Minął rok odkąd się poznaliśmy, a już niedługo minie rok odkąd jesteśmy razem. I chociaż - jak sam zauważyłeś - trudno tutaj o konkretną datę, to i tak czekam na ten moment z niecierpliwością. Pewnie łatwiej byłoby, gdyby ktoś kogoś zapytał, czy chciałby świętować razem z nim kolejne wspólne tygodnie, miesiące i lata. Prościej byłoby ustalić, jaki dzień był tym pierwszym, kiedy wiadomo było, że tutaj, w tej chwili zaczęliśmy. Wyszło nam jednak coś innego, naturalną ścieżką poszliśmy w swoją stronę i cieszę się, że Cię do tego ciągnęłam.

Myślę, że w końcu znajdziemy sobie ten jeden dzień, kiedy to wszystko nam się zaczęło albo chociaż pójdziemy na kompromis i stwierdzimy, że tak, to jest ta chwila, ale póki co, mamy co mamy. Co nie znaczy, że nie możemy jakoś tego uczcić. Któregoś dnia, niedługo.



KOCHAM - O TYM, CO NAJWAŻNIEJSZE W ŻYCIU

Mija nam rok kochanie, a ja ciągle uśmiecham się na wspomnienie tego, jak - niczym kozica - skakałeś po bieszczadzkich górach, a ja w tym czasie miałam wrażenie, że zaraz wyzionę ducha. Lubię sobie wspominać, jak pierwszy raz podałeś mi rękę. Po to, aby pomóc mi wspiąć się na stroną górę. Potem podawałeś mi ją częściej, nie tylko po to, żeby pomóc mi wejść na szczyty, ale także, żebym mogła spokojnie zejść z górki. Podawałeś mi tę rękę, bo bez Twojego oparcia mogłabym równie dobrze zjechać z tej góry na tyłku albo skręcić kostkę… Ale wiesz co jest w tym najlepsze? To, że byłeś dla mnie oparciem już od samego początku, nawet wtedy, gdy jeszcze nie byliśmy razem, i wciąż mnie wspierasz. Nie tylko trzymasz za rękę i pilnujesz, żebym nie upadła, ale także dotrzymujesz mi kroku, gdy potrzebuję Twojego wsparcia, bo mam ciężki dzień, bo się stresuję, bo zdaję sobie sprawę, że czeka mnie mnóstwo pracy. Czy wtedy, gdy troszczysz się o to, żebym coś zjadła, czy żebym sobie coś kupiła, bo doskonale wiesz, jak bardzo na sobie oszczędzam. Czy choćby wtedy, gdy przytulasz się do mnie, bo jest mi strasznie zimno, a z Tobą u boku mogę znaleźć nie tylko ciepło, ale i schronienie przed wszystkim, co mnie czeka.
Nie wiem jak Ty, ale ja bardzo lubię przebudzić się w nocy lub nam ranem i patrzeć, jak uroczo śpisz, jak spokojnie oddychasz i jak blisko jesteś. Lubię skraść pocałunek w policzek, w ramię, czy to miejsce na plecach, gdzie między łopatkami wykwita kręgosłup. A potem lubię przytulić się jeszcze bardziej, objąć mocno i zasypiać ze świadomością, że mam obok Ciebie, czyli wszystko to, co najważniejsze w życiu. Lubię też momenty, gdy zdrętwiała dziwną, senną pozycją, przekręcam się tyłem do Ciebie i słyszę jak Ty również zmieniasz pozycję, przysuwasz się bliżej, wsuwasz rękę pod moją i obejmujesz.
Wiesz kochanie, to zawsze sprawia, że cieszę się i zasypiam w poczuciu, że jestem całym Twoim światem, który tulisz do piersi i nikomu, nigdy nie oddasz.
Uwielbiam, gdy mówisz, że mnie kochasz. Że bardzo, najbardziej, że jestem Twoja. I to jak świecą się Twoje oczy, gdy mówisz, że lubisz, gdy się wtedy uśmiechem. To, jak kąciki ust podskakują Ci do góry, a te Twoje brązowe tęczówki są jeszcze piękniejsze niż normalnie. Wiesz, te Twoje oczy polubiłam od razu. Ale przyznaję, że nie było trudno polubić i Ciebie, zaufać i pokochać. Wbrew temu co mówisz, masz w sobie wiele ciepła i miłości, które dajesz mi każdego dnia. Choćby wtedy, gdy przytulasz, ot tak, bez uprzedzenia, bo czujesz taką potrzebę albo chcesz mnie zaskoczyć. Albo w momencie, gdy budzisz się, otwierasz oczy i przygarniasz mnie jeszcze bliżej, mówiąc te piękne słowa, które zawsze sprawiają, że robi mi się lepiej i dzień staje się jeszcze fajniejszy. Są jeszcze chwile, gdy całujesz, mimowolnie, przelotnie i uciekasz robić dalej to, co robiłeś przed momentem. A ja tylko czekam, aż złapię Cię znowu i tym razem na pewno tak szybko nie puszczę.
Sam dobrze wiesz, że różnimy się w wielu poglądach, różne rzeczy lubimy i robimy. Ba, sam kiedyś stwierdziłeś, że nawet zupy nas dzielą, bo nie zgadzamy się co do tego, która z nich jest najlepsza. Ale powiem Ci misiu, że chyba nie o to chodzi w byciu razem, żeby mieć takie same zachcianki, ulubione smaki czy takie same pasje. W miłości chyba chodzi o to, żeby znaleźć złoty środek między tym, co lubisz Ty, a tym, co lubię ja. I żeby wspierać się nawzajem w tym, co chcemy robić, dopingować, pomagać i trzymać kciuki, żeby się udało. Chodzi też o  pielęgnowanie i pogłębianie tych wszystkich rzeczy, choćby było ich niewiele, które oboje darzymy sympatią. Tak sobie czasami myślę, że dobrze się wypełniamy. W końcu Ty mi zawsze pomożesz ze sprawami technicznymi, a ja Tobie mogę pomagać z tym wszystkim, co wymaga pisania. I tak, nawet jakbym Ci miała pomóc za te kilka lat napisać Twoją pracę dyplomową, to wiedz, że możesz na mnie liczyć. Co jak co, ale myśli w słowa, chyba ładnie potrafię ubrać.
Mam Cię od roku, trochę już za nami, ale jeszcze więcej na nas dopiero czeka. Zastanawiałeś się, ostatnio, jak to możliwe, że to już rok, że tak szybko minęło, że tyle ze mną siedzisz. Mogę Ci powiedzieć, że mi też szybko minęło tych dwanaście miesięcy, ale też to, że dobrze mi z Tobą i każdego dnia przekonuję się, że może być jeszcze lepiej. I że jestem w najlepszym miejscu na świecie, że znalazłam szczęście, wsparcie, że czuję, że z Tobą mogę przenosić te przysłowiowe góry i wyczekiwać na to, co jeszcze nam los przyniesie. I koniecznie muszę napisać, że kocham. Mocno. I każdego dnia jeszcze bardziej. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. A to daje mi nadzieję na to, że będzie nam razem dobrze przez kolejny rok i następne lata.

