Wyprowadziłam się z domu po długich rozmyślaniach, z niepewnością czy sobie poradzę, czy tak naprawdę tego chcę i czy nie zagubię w tym mieście samej siebie. Mieszkałam w Warszawie ponad dwa lata. Były tygodnie, kiedy do domu wracałam na kilka godzin albo takie, kiedy siedziałam rozwalona na leżaku przez kilka dni i nie miałam zamiaru wsiadać z powrotem w pociąg do stolicy. Były momenty, kiedy to właśnie w niej znajdowałam spokój i azyl, którego w danych dniach potrzebował. Warszawa to nie tylko miasto betonu. To miejsce, które potrafi czegoś nauczyć.

CZEGO NAUCZYŁO MNIE ŻYCIE W WARSZAWIE?

Nauczyłam się tego, że czasami trzeba zrobić coś na ostatnią chwilę
            Kiedyś wszystko planowałam, robiłam z wielkim wyprzedzeniem by na sam koniec mieć jeszcze czas na poprawki. W Warszawie nauczyłam się, że czasami po prostu tak się nie da, że nie ma to czasu albo że ten czas można spożytkować zupełnie inaczej. Dlatego też dałam sobie na luz i już tak bardzo nie spinałam się o to, żeby zrobić wszystko szybko, na już. Do pracy przygotowywałam się w trakcie jazdy autobusem, na zajęcia prezentacje robiłam na wieczór przed. I co? I nic. A właściwie to same plusy, w końcu dzięki temu nauczyłam się spontaniczności i innej gospodarki czasu.

Wiem już, jak prasować
            W moim domu prasowało się mało, głównie od święta, gdy jakaś koszula już naprawdę nie nadawała się do założenia. Nigdy jednak nie miałam żelazka w rękach. Pierwszy raz, zupełnie przerażona sięgnęłam po nie w Warszawie, gdy wszystkie koszulki, przez brak szafy, w której mogłyby wisieć, wyglądały tak, jakby pies je przełknął i wypluł. Coś mi świtało, jak należy to robić, jednak to żelazko w mieszkaniu było stare, pordzewiałe i ogólnie rzecz mówiąc – bałam się tego jak wygląda i co mi może zrobić z ciuchami. Na szczęście przełamałam się i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że prasowanie nie jest takie złe, a mając lepszy sprzęt, pewnie dałoby radę je polubić.

Zaczęłam bardziej doceniać to, skąd jestem
            A jestem z małej miejscowości, w której niemalże wszyscy się znają, przez co plotki rozchodzą się jak błyskawica. Wszyscy mówią sobie „dzień dobry” na przywitanie albo chociaż kiwną głową, gdy jadą samochodem. To mała wieś, do której z wielką chęcią wracałam, zaszywałam się w niej i po prostu odpoczywałam od hałasu i pędu Warszawy. I chociaż bardzo często denerwowali mnie w domu, to jednak czasami lepiej było przemęczyć się w nim, niż umierać w stolicy. Szczególnie w upalne, letnie dni, kiedy nie myśli się o niczym innym tylko rozkładanym krześle i miejscu w cieniu, najlepiej przy stawie za podwórkiem.

Nauczyłam się doceniać ciszę, zieleń i święty spokój
            Bo chociaż w domu raczej na ciszę i spokój nie mogłam liczyć, to wychodząc z niego, choćby na podwórko, sprawa miała się zupełnie inaczej. Po takim powrocie z Warszawy cieszył mnie choćby widok bocianów stojących na łące czy wielkie belki siana w czasie żniw. Zawsze to coś, co pamięta się z dzieciństwa, a co potrafi ukoić zszargane nerwy. I ta zieleń! Żadne miejsce nie jest tak piękne wiosną jak Polska wieś.

Nauczyłam się tego, że można mieć wszystko, czego się tylko chce
            Trzeba oczywiście tylko chcieć bardziej niż tyko trochę i dążyć do tego, żeby to wszystko osiągnąć. Warszawa to w końcu miasto pełne możliwości. Dlatego też nie było ciężko znaleźć tam pracę. Nie trudno zarobić, zaoszczędzić i spełniać swoje marzenia. Ale to też miejsce, które uczy takich małych rzeczy, które możesz robić dla siebie. Jak tego, że jeśli bardzo chcesz, to zawsze możesz zrzucić kilka zbędnych kilogramów, czy wrócić do bloga, na którym nie pisałaś od ponad roku. Tak naprawdę cele zależą tylko i wyłącznie od naszej wyobraźni, a potem to już nic, tylko wziąć się do roboty.

Wiem już, że świat się nie zawali, jeśli czasami sobie odpuszczę
            Warszawa potrafi rozleniwić. Mnie przynajmniej potrafiła. Chociaż to miejsce, w którym zawsze coś się dzieje i zawsze jest coś do zrobienia, to nauczyłam się, że warto sobie czasami darować. Dłużej poleżeć w łóżku, zjeść śniadanie, które nie będzie kanapką wchłoniętą w biegu. Albo pisać posty na bloga, zamiast siedzieć na zajęciach, na które wcale nie ma się ochoty iść. Czasami po prostu warto usiąść i sobie porozmyślać, niż męczyć się i wariować.

