Klaudia jest wielką fanką kosmetyków. Warunki są tylko dwa – muszą być naturalne albo koreańskie! Przyznaje się bez bicia, że świadomość i dbałość o naturalne składy nie szła od razu w parze z wyborami, których dokonywała przy sklepowej półce. Wszystko wymagało czasu. Klaudia interesuje się również kulturą japońską i bardzo często odwołuje się do niej na swoim blogu. Dzisiaj z autorką Sakurakotoo porozmawiam jednak o serialach. Te uwielbia oglądać i ona, i ja. Na ich temat można wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że są stratą czasu. Spróbujemy to udowodnić w tej rozmowie! Przy okazji polecimy też seriale, które warto obejrzeć i damy znać, co myślimy o Netflixie.

BLOGERSKIE PITU-PITU: SERIALE, KTÓRE UCZĄ I SKŁANIAJĄ DO GŁĘBSZYCH ROZWAŻAŃ

Magda: Moje zimowe wieczory to mój chłopak i ulubione seriale. Chyba w te mroźne dni nie byłabym w stanie wykrzesać z siebie więcej. Teraz jednak jest więcej słońca, czas spędza się na zewnątrz i nie ma tylu godzin, które można by było na seriale poświęcić. Nie narzekam jednak. Idealna pora na nie to zima.

Klaudia: U mnie było podobnie, tylko bez osoby towarzyszącej obok. Kiedy wracałam z uczelni, to najczęściej byłam tak wymęczona intelektualnie, że nie miałam ochoty na bardziej angażujące czynności. Jeśli zaś chodzi o osoby towarzyszące, to wolę oglądać seriale sama. Z drugą osobą więcej trzeba rozmawiać, a przez to często umykają ważne fakty. W dodatku nie można pokusić się o głębszą analizę i wyciąganie wniosków, które złożą się na całościowy przekaz. Dla mnie to jest najważniejsze, ponieważ strasznie lubię uczyć się czegoś nowego. Dlatego więc, jeśli serial, to oglądany w pojedynkę.

Magda: O widzisz, to dla mnie seriale są świetnym sposobem na wspólnie spędzony czas z moim chłopakiem. Produkcje tego typu towarzyszą nam w codziennym życiu i są jego niemalże tłem. Nie jest bowiem tak, że siedzimy i wgapiamy się w ekran telewizora. Ja sobie przy okazji piszę, mój pogra, a w końcu oboje pokonujemy kilometry na orbitreku. I pewnie, można powiedzieć, że oglądamy bardzo dużo, ale to nie jest tylko i wyłącznie oglądanie. Robimy przy okazji wiele innych rzeczy.

Klaudia: To ja mam trochę inaczej, ale najpierw jednak muszę zapytać, jakie seriale lubisz najbardziej? Ja staram się nie ograniczać do jednego gatunku. Przyznam jednak szczerze, że są takie, które oglądam częściej i chętniej. W młodzieńczych latach uwielbiałam wszelkiego rodzaju paranormalne romanse jak Pamiętniki Wampirów czy H2O. Chociaż nie ukrywam, wtedy więcej czytałam, a i oglądanie seriali było ograniczone.

Magda: To ja nigdy nie miałam jakiegoś serialowego faworyta. Kiedyś uwielbiałam latynoskie telenowele. Po dziś dzień bardzo miło wspominam Zbuntowanych, ale to już temat na zupełnie odrębny post. Teraz zwykle sięgam po amerykańskie produkcie o różnej tematyce. Nie tylko miłej i przyjemnej, ale nawet trudnej, politycznej. Wszystko zależy od tego, czy mnie serial urzeknie. Jeśli tak, to nawet duża liczba sezonów nie powstrzyma mnie przed oglądaniem.

Klaudia: Jak wspomniałaś o polityce, to skojarzył mi się ostatni sezon American Horror Story Kult, gdzie pojawiły się postacie Donalda Trumpa i Hillary Clinton. Ten serial też bardzo lubię i jak tylko ukazał się w sieci, to obejrzałam wszystkie odcinki. Byłam pod wrażeniem (ale nie politycznej otoczki, bo ja i polityka nie za bardzo się lubimy), ale owego kultu. To było niczym fakty o manipulacji w sektach z książki Hassana, którą akurat przerabiałam na zajęciach.

