Miejsce, w którym w 1966 roku ginie nastoletnia Harriet Vanger. Ślad po niej ginie, chociaż cała rodzina, próbuję ją znaleźć, żywą czy martwą. A w końcu tylko jej wuj Henrik Vanger probuje ją odszukać. Po wielu latach, które nie przynoszą żadnych nowych informacji, zatrudnia od Mikaela Blomkvista do pomocy, a ten – wbrew przeciwnościom losu – odkrywa tajemnice Hedestad. Czy to nie jest wystarczająca zachęta do tego, aby przeczytać tę książkę? W końcu kto by się nie chciał dowiedzieć, co się stało z nastolatką z bardzo wpływowej rodziny, której szukała cała masa ludzi, a ona przepadła jak kamień w wodę?

Dziesięć
Ja, czytając zawsze mam jakieś pomysły co do tego, co mogło się wydarzyć w danej chwili. Problem jednak w tym, że często mi się nie udaje. Jest to oczywiście dobra rzecz, bo oznacza, że autor nie myśli szablonowo i potrafi zaskakiwać. Nie inaczej było ze Stiegiem Larssonem, który stworzył historię, której nie potrafiłam rozwikłać. Chociaż czasami byłam bardzo blisko.

Co Wam zatem mogę doradzić? Przeczytajcie sami i spróbujcie swoich możliwości. Dla mnie to świetna książką, którą nie tyle przeczytałam, a niemalże ją wchłonęłam. Kolejne części były tylko lepsze od poprzednich i mam cichą nadzieję, że autor jednak kiedyś może napisze część czwartą, żebyśmy wszyscy mogli zobaczyć, co tam w „Millenium”, co u Lisbeth i Mikaela. 

PHOTO: pexels.com


Planuję to już od ponad roku, ale do tej pory, nie było na to czasu. Praca, studia, obrona tytułu, życie. A do tego czas, który chciałam spędzić z moim chłopakiem i cieszyć się nim tak, jak tylko można. Projekt poszedł w odstawkę, blog w pewnym momencie też. Postanowiłam jednak, że zrobię to teraz. W końcu, czy to nie zima jest najlepszym czasem na czytanie fajnych rzeczy w internecie?

WRAZ  Z INNYMI BLOGERAMI, ZROBIĘ DLA WAS CIEKAWY PROJEKT

Na drugim roku studiów, w ramach zaliczenia na zajęcia, zaczęłam tworzyć „Blogerskie pitu-pitu”, czyli rozmowy z blogerami. Takim też sposobem, na moim blogu zaczęły co tydzień lądować nowe wpisy, w których kolejni fajni internetowi twórcy, dokładali swoją cegiełkę i pomagali mi stworzyć projekt. Projekt, który z jednej strony miał być formą zaliczenia ćwiczeń, z drugiej – świetną lekturą dla Was.
            Rozmowy, czasami spontaniczne, w końcu musiały powstawać w ciągu zaledwie 7 dni (a to przecież nie tylko sama rozmowa, ale i korekta, edycja, akceptacja przez mojego rozmówcę i ewentualne poprawki). Często było to ściganie się z czasem tak, aby ten post wylądował przed deadlinem na moim blogu. Bywało ciężko, chociaż nie ukrywam – to była fajna zabawa i dla mnie, i dla Was.
            W ciągu kilku miesięcy udało mi się porozmawiać z 13 blogerami i stworzyć w ramach tego 12 rozmów. Było o sporcie, motywacji, muzyce, blogowaniu, o modzie, a nawet o facetach. Nie było łatwo. Ten projekt wymagał ode mnie determinacji i mnóstwa zaangażowania. I czasu. Czas odgrywał wielką rolę. Mimo wszystko wiem, że było warto i już wtedy – opowiadając na zajęciach o tym przedsięwzięciu – wiedziałam, że prędzej czy później do tego wrócę. I tak właśnie się dzieje.