Zrozumiałam, jak ważna jest samodzielność
            Z tym zgodzą się ze mnie pewnie wszyscy, którzy wyprowadzili się z domu – człowiek nie nauczy się samodzielności, dopóki nie wyfrunie spod skrzydeł rodziców. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy trzeba pamiętać o odkładaniu na czynsz, o tym, że trzeba zrobić pranie, a po powrocie z uczelni nie będzie na nasz czekał obiad, chyba że zrobimy go znacznie wcześniej. Samodzielność to świadomość, że nie ma mamy, która zmyje za nas naczynia piętrzące się w kuchni, czy sprzątnie w salonie. A już w szczególności samodzielność poczuje się wtedy, gdy człowiek zda sobie sprawę, ile tak naprawdę kosztują zwykłe bułki na kanapki, które jemy w ciągu tygodnia.

Nauczyłam się tego, że wcale nie muszę się śpieszyć
            Chociaż, paradoksalnie, Warszawa to miasto, w którym śpieszą się wszyscy i nawet po ruchomych schodach się wbiega, a nie po prostu wjeżdża. Ja jednak wiedziałam, że lepiej przejść się spacerkiem, zamiast wsiąść znowu do zatłoczonego autobusu i przejechać dwa przystanki. Wiedziałam też, że czasami w parku trzeba po prostu posiedzieć i pokontemplować, choćby przyrodę, a nie biegać. Albo tego, że wcale nie trzeba rozbijać się łokciami na „patelni”, bo da się spokojniej i powoli.

Złapałam się na myśli, że nie ważne gdzie się jest, najważniejsze to być sobą
            Ja jestem dziewczyną z małej, podwarszawskiej wsi i wcale się tego nie wstydzę. Ba! Podkreślam to na każdym kroku, bo cieszę się z tego, skąd jestem.

Stało się dla mnie oczywiste, że wszędzie jest dobrze, ale w domu jest najlepiej

            Chociaż to też się oczywiście zmienia, bo teraz dobrze mi wtedy, gdy mam obok swojego chłopaka. Chodzi przede wszystkim o to, że jestem z małej miejscowości i w tych małych miejscowościach czuję się najlepiej. I już nieważne czy konkretnie u mnie, czy u mojego chłopaka. Najważniejsze jest to, że jak wyglądam za okno to widzę niebo, las i dzikie zwierzęta, jeśli się uda, a nie inne bloki. 

PHOTO: Juhasz Imre


Stosunkowo niedawno coosure (pozdrawiam!) pisała na swoim blogu o tym, co sądzi na temat współprac, które pojawiają się w blogosferze. Koniecznie musicie się z tym zapoznać! Ja, chociaż zgodzę się z zasadniczym zarzutem, który tam pada (współpraca ze wszystkimi to żadna współpraca), nie mogę przekreślać reklam na blogach w ogóle. Mam bowiem wrażenie, że ogólnie w blogowym świecie nie jest wcale tak źle i rzadko kto łapie wszystkie zlecenia jak leci. To domena głównie nowych blogerek. Dlaczego? Mam często nieodparte wrażenie, że chodzi o wiek i nieznajomość panujących w marketingu zasad. A zasady są dosyć proste: jeśli reklamujesz wszystkich, to co tak właściwie sprzedajesz? 
           Postanowiłam uporządkować trochę wiedzę na temat reklam. W tym poście pokażę charakterystykę różnych rodzajów reklam, które mogą pojawiać się na blogach oraz korzyści, jakie mają blogerzy z dobrze przeprowadzonej kampanii. Na koniec podam kilka dobrych przykładów współprac między moimi ulubionymi blogerami a markami.

WSPÓŁPRACE REKLAMOWE NA BLOGACH, CZYLI NIE TAKI DIABEŁ STRASZNY, JAK GO MALUJĄ

Najlepiej byłoby zacząć od początku i napisać o tym, jak wyglądały blogi kiedyś, od czego zaczęła się ich historia i jaka jest ich specyfika. Nie ukrywam, że zawsze sobie myślę, że trzeba znać podstawy, żeby przechodzić do szczegółów. Byłoby trudno zamieścić wszystkie te informacje na raz, więc dzisiaj tylko o reklamie. Mogę Wam jednak obiecać, że jeśli byłybyście zainteresowane czymś więcej na temat blogów, to chętnie podzielę się z Wami ulubionymi książkami, które pomogły mi stworzyć moją pracę dyplomową, której tematem były właśnie blogi. 
Przejdźmy jednak do rzeczy. Na początek…