Magda: Powiem szczerze, że nie słyszałam o tym, ale to bardzo ciekawy temat. W ogóle same wybory są niezwykle intrygujące i dziwię się ludziom, że wytrzymują całą tę presję. Dobrze to pokazywał serial House of Cards.  À propos, jest to naprawdę fajna produkcja ze świetnymi bohaterami i intrygującą akcją.

Klaudia: Niezwykłe jest to, jak ludzie zgadzają się na utratę własnej tożsamości, a zyskanie nowej – nadanej przez guru. Niestety – problem sekt jest wciąż aktualny i chociaż nie mówi się o tym zbyt wiele, to ich wpływ na jednostkę jest skrajnie destrukcyjny. Seriale tego typu są więc potrzebne, aby uzmysłowić ludziom istnienie i skalę jakiegoś problemu.

Magda: Dokładnie tak. Często słyszę, że seriale to strata czasu, że w sumie po co je oglądać. No ale jednak one też niesamowicie uczą. Wystarczy tylko dobrze wsłuchać się w to, co fabuła ma pokazać. To nie podręcznik, w którym wszystko jest podane na tacy. W serialach trzeba czytać między wierszami. Dlatego tak bardzo lubię Breaking Bad. Tam świetnie przedstawiono historię człowieka, który jest gotowy na wszystko, bo nie ma już nic do stracenia. Albo Dom z papieru. Tam znowu widać, że każdy plan, nawet ten misternie przemyślany, może się zawalić za sprawą jednego – wydawać by się mogło – nieistotnego detalu.

Klaudia: Zgadzam się z tym. I dlatego tak bardzo spodobała mi się serial anime z dalekiego wschodu – Legend of Galctic Heroes. Jest to japońska produkcja, która jest pełna przemocy, przez co nie nadaje się dla dzieci. Ja sama wahałam się zanim po nią sięgnęłam. Jest to jednak klasyka space opera, więc stwierdziłam, że muszę spróbować. Tematem przewodnim okazała się walka między demokracją a monarchią. Jestem pewna, że Ciebie też w szkole uczono, że tylko demokracja jest słuszną drogą i nadaje przywileje. Ta seria pokazuje jednak, że świat nie jest czarno-biały. Wszystko w nim ma swoje wady i zalety, nawet rodzaj sprawowanej władzy.

Magda: Wiele się można nauczyć dzięki serialom! Ja akurat nie jestem fanką anime, nigdy nie mogłam zrozumieć fascynacji tymi s. Widzę jednak, że można wiele z nich wyciągnąć i nawet zmienić swój światopogląd. Zresztą, jest tak z każdą produkcją. Wiele nas uczą i na bardzo długi czas pozostają w pamięci. Masz takie seriale, które wywarły na Tobie duże wrażenie i nie możesz o nich zapomnieć?

Klaudia: Jeśli o mnie chodzi, to nie znalazłam zbyt wiele perełek w zachodnich serialach. Nie mówię jednak, że nie można znaleźć dobrych produkcji. Weźmy na przykład Z Archiwum X. To klasyka lat 90’, która zachwyca. Poza tym jest też Dr House i jego ironiczne poczucie humoru. Gra o Tron to z kolei wulkan spisków, które przewyższają liczbę bohaterów. The Walking Dead pokazuje, jak przetrwać w post apokaliptycznym świecie, w którym każdy może w jednej chwili stać się twoim oprawcą. 13 powodów to znowu historia problemów, z którymi mierzą się nastolatkowie z całego świata. Black Mirror ukazuje futurystyczną przyszłość – jej blaski i cienie. Wiele jest zatem seriali, które w jakiś sposób poruszają. Chociaż mnie głównie fascynują te wschodnie.