Pierwszy etap: zorganizować czas
            Znając już swoje możliwości i zdając sobie sprawę z tego, ile tak naprawdę godzin musiałam spędzić na jednej takiej rozmowie wtedy, wiem już, że muszę pisać z wielkim wyprzedzeniem. Pośpiech w wypadku takich rzeczy absolutnie nie jest wskazany. Wiem to, bo chociaż staram się jak mogłam, pewnych rzeczy nie mogłam dwa lata temu zrobić lepiej. Po prostu nie było już na to czasu, bo a to późno się z kimś zgadałam, a to rozmowa trwała dłużej niż myślałam, a to coś mi znowu wypadło i opóźniła się moja praca nad redakcją tekstu. Uwag do tego, co mogłabym poprawić, miałam wiele. Dlatego też teraz – tworząc ten sam projekt, będę starała się tworzyć taką rozmowę znacznie wcześniej, żeby mieć wystarczająco dużo czasu na poprawki, które są po prostu nieuniknione.

Drugi etap: znaleźć odpowiednich blogerów
            Wbrew pozorom – to również jest żmudna praca. Jakiś czas temu rozmawiałam z Kamilą (pozdrawiam!), która zaproponowała mi, żebym zrobiła serię wywiadów z dziewczynami z Instagrama. I wiecie co? Chociaż bardzo ciekawa nowych wyzwań, musiałam jednak spojrzeć na to trzeźwym okiem i sama przed sobą wyznać, że chyba na razie, to nie wypali. Najzwyczajniej w świecie, nie miałam pojęcia, czy da radę rozmawiać z tymi dziewczynami. Szkopuł polegał na tym, że nie było wielkiej możliwości sprawdzić, jak bardzo są rozgadane i czy mają w ogóle coś do powiedzenia. Bałam się i stwierdziłam, że jeśli już mam wprowadzać jakieś rozmowy na bloga, to z kimś, kto na pewno będzie w stanie mi sporo opowiedzieć. Dlatego też po raz drugi zostałam przy blogerach. Wiedziałam, że gdzie indziej nie będę miała takiej kopalni wiedzy o kimkolwiek. Przecież to twórcy swoich stron, na których publikują coraz to nowe teksty! Tutaj musiałam znaleźć takich ludzi, którzy będą na tyle wygadani i chętni na współpracę, że zgodzą się wziąć udział w „Blogerskim pitu-pitu”.
            Pozostało zatem znaleźć te blogowe perełki, które będą miały coś fajnego do powiedzenia i z którymi współpraca, będzie nie tyle pracą, co przyjemnością.
            Na chwilę obecną, mam już kilku blogerów, z którymi powoli rozmawiam albo na te rozmowy się umawiam. I nie mogę się doczekać, aż w końcu opublikuję coś nowego na blogu! Ale zanim publikacja, trzeba spełnić warunki, które stawiam i przed moimi blogerami, i przed samą sobą.

Etap trzeci: postawić warunki
            Już dwa lata temu zakładałam, że nie chcę w tym projekcie wywiadów. Chcę tak normalnie, po koleżeńsku porozmawiać z ludźmi, którzy tworzą do internetu, tak jak ja. Miałam zamiar poruszać z nimi tematy, które będą ich interesowały, które zainteresują mnie i będą ciekawe dla czytelników. Chciałam, żeby dali w tej rozmowie coś od siebie, żeby mnie wciągnęli do swojego świata i nie tylko odpowiadali na pytania, ale również – żeby potrafili je zadać. Mam zastrzeżenia co do tego, jak to wyglądało w pierwszej edycji „Blogerskiego pitu-pitu”, ale jak pisałam wyżej – dużo było roboty, mało czasu. Nie wszystko wyszło tak, jak chciałam, dlatego teraz jest moment, kiedy mogę ten projekt zrobić znacznie lepiej.
            Prosiłam także o wybór tematu. Ponieważ nie ograniczam się w tych rozmowach na konkretnym zagadnieniu (chociaż nie wiem, czy to rozsądne), daję absolutną dowolność w tworzeniu. Pod warunkiem oczywiście, że będę w stanie na jakiś temat pisać i nie będzie to odgrzewanym kotletem. Ot, ciekawa lektura dla ludzi po drugiej stronie. Na chwilę obecną wiem, że będzie o drugich połówkach; o łączeniu pracy z życiem, rodziną czy studiami; o świętach w Hiszpanii i zakupowym szaleństwie w Ameryce. Co dalej: czas pokaże.