RODZAJE REKLAM NA BLOGU
            Pierwszą i przez wiele lat bardzo popularną reklamą, którą można była spotkać na blogu był baner. Było to po prostu zdjęcie lub obrazek, które często zawierało linki przekierowujące na stronę reklamodawcy. Taki sposób reklamy w obecnych czasach, jak sami pewnie rozumiecie, nie miałby prawa istnieć ze względu na to, że ludzie unikają zbędnych reklam, szczując je AdBlockiem. Trzeba było zatem poszukać czegoś innego...
            W kolejnych latach rozwinęły się popularne do tej pory bartery. Barter polega na tym, że reklamodawca, w zamian za przedstawienie przez blogera produktu na stronie, dawał mu ten produkt za darmo. Ten rodzaj reklamy najczęściej zaobserwować można teraz na blogach modowych i blogach o tematyce beauty, gdzie w zamian za kosmetyk czy ubranie, trzeba napisać tekst o produkcie.
            Większość blogerów, w pewnym momencie swojej blogerskiej ścieżki, doszła jednak do wniosku, że znacznie lepiej byłoby dostawać za swoją – jakby nie patrzeć pracę - pieniądze. W ten sposób zaczęły się rozwijać reklamy polegające na publikowaniu tekstów sponsorowanych. Tutaj pojawia się spora gama możliwości, ponieważ w takich tekstach można zarówno recenzować (np. książki); pisać o produkcie, jako o części swojego codziennego życia (np. opis codziennej drogi do pracy i polecenie samochodu konkretnej marki, który najlepiej się w tym sprawdza) czy relacji z jakiegoś wydarzenia, wyjazdu.
Reklama na blogu to również współpraca przy różnego rodzaju konkursach, testach, czy filmy wideo, w których pokazany jest produkt. Możliwości jest wiele i pewnie można wymyślić ich jeszcze więcej. Wszystko to tylko chęci, kreatywność i dobre dogadanie potrzeb i celów z reklamodawcą.
Należy także pamiętać, że reklama może być jednorazowym strzałem jak również długotrwałą kampanią.

KORZYŚCI, JAKIE BLOGER MOŻE MIEĆ DZIĘKI REKLAMOM
            Zacznę od czegoś oczywistego – dzięki reklamom bloger może zarobić. Oczywiście, w zależności od tego, jak bardzo jest popularny, rozpoznawalny i ile może dzięki reklamie zdziałać dla marki, naliczana jest jego wypłata. Dla kogoś, kto chce utrzymać się ze swojej pasji, to ogromny plus. W dodatku, współprace reklamowe opierają się często na kreatywności i innowacyjności. Nie ma chyba nic gorszego jak oklepana reklama, której nikt nie chce czytać czy oglądać. Trzeba mieć pomysł, chęci i oczywiście odwagę, żeby spróbować czegoś nowego. Czegoś, czego jeszcze nie było, a o czym będą pisać wszystkie portale i gazety zajmujące się temat marketingu, a w szczególności tego internetowego.

PRZYKŁADY MOICH ULUBIONYCH REKLAM I KAMPANII REKLAMOWYCH
            W tym wszystkim, chodzi również o to, żeby czytelnik zapamiętał. A zdecydowanie nie zapamięta czegoś, co już było albo czegoś co jest nudne. Niżej przedstawione reklamy zdecydowanie nie należą do tych, które można pominąć. Do moich ulubionych reklam należy m.in. kampania reklamowa marki Tołpa.
            Pamiętacie głośną akcję tołpa: off, w której wzięli udział m.in. Paweł Opydo, Joanna Pachla, Kasia Gandor czy Janek Favre? Cudowna kampania pokazująca, że czasami trzeba po prostu się wyłączyć i zacząć żyć w realnym świecie, który ma wiele dobrych rzeczy do zaoferowania. Tołpa wyłączyła blogi kilku najpopularniejszych twórców, w ten sposób zapraszając po części do wzięcia udziału w konkursie, a po części, do korzystania z tego życia poza internetem. Do tego powstały super filmy jak ten Janka, zobaczcie sami!

            Kolejną świetnie ujętą w moim odczuciu reklamą jest ta, w której udział wzięła Maffashion i Czarek z Abstrachuje. Walentynkowy spot jest pełen miłości, wyzwala emocje. Pokazuje piękne sceny z życia dwójki zakochanych w sobie ludzi. Mnie to ujęło i jak pisałam o tym w licencjacie to musiałam obejrzeć kilka razy, bo inaczej się nie dało. 
              Warto wspomnieć, że to nie jedyna akcja Coca Coli, do której zaangażowano blogerów i twórców z YouTube.

            Dla mnie warta uwagi jest również recenzja Joanny Pachli o nowoczesnym odkurzaczu Roomba, którą znajdzie w jednym z postów na jej blogu. Świetne zdjęcia i do tego z partnerem blogerki. Z przymrużeniem przedstawienie cech odkurzacza w zestawieniu z cechami mężczyzny. W czym odkurzacz może być lepszy od faceta? No nie mówcie mi, że takiej recenzji nie przeczytalibyście dla samej tylko odpowiedzi na to pytanie. Tak to się powinno robić!