Magda: To ja ci napiszę, że wymieniłaś sporo seriali, które sama znam. Nie każdy jednak lubię. Widzę też dlaczego oglądasz telewizję sama. Często bowiem niektóre problemy mogą umykać uwadze. W każdym razie, ja jak już wcześniej wspomniałam, młodzieżowe lata przeżywałam z uczniami Elite Way School ze Zbuntowanych. Przez wiele lat to był mój ulubiony serial i nawet dzisiaj miło go wspominam. Chociaż niektóre wątki są strasznie oklepane i wydają się głupie po tylu latach, to jednak serial ten pokazał, że warto walczyć o marzenia. Wiele dobrego dał mi również Orange is the New Black, który przybliżył codzienną walkę amerykańskich klas społecznych. Pokazał też, jak wiele jest problemów, które muszą rozwiązywać kobiety.   

Klaudia:  Słyszałam o ostatnim serialu. Bardzo wiele osób wysoko go ocenia i jest na mojej liście do obejrzenia. Mogę też polecić, nie koniecznie Tobie, skoro nie lubisz anime, ale czytelnikom wschodnie produkcje. U mnie przygoda z nimi zaczęła się od Sailor Moon, które oglądałam w dzieciństwie, jednak wtedy zbyt wiele nie rozumiałam. To była po prostu ładna bajka. Gdy oglądałam to w późniejszych latach o wiele łatwiej było mi zrozumieć fabułę i przesłanie. Nie tylko walkę dobra ze złem, ale też motywy, jakimi kierują się pozytywne i negatywne postacie.  Jest również Shinsekai Yori, która wywarła na mnie tak duże wrażenie, że długo musiałam dochodzić do siebie. Autor wydaje się mieć ogromną wiedzę z zakresu psychologii, socjologii czy biologii. I pięknie pokazuje to w swojej opowieści. Seria ta sprawiła, że miałam w głowie mnóstwo pytań, na które wciąż próbowałam znaleźć odpowiedzi. To tylko dwie pozycje, ale możesz mi wierzyć, wśród anime jest naprawdę sporo świetnych produkcji. Nie sposób przytoczyć tutaj wszystkich.

Magda: Myślę, że to nie jest gatunek dla wszystkich. Ja się nie mogę z nim polubić. Chociaż tematyka wydaje się ciekawa, a Twoje dobre słowa powinny zachęcać do oglądania, to jednak wciąż mnie do tego nie ciągnie. Zdecydowanie lepiej odnajduję się w tych serialach, które wymieniłaś wcześniej. Świetne jest jednak to, że mimo wszystko potrafisz mnie naprawdę zaciekawić tymi historiami, o których opowiadają japońskie produkcje. Z pewnością nigdy nie zobaczę tego na ekranie, ale dobrze jest usłyszeć tyle fajnych rzeczy o serialach. Widać dzięki temu, że to nie tylko rozrywka, ale źródło wiedzy i przeżyć. Emocji, które tak bardzo lubię we wszelkiego rodzaju opowieściach.

Klaudia: Rozumiem i zdaję sobie sprawę z tego, że wielu może nawet nie zerknąć na serie tego typu. Każdy ma jednak inne upodobania i preferencje. To jest super! W dodatku mamy teraz tyle możliwości, że możemy wybierać to, co chcemy. Już nic nas nie ogranicza.

Magda: No może tylko słabe łącze internetowe! Wtedy to można dostać zapaści albo wkurzyć się tak, że potem będzie ciężko się uspokoić. Seriali jest jednak tak dużo, że można spokojnie przetrwać mroźne wieczory albo umilić sobie deszczowe, letnie dni. Denerwować może tylko to, że niektóre z nich mają tylko jeden sezon i trzeba czekać z niecierpliwością na kolejne odcinki. A nie oszukujmy się – ja nie jestem osobą cierpliwą.

Klaudia: Tak! Mnie też strasznie denerwuje czekanie na kolejne fragmenty serii. Dlatego najczęściej oglądam produkcje, które są już zakończone.

Magda: To mi się coraz rzadziej zdarza na takie trafiać. Najgorzej jest z Netflixem, bo jednak tam często dostępny jest tylko jeden sezon. Pal licho, jeśli będzie nijaki. Znacznie częściej jednak okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jak w takiej sytuacji oczekiwać na kolejne odcinki? Mam tak teraz z The 100. Ostatni sezon oglądaliśmy jesienią, teraz znowu odcinki pojawiają się co tydzień... Jak ja tego nie znoszę!