Etap czwarty: publikować
            A przed tym sprawdzić, przeredagować, dać do autoryzacji, poprawić i kliknąć „publikuj”. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, cały projekt ruszy już na początku grudnia, a posty będą ukazywały się co tydzień. Nie mogę zagwarantować, że zawsze tak będzie, ale będę się starała, żebyście w zimowe piątku mieli co czytać.
            I takie są właśnie moje plany. Zapowiada się sporo pracy. Mam nadzieję, że poza rozmowami uda mi się publikować normalne teksty, które będę wrzucała innego dnia tygodnia. Oby się udało! Postaram się coś wymyślić i w razie zmian, będę informowała na moim fanpage’u na Facebooku.
            Dajcie znać co myślicie o tym projekcie i o czym byście chcieli poczytać! A jeśli macie ochotę zobaczyć poprzednią edycję, to koniecznie kliknijcie w zakładkę "Blogerskie pitu-pitu"!


Jest listopad. Niemalże jego połowa. Chociaż mam wrażenie, że jeszcze wczoraj to był Dzień Wszystkich Świętych. Jest już jednak 11 i na dobre zagościła u nas aura świąteczna. W sklepach słodycze mają już opakowania w Mikołaje, a na ulicach wieszają kolorowe lampki. I chociaż cały ten przedświąteczny rozgardiasz, zaczynający się w listopadzie, trochę mnie śmieszy, tak nie śmieszy mnie fakt, że od kilku tygodniu ludzie już mają zaklepanego Sylwestra.
O tym dlaczego tak jest, przeczytacie w tym poście.

JEDNAK POJADĘ W TYM ROKU W BIESZCZADY!

77. Dokładnie do tylu osób dzwoniłam w sprawie noclegu w okresie sylwestrowym w naszych polskich Bieszczadach. Rozmowy zwykle trwały 30 sekund i wyglądały w ten sposób, że mówiłam „dzień dobry” i po kolejnym pytaniu – o nocleg – odkładałam słuchawkę. Pomyślicie sobie: no nieźle, ma dziewczyna wymagania! Pewnie wymyśla głupoty, a potem się dziwi, że nic nie mogła znaleźć. Cóż! Prawda jest taka, że jedynym wymaganiem moim, mojego chłopaka i moich znajomych było to, żeby to były a) góry, b) we w miarę dobrej cenie i c) żeby były oddzielne 3 pokoje.
            Wielkie wymagania to nie są, jednak i tak zdążyli nas wyprzedzić inni ludzie. I to nawet z półrocznym wyprzedzeniem! Czy Wy to sobie wyobrażacie? Ustalać sobie jakieś miejsce na Sylwestra z półrocznym wyprzedzeniem? Ja tak na dobrą sprawę nie wiem, co będę robiła jutro, a co dopiero za 6 miesięcy. Kompletna masakra. Nie miałam pojęcia, że może być tak ciężko znaleźć jakikolwiek domek w górach, który będzie ciepły i za który nie zapłacimy wielu (jak to mówi mój chłopak) cebulionów. Prawda jednak wygląda inaczej i teraz nie dziwię się tym wszystkim ludziom, którzy woleli planować powitanie Nowego Roku na tyle miesięcy przed czasem. W końcu – lepiej wcześniej, niż później i tylko się zastanawiać, czy oby na pewno to wszystko się uda.
Wiele telefonów za mną, wiele nerwów za mną, obaw, że chyba jednak będzie Sylwek z Polsatem. Aż w końcu się udało. Na te 77 osób, z którymi rozmawiałam i pewnie ok. 30 wiadomości, które wysłałam z zapytaniem o nocleg, udało się zorganizować tylko jeden. Czysty absurd! Ale jednak jedziemy. I to nie byle gdzie, bo w Bieszczady!