A CO O TYCH WSPÓŁPRACACH SĄDZĘ?
            Przede wszystkim to, że reklamy to nic złego. Trzeba jedynie umieć je robić z głową i nie brać w swoje ręce wszystkich propozycji, którymi mogą nas reklamodawcy zarzucić. Bo co z tego, że dostaniecie darmową bluzkę czy kilka złotych, skoro zaufanie Waszych czytelników w Wasze słowa może się nadwyrężyć? W końcu jak można ufać komuś, kto co tydzień reklamuje inną markę. Jaką w końcu lubi? Poza tym, warto pamiętać, że schematy, chociaż bezpieczne, nie zawsze są dobrym rozwiązaniem. Czasami po prostu trzeba dać się ponieść fantazji i może to będzie kluczem do sukcesu? Wasze recenzje czy posty sponsorowane nie mogą być nudne!


Pewnie tego posta by nie było, gdyby nie długie godziny przy moim licencjacie, w którym pisałam również o współpracach między blogerami a markami. Tutaj wersja w pigułce, ale zagadnieniu warto się przyjrzeć bliżej i poszerzyć swoją wiedzę z tym związaną. Ja polecam, człowiekowi otwierają się oczy i aż się nie może nadziwić, że to serio tak od środka może wyglądać.

PHOTO: główne: pexels.com, infografika - ja.


Witajcie ponownie w moich skromnych progach. Niestety przez ostatnie dni nie można było dostać się na mojego bloga. Dlaczego? Miałam problemy z domeną, dokładniej rzecz ujmując ze strefą DNS, w którą wkradła się jedna zbędna linijka kodów. W jaki sposób to nie wiem, ale tam była. Po półtora roku  na własnej domenie, mój blog padł. Wierzcie mi, myślałam, że to już koniec. Na szczęście mam kochanego chłopaka, który po wskazówkach od dostawcy domeny, czyli OVH, naprawił błąd. Minuty roboty i znowu można było czytać moje teksty w internetach. Uff! 
            W czasie gdy blog był unieruchomiony, a ja cała w nerwach (bo już traciłam nadzieję, że w ogóle da się go naprawić), zaczęliśmy z moim bawić się Wordpressem. I coraz bardziej korci mnie, żeby przenieść tam bloga. Takie przynajmniej są pomysły i plany. A dokładniej o nich opowiem Wam niżej.

BLOGOWE PLANY NA KOLEJNE DNI, TYGODNIE (I LATA?)

Wordpress
            Zastanawiam się od dłuższego czasu, czy nie przenieść całego swojego bloga na inną blogową platformę. Nie wiem jak Wam, ale mi czasami nie do końca odpowiada to, co mam na Bloggerze. Chciałabym trochę więcej i mam nadzieję, że Wordpress spełniłby moje wymagania. Przede wszystkim, jest on podobno bardziej przyjazny dla Google’a, a co za tym idzie – łatwiej o to, żeby tekst znalazł się wyżej w wynikach wyszukiwania. Nie mam zamiaru ukrywać, że ta perspektywa bardzo mi odpowiada. Chciałabym, żeby bloga odwiedzało więcej osób i być może to byłby dobry pierwszy krok ku temu. 
            Póki co nie ogarniam jeszcze jak to wszystko działa, ale mam nadzieję, że damy sobie z moim chłopakiem radę i jeśli serio zdecyduję się na przeniesienie bloga, to uda się przenieść wszystko. Na razie nie wiem, jak to wygląda ze statystykami, czy nie będę musiała zaczynać tworzyć społeczności od nowa, ale niestety wyjdzie to dopiero w praniu. Na pewno da się przenieść teksty i komentarze. A to już bardzo dużo. 

Disqus
            Pewnie większość z Was spotkała się już z tą aplikacją do dodawania komentarzy. Mają ją praktycznie wszystkie duże blogi. I będę miała ją ja. Wiem, że Disqus ma swoich przeciwników i zwolenników. Ja na razie widzę więcej plusów niż minusów.
Bo widzicie, zależy mi na tym, aby  budować społeczność, która nie będzie jedynie wpadała na bloga i wrzucała komentarz (często wyrwany z kontekstu). Chciałabym, aby na blogu pojawiło się więcej miejsca na dyskusję. Ten, kto korzysta z Disqus’a wie, że wyświetla on odpowiedzi np. autorów blogów na nasze komentarze. Dzięki niemu nie trzeba szukać starych postów i zastanawiać się, czy znajdziemy swój komentarz i odpowiedź choćby na zadane przez nas pytanie. Dla mnie to zdecydowanie plus i szansa na to, by bardziej wciągnąć innych twórców do swojego bloga.
Jednocześnie wiem, że są tacy blogerzy, którzy nie będą chcieli komentować przez Disqusa. Ja to rozumiem i szanuję, ale i tak będę Was namawiała do tego, żebyście wymieniali się swoimi spostrzeżeniami dzięki tej nowej formie komentarzy. Założenie konta to dosłownie chwila. A przyjemności z tego może być sporo.

Własny hosting
            Od razu mam do Was pytanie – postawił ktoś z Was bloga na własnym hostingu? Domenę ogarniam i mam swoją od OVH (o tym, jak przenieść bloga z domeny blogspot.com na własną pisałam wjednym z postów), jednak nadal pozostałam na Bloggerze. Teraz jednak, po ogarnięciu cen hostingów, stwierdzam, że warto byłoby spróbować. Wiem, że mój chłopak sobie z tym poradzi i zrobi mi to najlepiej na świecie, ale może jednak macie z tym jakieś doświadczenia i wskazówki? Znacznie ułatwiłoby to nam pracę i może uniknęlibyśmy karygodnych błędów.