Klaudia: Mnie w Netflixie najbardziej denerwowały początki, kiedy to wszędzie się go reklamowało. Blogi czy YouTube były tym przepełnione. Do tego nie słyszało się złego słowa, a to zawsze jest podejrzane. Po czasie jednak mogę stwierdzić, że Netflix zasługuje na tak dobrą opinię. A przy okazji, słyszałaś o Czarnym lusterku? Kilku youtuberów nagrało swoje produkcje, które miały być w klimacie oryginalnego hitu. Powiem szczerze, że efekt końcowy był bardzo ciekawy.

Magda: Słyszałam! Widziałam, że Krzysztof Gonciarz w parze z Kasią brali w tym udział. Oglądałam jednak tylko początek, do tej pory nie miałam jakoś czasu na resztę. Nie wiem jednak na ile jest to produkcja podobna do oryginału, bo jakoś za nim nie przepadam. Nie mogę też nie pogratulować uczestnikom tego, że wzięli udział w takim projekcie! Super!

Klaudia: Oj to polecam obejrzeć całość. Ja śledzę ich poczynania na YouTube od lat i przyznam szczerze, że są niesamowici. Atmosfera jaką stworzyli w tym mini odcinku jest bardzo intymna. W niektórych momentach było mi nawet niezręcznie na nich patrzeć. Czułam się jakbym podglądała ich prywatne życie. Czułam coś takiego pierwszy raz i naprawdę podziwiam ich za to, co zrobili.

Magda: W takim razie będę musiała koniecznie do tego zajrzeć i zapoznać się z całością. Znając tę dwójkę można się spodziewać czegoś innego od wszystkiego, co się do tej pory widziało. Ale wracając do seriali – nie denerwuje Cię, gdy ukazuje się nowy sezon i jest on o wiele gorszy od poprzedniego? Wtedy nie ma niedosytu, za to lekka złość. Tak było u mnie w przypadku W garniturach.

Klaudia: Jest cała masa seriali, które w pewnym momencie są robione na siłę. Dobrym przykładem są nowe sezony Z Archiwum X. Kiedy usłyszałam, że produkcja ma być wznowiona, z tymi samymi aktorami, to mega się ucieszyłam. Ostatecznie – byłam zawiedziona. Widać, że zrobiono to dla kasy, a całość nie umywa się do poprzednich części. Z drugiej strony jednak, miło znowu zobaczyć Foxa i Scully.

Magda: No to chyba na tej samej zasadzie tworzono ostatnie sezony The Walking Dead. Tragedia i straszna nuda. Widać, że autorom brakowało pomysłu na to, co zrobić. Zresztą podobna sytuacja była ze Skazanym na śmierć. Pierwszy i drugi sezon to prawdziwy hit, a każdy kolejny, chociaż z ciekawymi wątkami, nie miał tego czegoś, co by zachwyciło.

Klaudia: Mam podobne zdanie o TWD. Ostatni sezon bardzo mnie zawiódł. Skazanego obejrzałam tylko dwa sezony, potem dałam sobie spokój. Mimo wszystko uważam, że seriale są świetne. Od oglądającego zależy, co z niego wyniesie. Dla przykładu Przyjaciele, to nie tylko fantastyczna komediowa produkcja, ale również serial, który pomoże nauczyć się angielskiego. W prosty sposób można połączyć przyjemne rzeczy z pożytecznymi. Wystarczy tylko chcieć. Poza tym seriale poszerzają horyzonty i dają naukę poprzez opieranie się na doświadczeniu innych. Mimo że fabuły są często zmyślone, to można z nich wyciągnąć wiele informacji, które zaczerpnięte są prosto z życia. Dzięki trmu można je wykorzystywać w swoim własnym życiu.

Magda: Dokładnie tak! Nie ma co mówić, że seriale to zło konieczne i ogląda się je dla samego oglądania. Ja dzięki nim bardzo fajnie osłuchałam się z hiszpańskim, co pomaga mi w pracy. W dodatku poznałam wiele ciekawostek o świecie i o tym, jak żyją inni ludzie. To dobra wiedza, która może się przydać. Z resztą, czasami jakaś scena na tyle zapadnie w pamięć, że można ją wykorzystać i dzięki niej stworzyć unikalny post na bloga. Warto więc z tego korzystać.