A dlaczego to takie ważne, że to jednak Bieszczady?

            Planując sobie czas i wakacje, doszliśmy z moim chłopakiem do wniosku, że chcemy w tym roku pojechać i nad morze, i w góry. O ile z morzem nie było problemów i tylko moja obrona licencjatu nas spowalniała, tak góry okazały się dla nas nieosiągalne. Do Władysławowa pojechaliśmy pod koniec czerwca. Zorganizowaliśmy nocleg zaraz po tym, jak wiedziałam już o dacie mojej obrony. Kilka dni w pracy, żeby sobie na to wszystko zarobić i mogliśmy jechać. Góry zostawiliśmy na później, na jakiś sierpień, kiedy jeszcze będzie w miarę ciepło. Niestety ani nie pozwolił nam czas, ani praca. Plany spełzły na niczym i pożegnaliśmy myśl, że pojedziemy w Bieszczady. Najzwyczajniej w świecie – nie było kiedy.
            A chcieliśmy bardzo! Góry, bo po pierwsze: rok temu miałam w nich swój debiut, a po drugie – konkretnie Bieszczady, bo to tam pojechałam z chłopakiem, który teraz jest całkowicie mój. Sentyment zatem jest i jakoś to marzenie chcieliśmy spełnić, jednak los nam spłatał figla. Stwierdziliśmy, że może za rok.
            A potem nadarzyła się okazja, żeby pojechać w góry na Sylwestra. I już wiedzieliśmy, że raczej tego pomysłu tak szybko nie zarzucimy. Nawet przestały się liczyć konkretne góry. Jak dla mnie mogły to być nawet Karkonosze. Ważne tylko, żeby gdzieś jeszcze w tym roku pojechać i żeby świętować Nowy Rok z dala od tego miejskiego rumoru i przyziemnych spraw. Chcieliśmy w góry. I, jeśli nic się po drodze nie zdarzy i nie zmieni, to w te góry pojedziemy. Tak się nawet złożyło, że po 77 telefonach, które wykonałam, wolne okazały się właśnie Bieszczady, o których tak intensywnie myśleliśmy. Będziemy mogli jechać, dobrze się bawić i z hukiem świętować Sylwestra.
            A więc, tak – jednak jadę w tym roku w Bieszczady! I cieszę się z tego powodu jak małe dziecko, chociaż wiem, że na szlaki to my raczej nie wejdziemy. Jednak sama możliwość wyrwania się na chwilę z codzienności jest niesamowicie przyjemną perspektywą. I do tego być w tym miejscu, w którym rok temu byliśmy razem. Coś pięknego i już nie mogę się tego doczekać. Poza tym – chciałabym zobaczyć te góry o każdej możliwej porze roku. Tegoroczna jesień utwierdziła mnie w przekonaniu, że przełom września i października, będzie świetną okazją, żeby jeszcze kiedyś przejechać się na południe Polski.
           

Co z Wami? Już coś planujecie czy jak ja miałam, tak Wy nadal macie nadzieję, że znajdzie się coś bliżej tego sylwestrowego zamieszania? Ja już wiem, że Sylwestra w razie czego będę planowała na długo przed czasem!


PHOTO: Zbiory prywatne 


Jestem śpiochem i nie będę tego ukrywała. Dla mnie sen powinien trwać przynajmniej do godziny ósmej, żebym w ogóle mogła powiedzieć, że sobie pospałam. Tak jednak często nie ma, a z biegiem lat, nie ma tak praktycznie wcale. Bo studia, bo praca, bo trzeba gdzieś jechać, najlepiej z samego rana. Na szczęście są miejsca, które krótki sen mogą przedłużyć o potrzebną organizmowi drzemkę. Niestety, są też miejsca, które zdecydowanie nie nadają się do tego, żeby tam spać. I dzisiaj przed takimi miejscami przestrzegam, jednocześnie pokazując, dlaczego warto czasami się skusić. Napiszę także o tym, gdzie mi się śpi najlepiej i od razu na wstępie zapytam: jak to się sprawdza u Was?
Do dzieła!