PS. Wiem, że kochasz i wiesz, jak bardzo lubię słodycze i dzisiaj jest ten dzień, kiedy naprawdę zjadłabym coś dobrego. Nie żebym coś insynuowała, tak tylko piszę, misiaku…

PHOTO: pexels.com




Pierwszy raz pojechałam nad morze. Wierzcie mi, cieszyłam się jak małe dziecko i tylko wyczekiwałam aż będzie widać tę nieograniczoną niczym wodę. Wyglądałam, niecierpliwiłam się, czekałam, aż w końcu zobaczyłam to, po co tam pojechaliśmy. Bałtyk. I namiastkę Helu gdzieś w oddali. Wciąż cieszyłam się jak małe dziecko. I cieszę się nadal.

O TYM, GDZIE BYŁAM I GDZIE CHĘTNIE WRÓCĘ

Minął miesiąc od naszych (moich i mojego) wakacji. Smutno się jakoś robi, gdy ktoś wspomni, że właśnie wyjeżdża. Szczególnie, gdy wyjeżdża nad morze. Albo podzieli się swoim zdjęciem z tychże wakacji. Zazdrość wbija się na najwyższe poziomy. Jednak co przeżyliśmy to nasze i nikt nam tego nie zabierze, a można śmiało powiedzieć, że w ciągu tych kilku dni przeżyliśmy całkiem sporo. Żadne z nas bowiem nie miało zamiaru przesiedzieć tygodnia nad wodą. Morze? No fajnie, ale ile można siedzieć na plaży? My siedzieliśmy krótko, ale za to sporo zwiedziliśmy i to, co zobaczyliśmy możemy Wam polecić. A trochę tego się uzbierało.

Władysławowo
            Pod wpływem wielu informacji o tym, kto był we Władysławowie, postanowiliśmy pojechać tam również my. Wybór był prosty i w sumie długo się nad tym nie rozwodziliśmy. Zarezerwowany pokój, przejrzane atrakcje, przeprowadzony wywiad środowiskowy wśród znajomych i w końcu wyjazd. Koniec końców zdecydowanie to miejsce warte polecenia. I chociaż tamtejszej plaży szczególnie nie zwiedziliśmy, robiąc objazdówkę po okolicznych miejscowościach, tak można polecić kilka miejsc, które warto zobaczyć, gdy wpadnie się do Władka. Chyba że ktoś woli leżeć plackiem na plaży, wtedy o zdanie trzeba pytać kogoś innego, bo nas pogoda nie rozpieszczała, jeśli chodzi o opalanie.
            Wieża widokowa w Domu Rybaka zrobiła chyba największe wrażenie spośród wszystkich wysokich budynków (latarni morskich), na które się wspinaliśmy. Wejście na samą górę kosztuje grosze, a widoki są naprawdę imponujące. W zestawie z podmuchami wiatru, które sprawiały, że serce stawało mi w piersi, jest to naprawdę świetna sprawa i warto się tam udać. W Domku Rybaka można również odwiedzić Muzeum Motyli czy Wystawę Magiczny Zawrót Głowy. Tam nie zaglądaliśmy, ale na wieżę koniecznie trzeba iść!

Dolina Chłapowska, a w oddali morze

            Rezerwat przyrody Słone Łąki – jak to stwierdził mój „tam przecież nic nie ma”, ale ja Wam polecę, bo można zobaczyć morze od trochę innej, dzikszej strony, która też jest fajna. Do tego możecie sobie urządzić spacer z centrum Władka i przejść się aż w to miejsce podziwiając nadmorską architekturę i długi pomost prowadzący nad wodę. Propsuję.
            Korona Himalajów znajdująca się zaraz przy Alei Gwiazd Sportu także jest punktem na mapie Władysławowa, którą koniecznie trzeba zobaczyć. Jest to sześć skalnych płyt przypominających o Polakach, którzy zdobyli ośmiotysięczniki. Przejdźcie się, bo cała aleja jest pięknie ozdobiona kwiatami, a przy okazji można posłuchać ulicznych grajków.
            Port Rybacki mój pierwszy w życiu port. Ile tam było statków! Chociaż pogoda nie przywitała nas zbyt przyjaźnie to i tak wybraliśmy się w to miejsce, robiąc sobie przebieżkę po mokrej plaży. Ja tam uważam, że było super i zdecydowanie polecam, bo w końcu – jak długo można opalać dupę nad wodą?
          Jeśli jeszcze chodzi o Władka to mój stwierdził, że koniecznie trzeba iść we Władysławowie na rybę. I do Biedry. Nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć, że się z nim zgadzam.