            Dla tych, którzy się obawiają – spokojnie: wszystko na blogu (pewnie z wyjątkiem szablonu) pozostanie po staremu. Wstawię odpowiednie przekierowania i linki będą działały automatycznie, taką mam przynajmniej nadzieję. Trochę się boję, ale co tam. W razie czego skasuję Wordpressa i hosting, i zostanę na Bloggerze. Nic nie stracę. Tak się pocieszam. Mam nadzieję, że nie na darmo. 

Co za tym idzie: polecam obserwować mnie na Facebooku (Mówiąc Słowami), bo tam publikuje informacje, których nie wrzucam tutaj, a także najświeższe posty. Dzięki temu zawsze można być na bieżąco. 
Po za tym - warto obserwować mnie przez Google +. To sprawi, że nawet jak przejdę na Wordpressa (i zginie mi funkcja Obserwuj) i tak będziecie widzieli moje posty. 
PHOTO: Kaique Rocha


Jest wiele powodów, żeby nienawidzić jesieni. Jak ten deszcz, który od tygodni wiecznie moczy mi buty; błoto, którego nie mogę się z nich pozbyć, a także zimno. To przenikliwe, wzmagające się z każdym silniejszym podmuchem wiatru. Jesień to też coraz wcześniej zachodzące słońce i zwiastun nadchodzącej zimy. Czyli, jak sami widzicie, jest to pora roku pełna minusów, których znalazłoby się bardzo dużo. Żeby jednak nie było, że w swoim życiu potrafię tylko narzekać: są również plusy wynikające z faktu, że jesień w końcu przyszła. Chociaż nie ma co ukrywać, że jest ich mało.

3 POWODY, DZIĘKI KTÓRYM JESIEŃ JEDNAK DA SIĘ LUBIĆ

Pierwszy i zasadniczy powód do tego, aby lubić jesień, to grzyby. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo uwielbiam chodzić do lasu i je zbierać! To jest naprawdę super sprawa. Pewnie wiecie jakie to uczucie, bo sami je zbieracie. Chociaż, co innego zbierać je na obiad, a co innego dla samego zbierania. Bo wiecie, ja nie jem grzybów. Nie lubię, nie cierpię, nie mogę ich przełknąć i sama myśl o tym, że miałabym je zjeść sprawia, że mam odruch wymiotny. Po prostu ich nie znoszę. Tak, nawet pieczarek. Nie znaczy to jednak, że nie mogę chodzić do lasu, przeciwnie, robię to z wielką chęcią.
U mnie w domu wiecznie tworzyliśmy wyścigi, kto uzbiera więcej grzybów, kto lepsze, większe, ładniejsze. Chodziliśmy na te grzyby i to była zabawa dla nas, a chwila odetchnienia dla rodziców. Teraz, chociaż na karku mam już 22 lata, wciąż chodzę na grzyby po to, żeby dopiec bratu i uzbierać ich więcej od niego (chociaż on zbiera ładniejsze, ale to dlatego że nie musi chodzić do pracy i ma więcej czasu, wiadomo)… Chodzenie po grzybach to jednak przede wszystkim… sposób na relaks. Nie ma chyba takiej rzeczy, która w pochmurne dni relaksowałaby mnie bardziej niż grzybobranie. Ja wiem, że jak pójdę do lasu to mogę zginąć tam na jakieś dwie godziny, pochodzić, porozmyślać, pogadać sama ze sobą. Mogę sobie po prostu wyjść z domu i pobyć sama. Nie słuchać wrzasków czy kłótni. Chociaż teraz mam chłopaka, którego mogę wyciągnąć razem ze sobą, albo posiedzieć z nim w domu i też potrafi uspokoić mnie w ciężki dzień. Nie mogę narzekać!

Jesień to również piękne kolory. To dęby, klony i kasztany zrzucające swoje liście, a każdy z nich jest ładniejszy od poprzedniego. Czasami łapię się na tym, że zbieram je bezwiednie, te najfajniejsze ze wszystkich, a potem zastanawiam się, co mogę z nimi zrobić, bo nie mam żadnego konkretnego pomysłu. I w końcu zostają, gdzieś tam, na polu albo chodniku. Czy na jakiejś fotografii. Uwiecznione, żeby nie zapomnieć, jak piękna potrafi być natura i świat, który nas otacza.
Pamiętacie te lekcje w podstawówce, kiedy kazali Wam przynosić na lekcje liście i robić z nich wycinanki albo suszyć? Ja pamiętam. A potem uczenie się tych wszystkich nazw drzew i zgadywanie, który liść, do którego drzewa należy. Albo zbieranie jarzębiny, żeby zrobić z niej naszyjnik. To były czasy. Teraz tylko czekać na własne dziecko, żeby uczyć go życia.