RANKING MIEJSC, KTÓRE POWINNY (ALE W PRAKTYCE NIE MUSZĄ) GWARANTOWAĆ DOBRY SEN

Dom
Kiedyś uważałam, że moje łóżko w rodzinnym domu, to najlepsiejsze miejsce pod słońcem do tego, żeby dobrze spać. Potem zaczęły denerwować mnie pewne rzeczy. Jak ciągle włączone gdzieś w domu światła. Potem hałas, który moja rodzina robiła całkiem spory. W końcu włączone komputery, laptopy czy nawet telefony, z których korzystała siedząca w pokoju siostra. Apogeum jednak osiągnęłam, gdy moje łóżko zostało zmienione na a) węższe i b) twardsze. No od tamtej pory w domu pospać można, ale to sen raczej niespokojny i przerywany dziwnymi hałasami czy przebłyskami światła. A zapowiadało się tak dobrze! Ciepło, spokojnie i przede wszystkim – w domu.

Namiot
            Rzecz działa się w górach, a jeszcze dokładniej, podczas mojej pierwszej wycieczki w Bieszczady. Obok chłopak, który bardzo skutecznie kradł moje serce, by w końcu stać się moim kochanym misiem (kocham!). Obiecywał, że w nocy będzie zapewniał ciepło, w końcu to sierpień, w górach zimno, mokro, a ja jestem absolutnym zmarzluchem.
Ale to tylko obietnice. Koniec końców leżę sobie w bluzie, pod grubym kocem i trzęsę się z zimna. I cichaczem przysuwam się do niego bliżej, bo bije od niego takie gorąco, że nawet śpiwór, którym się odgradza, jakoś to ciepło podaje dalej. I tak skradam się bliżej, skradam, a on jak na złość ucieka coraz dalej! A ja sobie leżę; szczękam zębami; wspominam to, jak zapewniał, że tak, przecież będzie mnie grzał i przeklinam natrętnego grajka, przez którego nie mogę zmrużyć oka do 3 nad ranem, bo za każdym razem, gdy już przymykam oczy, ten zaczyna jeszcze głośniej grać na tej swojej gitarze.
            Podsumowując: nie polecam. No chyba, że jednak ktoś będzie Was grzał, tak jak obiecał (i tak Cię kocham).

Pociąg
            Jedna stacja. Jakieś 5 minut. Tyle wystarczy, żebym zapadła w nieregularny sen, przerywany nerwowym wyglądaniem za okno i zastanawianiem się, czy może nie przespałam stacji. Albo nie zaczęłam się niekontrolowanie ślinić na oczach tych wszystkich ludzi, co czasami człowiekowi może się zdarzyć, gdy przymyka oko i łapie drzemkę (no nie mówcie, że Wam się nie zdarzyło…). Jest wygodnie. Chyba, że suniemy starym rupieciem, który już dawno powinien zostać odstawiony na bocznice i nie ośmieszać polskiej kolei. Jeśli zdarzy się pociąg trochę starszy niż zazwyczaj, to sen może być jeszcze bardziej niespokojny, przerywany także głośnym warkotem, który tylko pociąg jest w stanie stworzyć. Ale drzemka to drzemka! Na takie krótkie w pociągach nie ma co narzekać, bo dobre są i te z samego rana, i te, gdy człowiek zmęczony życiem wraca do domu.

Samochód
            Jedziemy we wspomniane już Bieszczady. Podróż to długa, kilkugodzinna, w dodatku jeszcze nawet nie świta. Spać powinnam już dawno, w końcu to dzień spędzony w pracy i w pociągu, którym musiałam wrócić do domu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zasypiam w samochodzie. Chyba ku ogólnej uciesze innych, bo w końcu, jak można spać jadąc w góry? Ano, tak jak ja: oprzeć się o szybę i po prostu spać. Krótko, tyle tylko, żeby zregenerować siły. W dodatku słysząc dobiegający z głośników rap, którego jeszcze wtedy, nie za bardzo się lubiło. Samochód to jednak dobre miejsce na sen, chyba że ktoś ma chorobę lokomocyjną albo jedzie z kimś, kto prowadzi tak, jak mój ojciec.  Poza tymi przypadkami, każdy inny jest dobry na drzemkę. I nie ważne czy podróż trwa kilka godzin, czy parę minut. Nawet jadąc z moim chłopakiem kilka kilometrów, łapałam się na tym, że oczy same mi się zamykały.
To wszystko wina samochodów, bo usypiają. Wiadomo.