 Półwysep Helski
            Nasz drugi dzień nad morzem i już musieliśmy ruszyć w drogę. To naprawdę jedno z ciekawszych miejsc na Pomorzu. Zdecydowanie polecam i przejażdżkę pociągiem (jak one tam wolno jeżdżą!), i rowerem, i dłuższy spacer. My na Hel wybraliśmy się pociągiem i to było świetne, bo serio – jedziesz tą kolejką, a w pewnym momencie widzisz morze z obu stron. I tak sobie myślisz, jak to w ogóle możliwe, że to jest tak wąskie. Masakra! Ale świetnie było to przeżyć. A będąc w Helu musicie wybrać się na plażę i pozbierać muszelki. Ja mam wciąż w torebce po chusteczkach, bo nie mam pomysłu, jak je poukładać, żeby były widoczne, skoro są takie malutkie!
            Jeśli będziecie w Helu to koniecznie wejdźcie na Latarnię Morską. Zza drzew wyłania się morze i to imponujący widok, szczególnie dla kogoś, kto takie rzeczy ogląda pierwszy raz w życiu.
            Fokarium w Helu – tam próbowaliśmy zobaczyć foki, jednak  jak na złość nam się chowały i tylko przez chwilę widzieliśmy te wielkie (naprawdę, foki są wielkie) zwierzaki. Zdecydowanie lepiej pewnie byłoby wybrać się w porze karmienia, bo wyszyłyby spod wody.
            Park Wydmowy - gdzieś tam, będąc na plaży, zahaczcie i o to miejsce. Mi się podobało, a w dodatku zza wydm wychodziło do nas słońce (dosłownie), więc tym bardziej dobrze to wspominam. Polecam także Dom Morświna. My domek akurat widzieliśmy tylko od zewnątrz, ale za to mieliśmy okazję zobaczyć ryby zrobione z butelek wyrzuconych do morza. Serio – nie róbcie tego i nie wrzucajcie śmieci do wody!
Dla fanów militariów – na wybrzeżu Helskim znajdziecie Muzeum Obrony Wybrzeża i Baterie Artylerii Stałej, więc na pewno będziecie zadowoleni.
My zrobiliśmy sobie pieszą wycieczkę z Helu aż do Jastarni. Dopadła nas ulewa, a na stopie miałam odcisk, przed którym nawet moje kozackie kapcie nie mogły mnie obronić, ale warto! Może i nie ma tam zbyt wielu atrakcji, ale nadmorski las ma swój urok. Cisza, spokój, my i przyroda. A, no i deszcz. Ale nawet mimo deszczu było fajnie. 
Hel, te szarości mnie urzekły!

Jurata – to przede wszystkim Molo, które zrobiło na mnie chyba większe wrażenie niż to w Sopocie. Biało, cicho, tylko wiatr mało co głowy nie urwał. Taki już urok pogody z tamtego dnia. W tej miejscowości warto również przejść się przez deptak. On też ma swój specyficzny klimat.
Jastarnia to miejsce idealne dla wszystkich, którzy lubują się w nadmorskich sportach i sportach w ogóle. Nam już tak nogi wchodziły w dupska, że nawet nie doszliśmy do tamtego molo. Znaczy – doszliśmy, ale nie mieliśmy siły już na nie wchodzić.  14 kilometrów pokonane pieszo, litości!

            Chłapowo, Rozewie i Jastrzębia Góra
Kolejny dzień i kolejna przygoda. Tym razem trasa miała mieć jakieś 10 kilometrów w linii prostej, ale ponieważ z nas wielcy podróżnicy, to pewnie była ona o 10 kilometrów dłuższa. Wyruszyliśmy z naszego pokoju w Willa Vanilia (gorąco polecamy, na pewno tam wrócimy, jeśli znowu zachce nam się Władysławowa!) i przez Chłapowo poszliśmy do Jastrzębiej Góry. Po drodze oczywiście musicie zboczyć i zobaczyć Dolinę Chłapowską. Chociaż z początku podchodziłam do niej sceptycznie, to jednak wyszło na to, że było to jedno z najfajniejszych miejsc nad całym morzem. Naprawdę, idźcie tam! Super wejście na plażę, przyroda, tunel, ścieżki i ścieżynki. Aż się zatęskniło za górami.
            Warto również zboczyć chociaż na trochę i Lisim Jarem ponownie przejść się na plażę. Tutaj także czułam jakbym wróciła w góry i mogłam spróbować swoich sił wchodząc pod pagórki. Trochę się zasapałam, trochę postękałam i mało co nie wyzionęłam ducha przy dłuższych fragmentach pod górę, ale to  mi tylko przypomniało, jak bardzo złą mam znowu kondycje...
            Latarnia Morska w Rozewie i ścieżka z plaży na górę też była warta zboczenia z głównej drogi. Do latarni koniecznie idźcie od strony morza, wtedy to dopiero jest zabawa. Do samej latarni nie weszliśmy, więc nie wiem, jakie roztaczają się stamtąd widoki, ale pewnie – jak to zwykle bywa – rozczulają serce.
            Gwiazda Północy – najbardziej wysunięty na północ fragment Polski. No, świadomość tego robiła wrażenie. A i plaża z klifem też była warta zobaczenia, choćby tylko po to, żeby przekonać się, że plaża to nie musi być płaska przestrzeń z piaskiem i parawanami...

I tyle na dzisiaj, bo strasznie dużo tego wszystkiego wyszło. Aż nie chce się wierzyć, że w ciągu 5 dni, zdążyliśmy tyle zobaczyć. Dzisiaj Władysławowo i okolice, a niedługo Gdańsk, Gdynia, Sopot i tamtejsze atrakcje. Chociaż przyznaję bez bicia, że pozamiejskie widoki były chyba lepsze.

PHOTO: Wszystkie zdjęcia (i wiele innych) znajdziecie na moim Instagramie - madziula245


Jeszcze miesiąc. Tyle czasu będę jeszcze wynajmowała pokój w Warszawie. Po ponad dwóch latach najwyższa pora wrócić do domu, a wcześniej – zastanowić się nad tym, jak to w tym wielkim mieście się żyło. Z jakimi ludźmi, po co, na co, za co i w jaki sposób. No i o tym trochę będzie dzisiaj, bo przed Wami pięć sytuacji, które przytrafiły mi się, gdy mieszkałam w Warszawie. Było z nimi trochę śmiechu. Pokazały jak dziwnie czasami żyje się z innymi. I jak różni potrafią być ludzie.