Poza tym, mamy jeszcze kasztany! Nie wiem, co jest w nich takiego urzekającego, no ale kasztany zawsze przyprawiają mnie o dobry humor. I zawsze ich wypatruje, jak tylko znajdę z nimi drzewo. Chociaż jest ciężko, bo zwykle są wyzbierane, niestety. A jeśli już się zdarzy, że znajdę kasztany, to zawsze lądują u mnie w kieszeni, a potem na biurku, bo po prostu lubię na nie patrzeć.

Wiecie, może nie ma wielu powodów, dla których warto lubić jesień, ale zawsze lepiej mieć coś, niż nic. Przynamniej w pierwszych miesiącach tej pory roku, można się z niej cieszyć. Więc chyba warto, skoro potem tylko plucha, jeszcze więcej deszczu, a także zimno. Zimno, mróz i ciemność. A bądźmy szczerzy, chyba nikt nie lubi wracać do domu i myśleć tylko o tym, żeby iść spać.


PHOTO: adege


Nie będę ukrywała – praca w sklepie z pamiątkami to nie jest szczyt moim marzeń. Są jednak pieniądze, w dodatku za to, że w pracy czytam, siedzę w internecie, nie przeciążam się i nie muszę stać przez 8 godzin jak to było wtedy, gdy pracowałam jako hostessa. Nie mogę zatem narzekać. No chyba, że wpadną klienci, dosyć specyficzni. Bo niektórzy to naprawdę potrafią dać człowiekowi w kość i aż traci się wiarę w człowieka. Turyści to ciekawi i bardzo różni ludzie. Jednych się lubi, przed innymi najchętniej zamknęłoby się drzwi. No ale są. A ich typy przedstawiam Wam tutaj.

TYPY TURYSTÓW, Z KTÓRYMI ZETKNĘŁAM SIĘ W SKLEPIE

 Wujek dobra rada
            To akurat Polak. I to nie byle jaki, bo obeznany w handlu. On, chociaż jest tylko turystą, lepiej wie, że flagi ze znakiem Polski Walczącej lepiej sprzedawałyby się w sklepie niż magnesy z Warszawą. Albo o, powinniśmy wprowadzić do sprzedaży jakieś figurki papieża, bo on to by kupił, a nigdzie nie ma, więc kiepski mamy asortyment. A w ogóle, jak to możliwe, że w sklepie z pamiątkami nie ma obrusów? Albo typowo krakowskich chodaków? Czy w ogóle niczego, co ma związek z Krakowem? Co z tego, że jesteśmy w stolicy. Wujek dobra rada wie, co powinniśmy mieć w tym naszym sklepie.

Poszukiwacz
            Zazwyczaj poszukiwacz toalet. Albo tego zamku, który zobaczył na pocztówce i chciałby koniecznie wiedzieć, gdzie on się znajduje. A może wiem przy okazji, gdzie w pobliżu jest kantor, bankomat, muzeum, centrum handlowe. Gdzie on może znaleźć buty, sukienki albo smoczki dla małych dzieci. Gdzie jest poczta, syrenka i samolot, który poleci z nim do Gdańska. Chyba nie muszę mówić, że nie dasz rady mu uzmysłowić tego,  jak bardzo nie masz o tym pojęcia...

Promka
            Czyli taki, który myśli, że skoro nie jest w sklepie, w którym produkty ustawia się na taśmie, a nie ladzie, a kasjerka skanuje kody, a nie wklepuje je ręcznie, to znaczy, że może prosić o zniżkę. Ba! Często nawet jest przekonany, że ta zniżka mu się należy i za nic nie da sobie powiedzieć, że w tym sklepie nie funkcjonuje coś takiego. No bo jak to! Przecież w sklepie z naprzeciwka to on dostał zniżkę, a w ogóle to tam i tak mają wszystko taniej! Wierzcie mi, tłumaczenie – zwłaszcza w sezonie, gdy liczba osób pytająca o takie rzeczy wzrasta o 80% - że nie ma i koniec, potrafi wykończyć. Tym bardziej, jak ktoś stoi niczym na bazarku i próbuje się ze mną targować.
            Albo jest Polakiem i zarzuca, że „jasne, bo zniżki to dajecie tylko obcokrajowcom, a Polakom to już nie!”.

Ciotka z Włoch
            Ale nie taka zwykła ciotka, tylko ta, która nie mówi w żadnym innym języku tylko tym swoim. I możesz piętnaście razy wyciągać ręce w geście mówiącym, że nie rozumiesz – ona wciąż będzie ci świergotała po swojemu. Po polsku nic, po rosyjsku nic, po angielsku tym bardziej. A ja mogę tylko stać, patrzeć i próbować cokolwiek ogarnąć, ale to niewiele daje, bo zwykle takie kobiety (bo niestety to głównie kobiety z Włoch tak reagują) są wkurwione faktem, że ich nie rozumiesz i zaczynają mówić jeszcze a) głośniej i b) szybciej.