Komunikacja miejska
            I to nie byle jaka, bo ta warszawska. Napiszę tylko tyle: sama sobie współczuję, bo jednak tam się spać nie da, a czasami by się to przydało. W warszawskich autobusach, tramwajach czy nawet w metrze, trzeba zawsze mieć się na baczności. Nigdy bowiem, nie można czuć się na tyle bezpiecznie, żeby zamknąć oczy. Ja przynajmniej nigdy się tak nie czułam. I już nawet nie chodzi o to, że ktoś mógłby mnie podczas drzemki okraść (chociaż to niewykluczone), ale o zwykły strach przed tym, żeby nie spaść z fotela. Kierowcy bowiem jeżdżą jak wariaci. I tego się trzymajmy i zostawmy sen na inną porę.

Aula
            Nie wiem jak u Was, drodzy koledzy studenci, ale u mnie fotele na auli są bardzo wygodne. Można się spokojnie oprzeć, zapaść w ten fotel, zamknąć na chwilę oczy i jakoś tak dać się ponieść sennej atmosferze. A potem to już tylko zdjęcia koleżanek są w stanie pokazać, że serio na wykładzie się drzemało.

Warszawa
            Ponad dwa lata mieszkałam w Warszawie i trochę nocy tam przespałam. I powiem Wam tyle: było dobrze! Przede wszystkim bowiem wyeliminowane zostały czynniki, które nie pozwalały mi spokojnie spać w domu, a był to przede wszystkim hałas i palące się gdzieś światła. Poza kilkoma przypadkami oczywiście, nie można mieć zawsze tak dobrze... Całość jednak wypada spoko, bo naprawdę to miejsce i to osiedle, było na tyle spokojnie, że mogłam spać i z tego snu dobrze się korzystało.
            Ale, bo jakieś być musi, spanie w bloku latem, to istna tragedia. Gdy temperatura, nawet w nocy była kilkanaście stopni powyżej zera, to robiło się strasznie duszno, a czasami nawet tak duszno, że nie było czym oddychać. Wtedy to nic, tylko uciekać na wieś i chłodzić się w murach rodzinnego domu, który zdecydowanie duchocie nie pozwalał dostać się do środka. Współczuję tym, którzy takich ucieczek nie mogli praktykować.


W jego ramionach
            W jego ramionach, świat dookoła po prostu traci na znaczeniu. Może lać, może być mróz, wiatr albo koniec świata, ale i tak będę spała jak suseł, gdy mam go obok. Gdy tuli do siebie tak, jak nikt inny na całym świecie by nie tulił i grzeje (wreszcie!), gdy z powodu zimna cała się trzęsę. Czy może być coś lepszego niż ukochana osoba, która trzyma cię mocno w ramionach i przy której czujesz się kochana, bezpieczna, szczęśliwa i w dodatku możesz spać z nią wszędzie, a i tak będzie ci dobrze? Bo masz jego obok i tak naprawdę wszystko inne absolutnie się nie liczy? Bo jesteś w najlepszym miejscu, w którym mogłabyś się znaleźć? Dla mnie to zawsze taka ostoja, a sen wtedy jest znacznie spokojniejszy i przyjemniejszy. W końcu mam blisko moje szczęście. I mogłabym spać nawet pod gołym niebem, najważniejsze, że przy nim.
                Co tu dużo mówić: w Twoich ramionach, misiaku jest najlepiej na świecie. I mogę tak codziennie, a i tak mi się to nie znudzi. A budzić się przy Tobie, czy to o 6, czy o 10 rano – nie ważne, najważniejsze, że obok i z „kocham Cię” na początek nowego dnia. 