JAK TO JEST WYNAJMOWAĆ Z KIMŚ MIESZKANIE? 5 SYTUACJI, KTÓRE MOGĄ CI SIĘ PRZYTRAFIĆ, GDY ZAMIESZKASZ Z INNYMI STUDENTAMI


Półnagi facet w salonie
Studenckie imprezy – wiadomo, jakoś muszą się zacząć i w jakiś sposób skończyć. Tak się złożyło, że mój były współlokator postanowił zorganizować z kumplem mały wypad do klubu, który okazał się pijacką eskapadą. Przynajmniej dla jednego z nich. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie było moje zdziwienie, gdy o 8 rano schodziłam na dół, żeby zrobić sobie jedzenie do pracy i zobaczyłam wspomnianego już kumpla mojego współlokatora. Jak gdyby nigdy nic spał sobie w najlepsze na fotelu w salonie, idealnie naprzeciwko schodów. I nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie fakt, że spał tak ze spodniami spuszczonymi do kostek. Nie wiem czy w tym alkoholowym amoku nie miał siły ich zdjąć czy o tym zapomniał, ani dlaczego spał akurat naprzeciwko schodów a nie na przyniesionym materacu, ale nie ukrywam – stał się bohaterem Snapchata.
           

Fallus z kiełbasy
Różne można mieć gusta i różne rzeczy można lubić. A jak wiadomo urodziny to idealna okazja do tego, żeby sprezentować coś, co drugiej osobie może się spodobać. Nie sądziłam jednak, że można komuś podarować kawałek… cienkiej kiełbasy. Aby nie byle jakiej! Prezent, o którym mówię był pięknie zapakowany – w przeźroczystą folię, do której przyklejony był kawałek papieru w kształcie wstążki i z ręcznie domalowanymi oczami. Może jestem dziwna, może mam chore skojarzenia, ale jak natknęłam się na ten prezent w kuchni to jakoś za bardzo przypominał on… kutasa. Ale, jak już wspomniałam – różne rzeczy można lubić. I różnymi obdarowywać innych.


Trudne nowego początki
Nie będę ukrywała: byłam pełna obaw jak przeprowadzałam się do Warszawy. I chociaż miałam spoooro czasu do oswojenia się z myślą, że wyprowadzam się z domu i teraz będę mieszkała w stolicy, to jednak pewien niepokój pozostał. W końcu miałam siedzieć z totalnie obcymi ludźmi, z którymi mogłam się nie dogadać itd. itp. Stwierdziłam jednak, że co będzie to będzie, najwyżej będziemy się żreć. No ale, o ile początkowo rozmowy nie bardzo się kleiły, o tyle każdy był w stanie odpowiedzieć sobie „cześć” jak minął się gdzieś w salonie czy kuchni. No dobra, prawie każdy... Jedna nie opowiadała. A mnie strasznie wkurzał fakt, że mnie ignoruje, nie mówi „hey”, „siema” czy „pocałuj mnie w dupę”. Nie odzywa się, nie pyta, nie interesuje i ogólnie ma mnie w głębokim poważaniu. No bo w końcu – litości! Nic jej nie zrobiłam!
            Cóż, zanim doszło z tego tytułu do rękoczynów z poszarpanych słów podsłuchanych u innych współlokatorów zrozumiałam, że ona po prostu mnie nie słyszy... No i wiecie, lepiej przestać wkurzać się po 3 tygodniach, niż wcale...


Dzikie harce
Imprezy, imprezy, imprezy. Kto jak kto, ale moja współlokatorka wie o nich najwięcej. I nie miałabym nic przeciwko nim (bo co mnie to obchodzi), gdyby któregoś dnia nie wróciła do mieszkania ze znajomymi i o 5 nad ranem nie robiła aftera, a w pokojach nie przekładało tak, że za chuja pana nie dało się spać. Ale! Po usilnych prośbach o to, żeby ściszyli dupska, bo chcę spać i około 15 minutach spokoju, weszli oni. Do pokoju (dwuosobowy tj. najgorszy z możliwych), do łóżka, do siebie. I chociaż chciałam udawać, że nic nie słyszę, niczego nie widzę i o niczym nie mam pojęcia, to nie dałam rady. Po pytaniu czy im nie przeszkadzam i odpowiedzi w postaci skrzypiącego łóżka opatuliłam się w kołdrę i stwierdziłam, że muszę poszukać sobie innego pokoju na tę resztę nocy. Znalazłam, u współlokatora, który akurat wyszedł do pracy. Zwinięta w kłębek na skaju łóżka czekałam na sen, ale nie… Słyszałam tylko i wyłącznie wyrka, materace i postękiwania z pokoju obok. Jeśli bardzo chcecie wiedzieć – nie, nie spałam już tego dnia. Nie mogłam, bo zastanawiałam się, czy nie przebiją się przez ścianę albo nie połamią łóżka.


Poszło o termin zapłaty czynszu
Ja rozumiem, ludzie są różni i wszystkich należy szanować. I naprawdę szanuję. I staram się nie wkurwiać, jednak cierpliwość ma swoje granice. Moja również (albo przede wszystkim). Czaję, że czasami można się poprztykać o niesprzątniętą kuchnię czy pierdolnik w salonie, ale nie popadając przy tym ze skrajności w skrajność. A mam wrażenie, że mój współlokator trochę nie ogarnia, że jak w mieszkaniu jest tyle osób, to nie zawsze i nie w każdej godzinie będzie porządek. I czaję, że osoby, które mają wadę słuchu – jak on – mogą czasami nie ogarnąć, ale żeby robić mi wykład o tym, jak to „oni” różnią się od „nas”? I przez kilka godzin nakurwiać o niesprawiedliwości świata. O innej mentalności. O tym, że nie rozumiem. Nie znam sytuacji. Nie potrafię pogodzić się z tym, że im trzeba coś wyjaśniać, mimo że moje wyjaśnienia tego czym jest ironia pojawiły się już na samym początku sprzeczki? No i wiecie, w takim momencie- gdy kłócę się z kimś, kto nie ogarnia nie dlatego, że nie słyszy tylko dlatego, że nie chce – nie wiem czy się śmiać czy jednak płakać. Ale jednak się śmiałam. Bo zaczęło się od tego, że ironicznie napisałam, że przyjeżdża właściciel i muszę mu dać kasę za czynsz z moich ciężko zarobionych pieniędzy… 