Japończyk
            Oraz wszyscy z Chin i tym podobnych państw. To jest wieczna zagadka i czasami tylko gesty są w stanie coś zdziałać. Tutaj zwykle lepiej o nic nie pytać. Nie wnikać czy płacą w euro, czy w złotych. Nie pytać o rozmiar koszulki. Po prostu wziąć rzeczy, wbić na kasę i przejść dalej. Nie wiem czy winna jest kultura, czy o co może chodzić, ale ludzie z tych krajów zawsze stwarzają problem. Nie, że robią coś złego. Przeciwnie, to często uśmiechnięci ludzie, którzy ciągle dziękują, próbują się z tobą dogadać, ale niestety bariera językowa jest na tyle duża, że nic z tego nie wychodzi. Zwykle trzeba działać błyskawicznie i bez zbędnych pytań. Albo wołać szefa.

Sprinterzy
            Takich turystów lubię najbardziej. Są to ci wszyscy, którzy wpadają do sklepu, biorą pierwszy lepszy magnes lub pocztówkę, płacą i biegną dalej. Zero problemów, zero pytań, tylko wejść, wziąć i wyjść.

Żółw
            Totalna odwrotność poprzednich turystów. Tutaj mamy do czynienia z tymi wszystkimi podróżnikami, którzy potrafią pół godziny stać i wybierać odpowiednie pocztówki (serio!), a potem kończy się to tak, że i tak biorą jedną, góra dwie (mówię poważnie…). To ci turyści, którzy są w stanie obejść sklep 8 razy, a i tak nic nie wezmą albo wybiorą najtańszą rzecz, która wpadnie im w ręce. To ci, którzy przychodzą trzy razy w ciągu dnia i zawsze wychodzą z niczym. I ci, którzy potrafią zawrócić dupę o jakieś pudełka, każą mi włazić po drabinie i ściągać je z samej góry, a potem i tak mówią, że tego nie chcą. Wiedzcie, że was nienawidzę.

Mały turysta
            O tym musze powiedzieć, bo – chociaż jest masa roboty w takich chwilach – to jedni z najfajniejszych klientów, a zarazem turystów. Są to po prostu dzieci, które są na szkolnej wycieczce i kupują pamiątki sobie, mamie, tacie, bratu czy babci. To dzieciaki, które krzyczą, skaczą, przepychają się, biegają i są niczym szarańcza, która wpada, robi spustoszenie i ucieka dalej. Chociaż w takich chwilach często brakuje mi rąk do pomocy, to jednak darze takie grupy wielkim sentymentem, bo w końcu sama pamiętam, jak to kiedyś było wybierać się na wycieczki i kupować jakieś rzeczy, które i tak nikomu nie są potrzebne do szczęścia.


Mamuśka
              Tutaj mamy dwa rodzaje zachowań. Albo matka jest tak przewrażliwiona na punkcie dziecka, że tylko "o jojoj, nie dotykaj, bo to brudne", "ale daj rączkę, nie możesz chodzić sam", "nie, nie, nie kupię Ci tego, już kupiliśmy pocztówkę", albo idzie w drugą stronę. A znaczy to tyle, że dzieciak buszuje po całym sklepie, łapie za co chce, choćby szkło i nawet karcące spojrzenie (moje, bo matka, zniknęła z zasięgu wzroku) na nic się tutaj zdaje. A ja tylko czekam aż coś huknie tak, że nie będzie ratunku...

Za drogo
                    Chyba nie muszę wyjaśniać, jaki tutaj jest problem. Dla takich turystów wiecznie jest za drogo. A bo pocztówka to złotówkę kosztuje, to majątek jest. A to magnes za dużo, to nie jest tyle warte. A to jakaś inna pierdółka - nie no, tyle nie można dać, bo to w sumie badziewie. Może jakaś zniżka?

Nie ma co, czasami w tej pracy jest wesoło. A czasami mam ochotę wyjść i więcej nie wrócić, bo ktoś jest ewidentnie chamem albo chce się popisać (ze wsi człowiek wyjdzie, ale wieś z niego nigdy) i psuje drugiemu człowiekowi humor. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że turyści to nie takie buraki jak typowy Polak. Oni potrafią się śmiać, dziękować za drobnostki i bije z nich takie ludzkie ciepło. Czyli to wszystko, czego mi brakowało, gdy pracowałam jako hostessa. Bo tam czasami to dopiero traciło się nadzieję w to, że ludzie nie są tacy źli.



Nienawidziłam fryzjerów. Wszystkich i każdego z osobna. A wszystko przez to, że zawsze, ale to zawsze wychodziłam od nich niezadowolona, a czasami to nawet chciało mi się płakać. Dla przykładu wtedy, gdy przed samym bierzmowaniem pewna pani obcięła mi włosy tak, że ledwo sięgały podbródka i to wszystko niby przez to, że ciągle ruszałam głową (no jak nie ruszać, jak ktoś cię szarpię tak, że mało co głowa nie oderwie się od karku)? Nienawidziłam tych fryzjerów. Aż w końcu poszłam do dobrego.

DLACZEGO JUŻ TAK BARDZO NIE BOJĘ SIĘ FRYZJERÓW?