PHOTO: Ryan McGuire


Trzeba być mną i mieć takie szczęście jak ja, żeby wracając z wigilijnej kolacji u ciotki, przemrozić sobie ręce. A potem biec co sił w nogach do domu, gdzie mama będzie mogła rozgrzać te ręce, mocząc je pod wodą. Po dziś dzień chłód sprawia, że skóra na kostkach i palcach u dłoni po prostu pęka. Takie mam miłe wspomnienie. To jedno z pierwszych, które sprawiało, że przestałam lubić zimę. Potem było już tylko gorzej. Dlaczego nie lubię zimy? Cóż, zacznijmy może od przemarzniętych dłoni, po zmarznięte stopy, wielkie zaspy i kolejną parę butów, która do niczego się nie nadaje, bo sól zniszczyła zamsz. Fajnie, prawda? No właśnie nie, ale przynajmniej postarałam się i  znalazłam rzeczy, które pomogą mi tę zimę przetrwać. I piszę o wam o nich tutaj, żebyście się nie załamali i tak jak ja, znaleźli powody, żeby jakoś tę zimę przeżyć.

10 RZECZY, KTÓRE POMOGĄ CI PRZETRWAĆ ZIMĘ

Chłopak
            Nie ma w ogóle co się nad tym rozwodzić. Mój misiek, jak nic innego, pomaga mi przetrwać zimę. Przytula, całuje, grzeje i jest obok, gdy najbardziej tego potrzebuję. Idzie mróz, więc on sam musi się przygotować na to, że będę wykorzystywała jego ciepełko i grzała sobie zamarznięte stopy, o jego stopy, które praktycznie zawsze są gorące. Nie wiem, jak Ty to robisz misiaku, ale nie zamierzam narzekać.
            Poza tym, czy może być coś piękniejszego niż pobudka w jego ramionach i te dwa słowa, która potrafią rozbudzić i rozpalić nawet w najmroźniejszy dzień?  

Kakałko
            No błagam. Nie mówcie mi, że nie lubicie zasiąść w łóżku, pod najcieplejszą z możliwych pościeli i popijać kakao? W ogóle, czy jest na sali ktoś, kto nie lubi kakao? Ten napój zawsze smakuje dobrze, ale zimą to najlepiej!

Praca
            Wierzcie mi, nic tak nie pomaga przetrwać tej pory roku, jak brak czasu. Jak się ciągle jest w biegu i tylko: praca, studia, dom, licencjat, czas ze swoją kochaną drugą połówką, to człowiek zupełnie nie zwraca uwagi na to, który to mamy dzisiaj w kalendarzu. I nie ma też czasu na to, żeby z niecierpliwością odliczać dni, do końca kalendarzowej zimy. Dlatego też moja rada: jeśli macie coś zrobić, to róbcie to wtedy, gdy za oknem śnieg i mróz. Wtedy to i wilk syty, i owca cała. I czas zleci, i coś pożytecznego uda się zdziałać.

Blog
            Jak już wyżej wspomniałam, zimą trzeba się wziąć za robotę, żeby nie popaść w depresyjne stany. Z tego też powodu chcę jeszcze więcej uwagi poświęcić blogowi, bo kiedy będzie lepsza pora, jak nie zimą właśnie? Sami dobrze wiecie, że czasami jest mnóstwo pomysłów na bloga, ale kompletnie nie ma czasu na to, żeby je wszystkie spisać. A zima co nam daje? Mnóstwo czasu, szybciej zapadające ciemności i zdecydowanie mniejszą chęć na to, żeby wyściubić nos na podwórko. Dlatego warto wtedy zacząć pisać! Nie ma rozpraszaczy, które będą Was od tego odciągać.
            A jeśli nie piszecie bloga, to kiedy jak nie zimą, będzie najlepszy czas na to, żeby blogi czytać?