PHOTO: pexels.com


Mój chłopak nadal słucha rapu, a ja ciągle próbuję go zrozumieć. I chociaż minęło kilka miesięcy od poprzedniego posta, w którym pisałam o dziwnych słowach, których ten mój używa, tak on ciągle potrafi mnie zaskoczyć. A często nawet rozłożyć na łopatki. Dam Wam dzisiaj najlepsze sformułowania, które usłyszałam w ostatnim czasie. Chodźcie!

MÓJ CHŁOPAK NADAL SŁUCHA RAPU

Oto dziwne słowa, neologizmy, pojęcia, które powinny trafić do słowników, po to, aby tacy jak ja nie musieli prosić o definicję. Bo czasami trudno wyciągnąć ją z kogoś, kto śmieje się z tego, że nie ogarniam. A nie ogarniam nadal, chociaż z każdym dniem coraz bardziej rozumiem, co w trawie piszczy.  No ale są dni, gdy po prostu nowe słowa mnie przerastają. Dlatego dzisiaj na blogu mamy samarkę, trupa, amebę, kwit i wiele, wiele innych. Poznajcie je tak, jak ja je poznałam.

Ekipa remontowa
Ktoś, kto ma więcej kosmetyków na twarzy niż rozumu. Kiedyś mówiło się, że dziewczyny z toną „tapety” to po prostu „tapeciary”, jednak widzę, że czasy się trochę zmieniły. No cóż, słowniki powinny być poszerzone o takie pojęcie.
Przykład użycia: Zobacz jaka ekipa remontowa idzie. Chyba były już te promocje w Rossmanie, bo widać, że wykupiły pół drogerii.

Ziko
Polski złoty, tak po prostu. Nie „mamona”, nie „forsa”, nawet już nie „flota”.  Pięć złotych to teraz pięć ziko. Pamiętajcie. Ja zapamiętałam i nawet używam.
Przykład użycia: Masz może pożyczyć mi pięć ziko? Nie styka mi na bułę, a muszę coś wszamać.

Wacha
Nie, nie chodzi o to, że ktoś się wacha coś zrobić. „Wacha” to paliwo. Teraz jak pojedziesz w daleką podróż i samochód stanie Ci na środku drogi, to nie dlatego, że nie masz paliwa tylko wachy. Swoją drogą, muszę się pochwalić – prawko mam już ponad 3 lata, a ostatnio pierwszy raz tankowałam #takadumna.
Przykład użycia: Nie wiem czy po Ciebie podjadę, bo nie mam wachy.

Łak
Ktoś chujowy, nie nadający się do niczego. Mówić, że ktoś jest łakiem, to wrzucać do wora wszystkie najgorsze epitety i serwować pod jednym słowem.
Przykład użycia: Jak ona może słuchać tych raperów skoro to najgorsze łaki w Polsce?

Bandzioch
Czyli brzuch, bo dlaczego nie.
Przykład użycia: Nie dotykaj bandziocha, bo zaraz zwymiotuję.

Fristajl
To taka Wielka Improwizacja rodem z „Dziadów”, a tak poważnie – wiadomo, że „freestyle” to nie jest nowe słowo, ale nie wiedziałam, że „fristajl” uprawia się także na kartkówkach – wtedy, gdy totalnie nic się nie umie i idzie na żywioł.
Przykład użycia: Pełen fristajl poszedł na tym sprawdzianie.

Bambon
No ja bym w życiu nie powiedziała, że „bambon” to tyle samo co „pępek”.
Przykład użycia: Nie wkładaj mi tego palucha do bambona, bo zaraz swojego włożę Ci w dupsko!

Przypucować
Można się chwalić, a można również przypucować, co znaczy to samo. Ale skąd mam takie rzeczy wiedzieć? Może i jakiś sens to ma, bo trochę mi się to kojarzy z puszeniem się, a stąd już niedaleka droga do chwalenia się. Ale tak to sobie tylko tłumaczę, żeby zrozumieć...
Przykład użycia: - No i zostałem technikiem informatykiem! A Ty co, biedny humanie? Technik informatyk!
- Próbujesz się przypucować?

Damski chuj
Czyli nic. Bądź „za damski chuj”, co oznacza „za nic”.
Przykład użycia:  Teraz w ryj to można dostać za damski chuj.

Wombo combo
Połączenie fajnych rzeczy, które miały miejsce, kombinacja kilku rzeczy, które dają coś przyjemnego. Jak miałabym okres to tłumaczyłabym, że wombo combo to takie połączenie chipsów, lodów i czekolady z oreło.
Przykład użycia: Ty i ja to takie wombo combo, że nikt nam kurwa nie podskoczy!

Padaka
Ja mówiłam „padaka” jak chciałam zaznaczyć, że komuś odjebało. Daniel uważa, że „padaka” to coś strasznego, beznadziejnego, co zdarzyło się w życiu. Można to sobie i tak tłumaczyć…
Przykład użycia: Kolejna pała z chemii. Jaka padaka, ja chyba nie zdam.

Trup
Trup? Co to jest? No co? No maluch to jest! I nie, nie chodzi o dziecko tylko Fiata 126p, który porusza się tak wolno, że jakby jechał wolniej to już by stał. I w ogóle to raczej nie zachęca do tego, żeby wsiąść do niego i udać się w dalekie podróże, chociaż bywają i tacy, dla których jeżdżenie tymi samochodami to taki sposób bycia.
Przykład użycia: O zobacz! Trup na drodze! Dawno już takiego nie widziałem.