Klaudia: Z całą pewnością! Korzystać i uczyć się. Choćby o innych kulturach, zachowaniach czy przekonaniach. To też świetna sprawa. W mojej opinii przenikanie się kultur, które obecnie można zauważyć, jest w dużej mierze zasługą środków kultury masowej. Seriale to niezaprzeczalnie jedna z takich form. Mimo że należą do przemysłu rozrywkowego i nie mogą dać tyle, ile materiały dokumentalne, to i tak przeładowane są wiedzą. Wystarczy po nią tylko sięgnąć.

Magda: W dodatku teraz są na wyciągnięcie ręki. Mają świetną, przystępną formę i można je oglądać w każdym miejscu na świecie. Często wystarczy tylko internet. Dla mnie to wielka zaleta Netflixa i wielu innych serwisów tego typu.

Klaudia: Oczywiście. Oglądanie w internecie ma swoje wady i zalety. Warto spróbować i zobaczyć, czy znajdzie się coś dla nas. Ja nie za bardzo lubię seriale zachodnie, przepadam za to za japońskim anime. Uważam jednak, że wszędzie znajdzie się coś, co wniesie jakieś wartościowe rzeczy do naszego życia. To od nas samych zależy, czy skorzystamy z danej nam możliwości czy nie. Rozpatrywanie wielu różnych sytuacji i analizowanie ich niewątpliwie poszerzą nasze horyzonty i pomogą dostrzec rzeczy, o których wcześniej nawet nie myśleliśmy. Warto zatem sięgnąć po seriale, skoro mamy taką możliwość.

Magda: Ale nie sięgać dla samego sięgania, bo to często za mało. Warto korzystać z nauk, które są przekładane nawet w typowo rozrywkowych produkcjach. Ja oglądam seriale i często robię w tym czasie inne rzeczy, ale mimo wszystko staram się coś z tych historii wyciągnąć. Choćby pojedynczą rzecz, która sprawi, że będę chciała oglądać dalej. 



Zbrodnie, intrygi, przestępstwa i tajemnice, które trzeba rozwiązać. Właśnie za nie najbardziej lubię seriale. Film nie zawsze dokładnie wszystko wyjaśni, a serial? Czasami nawet po kilku sezonach chce się więcej. Tak jest z produkcjami, o których od czasu do czasu piszę na tym blogu. Nie wszystkie seriale są tak samo fajne i ogląda się je z zapartym tchem. Są takie, które idealnie zapełniają czas i takie, które dają tylko rozrywkę. Wśród nich są jednak i takie, które z każdym odcinkiem wciągają tak samo mocno i z jednej strony chce się jak najszybciej obejrzeć kolejne części, a z drugiej chciałoby się nigdy nie dobrnąć do końca. Żeby nie psuć sobie zabawy!
            Dzisiaj, mimo że jest maj i znacznie więcej czasu spędza się na dworze, napiszę Wam o kolejnych moich ulubionych serialach. Wspomnę też o takich, które obejrzeliśmy z moim chłopakiem, ale nie do końca przypadły nam do gustu.


ŚWIETNE SERIALE OD NETFLIX – ZOBACZ JE KONIECZNIE!

Better Call Soul

Jimmy McGill ma w życiu ogromnego pecha. Nie radzi sobie jako prawnik, a na rozprawach często używa podstępów, aby wyjść na swoje. Za nic ma literę prawa, a jego lekkomyślność zaprowadza go zwykle w kłopoty. Konflikt z latynoskim dilerem tylko zaostrza problemy, a Jimmy musi szukać wyjścia z sytuacji – a nie zawsze są to legalne ścieżki. Codzienne sprawdziany jego prawniczych umiejętności, interesy z bandytami i desperackie próby ocalenia brata przed dziwną chorobą, to tylko niektóre z tematów, które zostaną poruszone w tym serialu. Better Call Soul to świetna produkcja. Szczególnie dla fanów Breaking Bad.