Podróże
            małe i duże. Zimą to raczej te małe, krótkie. Takie tylko przejście spacerkiem kilka kilometrów, żeby totalnie nie zapomnieć, do czego się używa nóg. Na dłużej nie polecam wystawiać dupska zza drzwi, bo się zaziębić można i w ogóle to takie jest… nieprzyjemne i niepotrzebne. Krótki spacer? Oczywiście. Ale dłuższe spacery? Ja to sobie je wolę zostawić na wiosnę.

Swetry, bluzy, golfy
            No ja co prawda golfów nie lubię, ale może są tacy, którzy chomikują je w swojej szafie. Mnie one zawsze doprowadzały do szaleństwa. W każdym razie, najważniejsze jest to, żeby było ciepło! Więc zimą nie może zabraknąć wszystkiego tego, co grzeje, wtedy, gdy trzeba wyjść na zewnątrz, a tam -15 stopni i ani śladu po naszym chłopaku, który przytuliłby i całym sobą rozgrzał. Swetry i bluzy to taki must have tej pory roku. A im człowiek starszy, tym bardziej dba o to, żeby nie tylko wyglądać ładnie, ale też żeby nie zamarznąć. A jak jeszcze do tego dojdą bóle nerek (u mnie, u mnie!), gdy się je wystawi na zbyt duże zimno, to można polubić nawet ubieranie się na cebulkę.

Ruch
            Nie wiem, jak Wy, ale ja na przykład najchętniej przespałabym całą zimę (no może poza Gwiazdką) i obudziła się dopiero wtedy, gdy drzewa zaczną wydawać pierwsze pączki, a ptaki będą wracały z ciepłych krajów. Nie ma jednak takiej możliwości, więc człowiek tak siedzi i siedzi, i w sumie to nic z tego nie wynika. Z tego też powodu proponuję wdrożyć w swoje życie więcej ruchu. Jakieś przysiady, cardio, podnoszenie paczek mąki, z której potem można ulepić pierogi. Dlaczego nie przejść przez tę zimę z powerem i zrobić coś dla siebie, zamiast siedzieć, smutać i jeść?

Kremy i maści
            Na samym początku pisałam, że przymroziłam sobie kiedyś ręce, a przez to one do dzisiaj bardzo cierpią, gdy tylko zrobi się chłodniej. Stąd też na mojej liście nie mogło zabraknąć kremów i maści wszelkiego rodzaju, które pomogą chronić moje ręce przed skutkami mrozu i chłodnego powietrza. Wam również polecam takie zabezpieczenia i przestrzegam: zakładajcie rękawiczki, żeby Wam skóra nie pękała tak, jak mi i żebyście nie musieli krzywić się za każdym razem, gdy dłonie mają kontakt z gorącą wodą.

Film, serial, bajka albo dobra książka
            Wyobrażacie to sobie: szybko zapadający zmierz i śnieg skrzypiący pod stopami, który przemierzacie jak najszybciej, żeby dostać się do nagrzanego pokoju, wpaść pod kołdrę i nie wychodzić spod niej, chyba że do łazienki albo do kuchni. W tle jakiś dobry film czy serial, który możecie oglądać razem ze swoją drugą połówką, przytulając się do niej mocno i marząc o tym, żeby następnego dnia była sobota czy niedziela, dzięki czemu nie musielibyście wychodzić z domu. Albo wieczór sam na sam z jakąś dobrą książką, gdy wasz partner uprawia w tym czasie jakąś swoją ulubioną rozrywkę. To byłby dobrze spędzony zimowy wieczór.

Kocyk
            Jak to mówią: last but not least – kocyk. Zimy bez grubego, ciepłego koca po prostu nie da się przeżyć. Albo chociaż bez ciepłej kołdry, która będzie Was wołała do siebie, gdy tylko wejdziecie do swojego pokoju i nie będzie chciała puścić rano, gdy będziecie zmuszeni wstać do szkoły czy pracy. Taki już jest jej urok i magiczne właściwości.


A Wam co pomaga przetrwać zimę? Jak sobie radzicie z tym, że już teraz czuć bardzo chłodne podmuchy wiatru wkradające się pod kurtki?