Kwit
I znowu pojawiają się pieniądze, bo jak wiadomo – szczęścia one nie dają, ale pomóc w zdobyciu go mogą. Czym bowiem byłyby dalekie podróże, spełnione marzenia, gdyby nie było na nie kwitu?
Przykład użycia: Ogarnę kwit i możemy iść na tego kebaba, grubałko.

Ameba
Kretyn, imbecyl, debil, półgłówek, bądź bardziej poprawnie politycznie – ktoś mniej rozwinięty umysłowo. No po prostu baran. I tyle.
Przykład użycia: Co za ameba, boże. Tłumaczysz piętnaście razy, a głąb i tak nie zrozumie.

Plastik
Czyli wszelkiego rodzaju dowody osobiste, prawa jazdy, karty bankomatowe i te wszystkie karty z drogerii i sklepów wszelkiej maści uprawniające do zniżek (o jak uwielbiam!).
Przykład użycia: - Pokaż mi swój plastik.
 - Po co?
- Bo chcę zobaczyć, jak bardzo bekowe masz na nim zdjęcie xd.

Oczy ważki
Mówi się, że jak dziewczyny noszą zbyt obcisłe leginsy albo są one za bardzo podciągnięte do góry to robią się z nich waginsy. No a pomyślcie co by było, jakby facet między swoje jajka próbował włożyć materiał majtek. Nie pytajcie po co. I nie dziękujcie za obrazy, które przywołałam w waszych myślach.
Przykład użycia: No fajne są te waginsy. Wy to w ogóle macie fajnie, a ja co zrobię? Co najwyżej oczy ważki.

Wihajster
Określa on to wszystko, czego nie potrafimy nazwać słowami. Przeważnie odnosi się to jednak to narzędzi.
Przykład użycia: Podaj mi no ten… wihajster.

Gejzer
Inaczej: „gej”.
Przykład użycia: Zobacz na niego, te ruchy, gesty i styl. No gejzer, jak nic!

Kielnia
Ja to całe życie myślałam, że to narzędzie murarskie, ale co ja tam wiem. „Kielnia” to przecież może być też „kieszeń”. Bo kto bogatemu zabroni, cnie?
Przykład użycia: Dobra, plastik mam w kielni, kwit też, muszę jeszcze tylko wziąć klucze od samochodu.

Kabel
Żeby nikt nie myślał, że moje życie jest łatwe, a słowa, które znam nie sprawiają mi problemu – otóż sprawiają, jeśli ktoś nadaje im nowe znaczenie. Bo „kabel” to może być „kabel”, a może to być też „żyła”.
Przykład użycia: Ale mi kable wystają.

W kredo
 Trudno uwierzyć w to, że jeszcze kiedyś były sklepy, do których się szło i można było wziąć sobie czekoladę na krechę albo na zeszyt i potem bez problemu oddać kasę następnego dnia. Teraz coraz trudniej znaleźć ludzi, którzy poczekaliby te kilka godzin na zwrot pieniędzy, jeszcze trudniej o takich, którzy zaufają, że oddasz im te dwa złote. W każdym razie – „w kredo” to właśnie „na zeszyt/na krechę”.
Przykład użycia: Myślisz, że dadzą mi w kredo Desperadorka? Kurde, mam tylko kilka ziko w kieszeni.

Samarka
No i tak na sam koniec – torba foliowa. Żebyście mieli w czym nosić te swoje zakupy, za które zapłacicie kwitem; kupicie je na stacji benzynowej, gdy będziecie po wachę, a przez to, że jest taka ciężka powychodzą Wam kable na rękach. A w kielni zostanie damski chuj, bo wydacie wszystko, co macie w portfelu, o!


PS. Tak z tym rapem to tylko żart. Wiem, że raperzy takich tekstów nie rzucają w kawałkach, ale mogę sobie dać taki tytuł, bo przecież to prawda - mój chłopak słucha rapu. A przez to poznał trochę inne środowisko niż ja i w nim mógł nauczyć się takich słów, o których ja nie mam pojęcia.

 PHOTO: pexels.com


 Napisałam licencjat! No dobra, prawie go napisałam, troszkę jeszcze zostało do poprawy, ale najgorsze za mną. Najwyższa pora tutaj wrócić. Na tego mojego bloga. Do Was. Wrócić w takim stylu, bo mam nadzieję, że tego teraz będzie więcej.