            Dobra, przyznam się Wam szczerze, że po prostu wiedziałam, że ten serial będzie strzałem w dziesiątkę. W końcu jak mógłby nie być, skoro jest spin-offem Breaking Bad. Kto oglądał, ten wie, że jest to jeden z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek powstały. I nie mówię tego na wyrost, naprawdę w to wierzę. Humor mieszał się w nim z intrygują akcją, która z odcinka na odcinek ciekawiła coraz bardziej. Bohaterowie byli świetnie nakreśleni i każdy z nich odgrywał istotną rolę w historii, dopełniając tym samym pozostałe postacie.
            Tak samo jest z Better Call Soul. Reżyser obu produkcji udowodnił, że zna się na rzeczy. Tę produkcję ogląda się z takimi samymi wypiekami na twarzy i tylko czeka, aż bohater wpadnie w kolejne tarapaty i będzie próbował się z nich wykaraskać.

Dom z papieru

Ósemka przestępców dostaje się do gmachu banku i punkt po punkcie realizuje plan Profesora. Zakładnicy stają się siłą roboczą, uczennica kartą przetargową, a z każdym kolejnym dniem drukowane miliony przeradzają się w fortunę. Każdy krok policji przewidziany zostaje przez Profesora i wydaje się, że w swoim misternym planie pomyślał on o wszystkim. Sytuacja jednak zmienia się, gdy negocjator Raquel Murillo, wdaje się w romans z Profesorem. Czy to też zostało zaplanowane? A może to odstępstwo od narzuconych reguł, przez które wszystko może lec w gruzach?

            Przyznaje Wam się bez bicia, po przeczytaniu opisu pewnie miałabym wątpliwości, czy obejrzeć ten serial. Przypadek jednak sprawił, że Netflix podsunął te produkcję w proponowanych, a zimowy nadmiar czasu dał możliwość oglądania tego, co popadnie. Szybko jednak okazało się, że ten krótki, hiszpańskie serial to nie jakaś tam taśmowo produkowana historia, ale świetne przedstawienie. Cały ten plan, bohaterowie i ciągłe napięcie sprawiają, że serialu tego się nie ogląda. Ten serial się pochłania. A potem tylko żałuje się, że sezon skończył się tak szybko.
            Powoli kończymy W garniturach i myślę, że drugi sezon Domu z papieru będzie czymś, za co weźmiemy się w następnej kolejności. A jeśli druga seria jest tak samo dobra jak pierwsza, to pewnie znowu obejrzymy ją w jeden dzień.

Designated Survivol

Stany Zjednoczone Ameryki są przygotowane na wszystko. I chociaż przewidziany został nawet atak na wszystkich członków kongresu, to nikt nie spodziewał się, że taka sytuacja naprawdę nastąpi. W jednej chwili Tom Kirkman jest członkiem gabinetu z niskiego szczebla, a w następnej staje się Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nieprzygotowany, nieszanowany i ciągle z kłodami rzucanymi pod nogi stara się udźwignąć ciężar jaki spoczął na jego barkach. Nie będzie miał jednak łatwego zadania, ponieważ wszystko w czym bierze udział jest planem, który ma na celu zniszczyć USA.

            O tym serialu można przeczytać bardzo dużo negatywnych opinii. Że to słaba podróbka House of Cards, że przerysowane, tandetne i ogólnie fuu. Ja jednak idę pod prąd i się nie zgadzam. Oczywiście serial nawiązuje i czerpie z giganta jakim jest produkcja z Claire i Frankiem Underwood w rolach głównych. Mimo wszystko i tak Designated Survivol zasługuje na moje polecenie. Szczególnie dlatego, że – o ile Frank wydawał mi się zawsze wielkim chamem w serialu – tak Tom jest jego zupełnym przeciwieństwem. Jest to po prostu miły facet, który zrobi wszystko, żeby tylko ochronić swoją rodzinę i kraj przed niepotrzebnym niebezpieczeństwem i wojnami. Z tego też powodu czasami lepiej mi się oglądało tę produkcję niż House of Cards.
            A inne zarzuty? No cóż. Każdy film, książka czy serial od kogoś dostaną po tyłku. Wiadomo bowiem, że nie wszystko musi się każdemu podobać. Mi tam dobrze się tę produkcję oglądało i mogę ją szczerze polecić. Czekam na kolejne odcinki, które ku mojemu ubolewaniu wychodzą co tydzień.