Czasami rozmyślam sobie o tym, dlaczego zawsze wychodziłam od fryzjera i było do dupy. Wiecie, myślałam sobie, że fryzjer to jednak powinien znać się na swojej robocie, powinien wiedzieć, jak ściąć te włosy albo to, że moja czupryna, nigdy nie będzie układała się jak ta Maite Perroni, gdy jeszcze grała z RBD. W końcu życie nauczyło mnie, że a) fryzjer to nie magik i nie zrobi czegoś dobrze tam, gdzie nie  ma prawa tak być, ale i b) nie każdy fryzjer powinien zostać fryzjerem. Dlatego mądrzej wybieram tych, którzy zajmą się moimi włosami, a to już pierwszy krok do tego, aby wybierać dobrze. A jakie są jeszcze powody, które sprawiły, że już tak bardzo nie boję się fryzjerów?

Po pierwsze: nauczyłam się, że lepiej zapłacić więcej
            Czyli, mówiąc dosadniej – lepiej dać więcej pieniędzy komuś, kto się zna na tym, co robi, niż mniej komuś, kto nie jest powołany do bycia fryzjerem. Mnóstwo jest salonów fryzjerskich, które zetną włosy nawet za 20 złotych. I fajnie, jeśli komuś zbytnio nie zależy na tym, jak one będą wyglądały. Ja już nauczyłam się, że jednak wolę wydać 60 złotych, ale za to oddać się w ręce kogoś, kto nie skończył nauki swojego fachu na fryzurach z lat 90… Serio, chyba dopiero ten program „Ostre cięcie” uświadomił mi, jak ważne jest to, żeby fryzjer chodził na specjalne szkolenia i szlifował swoje umiejętności. Człowiek uczy się całe życie. Ja uczę się ciągle pisać, fryzjer musi się uczyć, co jest modne, jak ciąć odpowiedni rodzaj włosów, jak doradzić w sprawie odpowiedniej pielęgnacji włosów. Tego mi zawsze brakowało. I dlatego byłam wiecznie wkurwiona na to, co miałam na głowie.

Po drugie: nigdy nie chodzę do znajomych ani znajomych znajomego
            Może wezmą ode mnie mniej kasy, ale ja niestety nigdy nie byłam zadowolona z efektów ich pracy. A to fryzjerka mojej mamy okazała się starą lampucerą (no taka prawda), która potrafi ciąć włosy tylko i wyłącznie w jeden sposób, a to znowu inna cięła ile chciała, nie patrząc na to, jak to wygląda w efekcie końcowym (no lubię ją, ale jednak fryzjerką jest chujową), albo znowu tnie mało, bo się chyba boi, że będę robiła problem.
            Naprawdę, ja sobie odpuściłam wszelkie koleżanki mamy i fryzjerów w rodzinie. Spokojniej się żyje, chociaż więcej płaci.

Po trzecie: potrafię mówić, czego chce i czego mi potrzeba
            A więc jak mówię, że włosy mają być podcięte kilka centymetrów, to jest to kilka centymetrów, a nie kilkanaście. A jak mówię, że mają być ścięte w „v”, to mają być ścięte w to „v”, bo kurde wiem, że tak one wyglądają lepiej i mogę nad nimi bardziej zapanować. I nie, nie chce cieniowania, grzywek, ani innych chujów mujów. Ma być tak, jak ja chcę, chyba, że…

Po czwarte: szukam kogoś, kto potrafi doradzić
            … ktoś potrafi dobrze doradzić, odradzić i powiedzieć, że tak nie zrobi, bo mi spierdzieli totalnie włosy i zdecydowanie się do tego moje akurat nie nadają. Wiem już, że nie wystarczy przynieść do salonu zdjęcia i powiedzieć, że chce się wyglądać tak, jak ta pani na nim. Czasami po prostu to nie dla nas, nie dla naszych włosów, a już tym bardziej nie dla spokoju ducha. Naprawdę. Fryzjer, który jest w stanie powiedzieć mi coś więcej niż to, że mam ładne i gęste włosy to prawdziwy skarb. I jak mi poleci jakieś super odżywki to lubię go jeszcze bardziej. Albo podpowie, jak czesać te włosy, żeby nie wyglądały na tak bardzo zmęczone byciem. No ja za takiego mogę sporo zapłacić. I zapłaciłam, a potem wyszłam cała w skowronkach, bo mnie potraktowano nie jako kolejny łeb do ogarnięcia, tylko jako kogoś, kto potrzebuje rady i ją otrzyma.

Po piąte i ostatnie: nie boję się mówić, że coś mi nie pasuje

            Bo w końcu to moje włosy i to ja się będę z nimi albo męczyła, albo się nimi cieszyła. I jak wiem, że będzie źle czy też po prostu to mi jakoś nie leży, to się na to nie zgadzam i szukamy czegoś dalej. Ostatnio pytano mnie, czy ostro cieniujemy, bo w sumie, to mogłoby się u mnie sprawdzić. Otwarcie powiedziałam, że nie. Nie, bo ja nie układam włosów, bo nie mam czasu ich ogarnąć rano, bo ten pomysł mnie nie przekonuje, bo jakoś nie widzę siebie w takim wydaniu. I wiecie co? Dostałam w zamian coś prostszego i jakoś nie żałuję, że powiedziałam, co myślę o całym tym cieniowaniu. 

PHOTO: www.pexels.com