PISZĘ: KOCHAM, TĘSKNIĘ, NIEDŁUGO WRACAM

Autobus gwałtownie hamuje, zatrzymując się na czerwonym świetle. Ktoś przeklął. Ktoś inny kogoś szturchnął, potrącił, przeprosił. Spojrzał w cudze oczy, by w końcu wrócić do swojej strefy komfortu. Telefon w ręce, wzrok utkwiony w wielkich billboardach, usta zaciśnięte w wąską linie. Autobus znowu rusza... Torby podrygują na każdym dołku, zakręcie, przy manewrze wymijania…
Przystanek: wychodzą, potykają się, zderzają ramionami w ciasnych drzwiach, nie mogąc zdecydować się – przepuścić czy najpierw wyjść? Oczami badają chodniki, uciekają wzrokiem, ukrywają swoje wnętrza. A ja myślę o nim… O jego brązowych oczach, które zaglądają w każde zakamarki. Wypełniają się miłością, radością i uśmiechem. Myślę o oczach, które szukają odpowiedzi, reakcji, pozwolenia. Szukają moich oczu, z którymi mogłyby toczyć szczęśliwe potyczki, kradnąc z nich dumę, uwielbienie i oddanie. Te oczy potrafią wykryć każdą wątpliwość, każdy strach, ból czy zmęczenie. Działają kojąco. Pozwalają wierzyć, że martwię się zupełnie niepotrzebnie, że pora odpuścić, że nie ma się czym stresować. Że są dla mnie.
Myślę o tym, że dawno już ich nie widziałam. Że nie widziałam jego. Kilka dni: w pracy, na uczelni, w bibliotece, bez niego. Minuty zamieniające się w godziny, dni mijające jak tygodnie. Odliczanie do spotkania, pocałunku, do wtulenia się w jego ramiona, w których każdy problem przestaje mieć znaczenie. Do słuchania jego bijącego serca, wygrywającego najładniejsze melodie… Czas biegnie strasznie wolno, gdy ja zmierzam do niego. Gdy jestem, gdzieś tam - w środku Warszawy, w wirze zajęć, ferworze zadań, kakofonii dźwięków, wśród problemów, piętrzących się nad głową. Gdy po raz kolejny wsiadam do autobusu, który zatrzymuje się na następnym przystanku, tym samym co wczoraj, przedwczoraj i jutro. Tłum obojętności otacza mnie z każdej strony. Przytłacza, denerwuje, porywa w objęcia marazmu i sprawia, że jeszcze bardziej chce uciec. Wrócić, zobaczyć, przytulić…
Wielkie budynki, miasto betonu, szara codzienność, która uderza każdego dnia i czasami potrafi przytłoczyć. Miejsce, które bez niego wydaje się smutne, pozbawione szczęścia, humoru. Miasto, w którym ludzie zatracają siebie, swoje pasje, poczucie, że nie są sami na świecie. Kolejne skrzyżowanie, hamulec, gaz, hamulec. Korek. I wspomnienie tego, do czego chcę wrócić: jego uśmiechu, ponieważ potrafi poprawić nawet najbardziej popsuty nastrój. Śmiechu, który rozśmiesza do łez; sposobów na to, żeby się ze mną podroczyć i uroczego spojrzenia, gdy do końca nie wie, czy nie przesadził.
Chciałabym wyjść na następnym przystanku, złapać pierwszy lepszy tramwaj do Centrum, a potem wrócić do domu. Do niego. Żeby móc wtulić się w jego szyje, pozwolić, żeby nosił mnie na rękach, krzyczeć, żeby puścił i bawić się tak, jakbym miała szesnaście lat. Żeby móc poczuć, że życie to nie tylko zmartwienia i że mam jego i jestem w najlepszym miejscu na świecie. Z osobą, która kocha, potrzebuje, opiekuje się i zrobi wszystko, aby było lepiej.
Wyjmuję telefon: piszę, że kocham. Że tęsknię. Że brakuje mi go teraz, tutaj obok. Że potrzebuję, aby przytulił i przekonał, że będzie dobrze, że jeszcze chwila stresu, pracy, a potem już będzie z górki. I że będę miała jego na wyciągniecie ręki i będę mogła usiąść na kolanach, objąć i zapomnieć o całym bożym świecie. Tęsknię. Chociaż widziałam go dwa dni temu i wiem, że zobaczę go niedługo. Tęsknię, bo kocham, bo mi zależy, bo jest najcudowniejszy na świecie i bez niego trudno wytrzymać w tym wielkim mieście. Gdziekolwiek, gdzie nie mam jego obok. Jest kochany, potrafi pocieszyć, poprawić humor, sprawić, że stres opuszcza chociaż na kilka chwil. Jest mój. A ja chciałabym wrócić.
Autobus dojeżdża do kolejnego przystanku. Wstaję, wysiadam, oto mój cel podróży. Taki daleki od tego, który naprawdę sobie obrałam. Jeszcze chwila, kilka dni. W końcu będzie obok. Cały mój, cały dla mnie. A ja będę dla niego.


 PHOTO: www.pexels.com


Jestem studentką już prawie trzy lata, ale to nie znaczy, że zapomniałam, jak to było w szkole. Chociaż teraz patrzę na okres szkolny z większym sentymentem i wiele jestem w stanie wybaczyć, to wciąż przypominają mi się rzeczy, których strasznie nie lubiłam wtedy i których nie lubię dzisiaj. Niby studia, niby uczelnia wyższa, a jednak nadal irytuje mnie to wszystko, o czym wspomniałam w poście. Może oprócz matmy, bo tej na szczęście nie mam w planie. Niech żyje dziennikarstwo!

6 RZECZY, KTÓRYCH NIGDY NIE LUBIŁAM W SZKOLE

A do odpowiedzi przyjdzie…
            Tak, tak. Zawsze miałam nadzieję, że nie trafi na mnie... Jakoś nie miałam zamiaru produkować się na tematy, o których nie miałam zielonego pojęcia i – jeśli mam być szczera – trochę mi one wisiały. Co jest fajnego w wymyślaniu na poczekaniu głupich odpowiedzi, którymi trzeba się pochwalić przed całą klasą? Już wolałam zapisywać średnio inteligentne odpowiedzi na kartce papieru. Te przynajmniej widziała tylko moja nauczycielka i jedynie ona mogła cisnąć z nich bekę.
            Bądźmy realistami – chyba nikt nie lubił stawać przed publicznością i udawać, że wie więcej (albo cokolwiek) na temat, który rzucił nauczyciel. Ja tam zwykle wiedziałam niewiele. Albo nic.

Dzwonek jest dla nauczyciela nie dla uczniów…
            czyli wieczny dowód na to, że nauczyciele mają nas w głębokim poważaniu i są jakimiś robotami, które nie potrzebują jeść, pić, sikać albo gadać z rówieśnikami.  No dajcie spokój! Jak mój żołądek kończy ze mną pertraktacje o tym czy powinnam dać mu jeść, czy też nie, a zaczyna śpiewać pieśni o tym, jaki to jest głodny, to ja naprawdę nie mam ochoty siedzieć dłużej w klasie. Chcę wyjść i coś zjeść. Albo po prostu chce wyjść, bo już dłużej nie mogę znieść tego gadania i wszelkiego rodzaju zagadek matematycznych, historycznych, biologicznych, a nawet kalamburów z języka polskiego.