Z nation

Trzy lata po apokalipsie zombie, grupa ocalałych ludzi dostaje zadanie do wykonania. Musi przetransportować z Nowego Jorku do Kalifornii jedynego człowieka, któremu udało się przetrwać ugryzienie zombie. Kalifornijskie laboratorium to być może jedyna nadzieja na wyjście z opresji i przetrwanie w świecie, w którym umarli coraz bardziej przejmują władzę. Murphy jest drogą ucieczki, jednak nie zawsze chce współpracować ze swoją ekipą, a z dnia na dzień, bardziej przypomina zombie niż człowieka.

            Bardzo wiele recenzji, które znajdują się w internecie opiera się na porównaniu tego serialu do klasycznego już The Walking Dead. Wierzcie mi – tutaj nie ma miejsca na porównania! Chociaż motyw przewodni dotyczy tego samego, to jednak cała akcja skupia się wokół innych wątków i historii. Myślę, że TWD nie ma konkurencji (chociaż końcowe sezony są już strasznie nudne i bez pomysłu).  Z nation  można jednak spokojnie obejrzeć. Najwyżej się nie spodoba, przecież nie musi!
            Mnie jakoś fabuła wciągnęła, chociaż miejscami efekty specjalne były tak infantylne, że nie mogłam tego przeżyć. Całość jednak jest całkiem nieźle skrojona i z całą pewnością warto spróbować. Nic się nie straci, a może nawet się zyska!

Mgła
Mieszkańcy Bridgton w Maine muszą uważać. W ich stronę zmierza tajemnicza mgła, która niszczy wszystkich, którzy staną na jej drodze. Miasteczko zostaje odcięte od reszty świata, a ludzie muszą szukać schronienia tam, gdzie mgła nie może ich dosięgnąć.

            Serial powstał na podstawie książki Stephena Kinga, co niektórych już może odstraszyć. Z całą pewnością nie jest to produkcja dla wszystkich, ale ja przy niej spędziłam fajnie czas. Są rzeczy, które straszliwie wkurzają, ale są też wątki, których nie widziałam jeszcze nigdzie indziej. Dużo jednak na ten temat nie można powiedzieć, bo póki co mam za sobą tylko jeden sezon, ale no cóż – ciekawa jestem, jak sytuacja się rozwinie.

Żeby zamknąć temat seriali…
Przynajmniej na jakiś czas... Muszę napisać o trzech innych produkcjach, które obejrzeliśmy. Nie zachwycają one tak bardzo, jak te, które opisałam w tym poście i poprzednich, ale jednak mają to coś, co niektórym może się spodobać. Mnie jakoś one nie urzekły, ale napiszę Wam o nich chociaż trochę, bo może Wy się skusicie i znajdziecie coś dla siebie.

3%

Wszyscy pragną wyrwać się ze slumsów, w których mieszkają i przejść na tajemniczą wyspę, w której życie maluje się w znacznie ładniejszych barwach. Aby jednak dostać się do tego raju należy przejść liczne testy. Z grupy młodych ludzi wybranych zostanie 3%, którzy dostaną szansę zmienić swoje życie. Czeka ich jednak walka i wiele trudnych decyzji, które będą musieli podjąć po drodze.

            Jak dla mnie średni serial, który wzięliśmy pod lupę ze względu na to, że nudziło nam się w chłodne wieczory, gdy byliśmy na Sylwestrze w Bieszczadach. Mnie ten serial nie porwał, nie polubiłam się z fabułą, a już z całą pewnością nie polubiłam bohaterów. Mieli w sobie coś takiego, przez co nie mogłam się z nimi utożsamić. Może jednak ktoś z Was oglądał ten serial i ma inne zdanie?

El Chapo

Historia opowiada o meksykańskim narkotykowym bossie. Przedstawia prawdziwe losy człowieka, który narkotykami podbijał świat i zarabiał na tym pieniądze, o których zwykli śmiertelnicy nawet nie marzą.