Sprawdzian
A w szczególności ten niezapowiedziany. W dodatku z przedmiotu, którego nienawidzę i nigdy się do niego nie przykładam. Abstrahuję już od tego, że nie rozumiem tego, co nauczyciel próbuje wbić mi do głowy na lekcjach. Czy on jednak naprawdę musi dobijać jeszcze bardziej robiąc jakieś testy, kartkówki i inne takie pierdoły, które dosadnie pokazują jaką jestem kretynką? Dla mnie to zawsze był cios poniżej pasa...
Poza tym – jaki jest sens w robieniu niezapowiedzianych sprawdzianów skoro wiedza, którą wkuło się poprzedniego dnia na lekcjach i tak w końcu wyleci z głowy? W dodatku, patrząc na to praktycznie – wyleci ona bardzo szybko? Bez utrwalania informacji niestety można tylko pomarzyć o zachowaniu ich w pamięci. No chyba że ktoś ma fotograficzną pamięć. Ja nie mam i po dziś dzień nad tym ubolewam. Może miałabym lepsze stopnie, gdyby wszystko czego się nauczę i co usłyszę na lekcji, tak szybko nie uciekałoby mi z głowy…?

Top 3 najbardziej znienawidzonych przedmiotów
            A więc krótka historia o tym, jak Magda zdawała do kolejnej klasy, nie ogarniając co się dzieje… No dobra, na matmie czasami dostawałam olśnienia i coś tam udawało mi się obliczyć. Ba! Nawet na maturze lepiej poszła mi matma niż polski, czego nie mogę pojąć do tej pory. Niby 2 % różnicy, ale jednak wszyscy w domu śmiali się, że niby humanistyczna dusza, a matmę zdała lepiej niż swój kochany polski. Co mam powiedzieć? Może jednak mam jakieś matematyczne zdolności, hę?
            Z chemią już tak kolorowo nie było. Tutaj pomogli mi jedynie znajomi, od których mogłam spisywać zadania. Niestety moja znajomość tego przedmiotu kończyła się na rozwinięciu skrótu H2O, resztę ogarniałam tylko wtedy, gdy po wielu próbach i długich godzinach męki, udawało mi się znaleźć jakiś schemat. Albo, jak już wspomniałam, ratowali mnie znajomi. W tym miejscu muszę pozdrowić Ewelinę, która pomimo wielu starań, nie potrafiła mnie chemii nauczyć. Nie Twoja wina, że nie rozumiałam połowy pojęć, którymi się posługiwałaś…
            Na koniec fizyka… Tutaj nie ma co się rozwodzić. Po dziś dzień nie wiem, jak udało mi się to zaliczyć (na 2!). Chyba fart albo mój urok osobisty…

Zróbcie to w domu
            Ahaaa, czyli musiałam siedzieć po dzwonu w klasie i słuchać tłumaczenia zadań, których i tak nie potrafię zrobić, by w końcu dowiedzieć się, że mam trzy strony pracy domowej? To bolało. Zawsze. Czy naprawdę nie dałoby się tego zrobić w szkole? Ja rozumiem, że na niektóre rzeczy nie ma czasu, ale bez przesady. 
               Po co tyle zadawać? I na co to komu? Przez lata nie odrabiałam zadań z matmy, a jednak udało mi się zdać maturę. Przy okazji miałam czas dla siebie, nie siedziałam przy pracy domowej kilku godzin tylko cieszyłam się życiem. Można? Można. A że z matmy nigdy nie byłam orłem to wiedział każdy i nikomu nie trzeba było tego przypominać. Wszystko jednak udało się pozaliczać, więc po co całe to jęczenie, że odrabiając prace domowe też można się wiele nauczyć?
            Ja tam z niektórych przedmiotów wolałam uczyć się tyle, ile potrzeba, aby zdobyć pozytywną ocenę. I tak nigdy nie widziałam się w roli matematyka, więc po co o nią zabiegać?

Co byś sobie postawiła?
            Zacznijmy od tego, że nie ja jestem od oceniania. No bo serio: skąd mam wiedzieć, czy to, co robię na lekcjach, jest naprawdę odpowiedzią na wymogi nauczyciela? Nie mogę być w 100 % pewna, czego żąda, jaki ma sposób oceniania, czy spełniam jego wymagania. Nigdy nie mogę mieć pewności czy czasami sobie nie zawyżyłam oceny i czy nie stawiam siebie w zbyt dobrym świetle.
            Przyznaję – pomysł na ten post przyszedł mi do głowy, gdy dowiedziałam się, że muszę ocenić swoją pracę na jednych z zajęć na studiach. Nie, jakoś mnie ta perspektywa nie ucieszyła i nadal nie wiem, co mogłabym sama sobie postawić. Ocena końcowa miała być średnią ocen z prac pisemnych i aktywności na zajęciach. Aktywność to u mnie wiadomo – niespecjalna. Gadać jakoś nie gadałam, bo nie idzie mi to zbyt dobrze, a mówić głupot jakoś nie mam w zwyczaju. Pisać za to lubię i chyba nie poszło mi to tak tragicznie, więc przynajmniej o to mogę być spokojna. Ale jak to z tą oceną końcową? Na 5 nie liczę, bo zbyt ambitnie do tego wszystkiego nie podchodziłam. Znowu 3 to trochę średnia sprawa, bo jednak starałam się pisać dobre teksty. Może zatem wylądować gdzieś po środku i zgarnąć 4? Może moje teksty będą w stanie mnie uratować. W końcu nie wyszły najgorsze. A i ja jakoś nie przeszkadzałam, pilnie słuchałam i nawet oglądałam te filmiki puszczane na zajęciach, chociaż godzina, kiedy one trwały, bardziej kusiła do drzemki niż do skupienia się i wyciągnięcia wniosków z zajęć.
Tak właśnie bym siebie oceniła. Chociaż wolałabym nie oceniać siebie wcale. Niech inni to robią, ja chętnie wysłucham rad, pouczeń i krytyki. 

Eh, jak to dobrze, że skończyłam szkołę i przynajmniej przedmiotami ścisłymi nie muszę się przejmować...


PHOTO: MasterTux