            Jeśli ktoś jest zainteresowany tematyką albo lubi filmy oparte na prawdziwych faktach, to z całą pewnością znajdzie tutaj coś dla siebie. Ja jednak wciąż jestem za bardzo zachwycona Narcos, żebym mogła polubić jakiś inny serial, którego fabuła oparta jest o narkobiznes.

Stranger Things

Will Byers znika. Szukają go i przyjaciele, i brat, i matka. Chłopca jednak nigdzie nie widać. Tymczasem na horyzoncie pojawia się tajemnicza dziewczynka, która każe na siebie mówić Jedenastka. W miasteczku dzieją się coraz to dziwniejsze rzeczy, dziewczyna okazuje się mieć nadprzyrodzone moce, a po Willu wciąż nie ma śladu.

Bardzo wiele osób polecało mi ten serial i bardzo wiele sobie go strasznie chwaliło. Ja jednak nie mogę, z tego protego faktu, że nie widziałam w nim nic spektakularnego. Ot, serial do obejrzenia, który może być tłem do danego dnia. Jakoś jednak nie kradł czasu i nie zmuszał do tego, żeby siedzieć i go oglądać. Nie porwał. Ale wiem, że ma duży potencjał, który wielu z Was zauważyło. Ja jednak po dziś dzień mam do niego obojętny stosunek.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o seriale. Póki co kończymy z moim siódmy sezon W garniturach i może jeszcze w maju uda nam się zacząć oglądać coś innego. Ze względu jednak na liczne problemy, dużo pracy i jeszcze więcej wiosny, prawdopodobnie seriale pójdą na jakiś czas w odstawkę. 
Niemniej jednak, jeszcze w maju powinna pojawić się rozmowa o serialach, którą przeprowadziłam z jedną z blogerem, ale do tej pory nie miałam czasu jej przygotować. Mam nadzieję, że tym razem się uda. Na czerwiec planuje dla Was z kolei kolejną rozmowę o Ameryce. Chciałabym także napisać Wam coś o obronach dyplomu, blogerach uważanych za celebrytów, fajnych książkach dla fanów blogów i o tym copywritingu, o który tak prosiliście. Zobaczymy co z tego wyjdzie!

PHOTO: Print screen oficjalnego traileru 2 sezonu Domu z papieru, przesłanego przez Netflix Polska. 



Zaczyna się od wyboru trasy, chociaż zwykle i tak wszystko korygujemy na bieżąco. Potem jest już tylko przygrzewające słońce, błękitne niebo, białe chmury i miejsca, które pachną sosną. Albo takie, na widok których od razu przypominają mi się Bieszczady! Jest też kojący zapach trawy, znajomy zapach świeżo rozkopanych pól i bzy, które obezwładniają nozdrza. Jest również droga, która z każdym kolejnym kilometrem otwiera się przed nami coraz bardziej. Jest zagadną, nieprzewidzianą ścieżką, na której może nas spotkać wszystko: moje ukochane bociany skubiące trawę na łąkach albo przymusowy spacer, bo podczas drogi pękła nam dętka. Taka jest nasza droga. I wiosna. Bo wiosną postawiliśmy na ruch, dzięki czemu nie brakuje nam wreszcie przygód!

Wiosną ruszamy w drogę!

Znudziła nam się zima. Te wlekące się dni, mroźne poranki, wylegiwanie się w łóżku i wgapianie się w telewizor. W końcu seriale są świetne, ale jednak do czasu. Nas wymęczyła ta nasza polska jesień i następująca po niej zima, której szczerze nie znoszę. Ciepłe dni to był sygnał do tego, żeby coś zdziałać. Żeby wreszcie się ruszyć, wstać przed budzikiem, przestać narzekać, gdy znowu trzeba odgadniać śnieg z samochodu...
Nadeszła wiosna. Ta pewna siebie, bogata w zieleń, sypiąca kwiaty dookoła i pierwsze kojące promienie słońca. Głupio byłoby nie wykorzystać nadarzającej się okazji! Nadszedł wreszcie czas, żeby coś w swoim leniwym życiu zmienić. I spalić te zimowe dodatkowe kilogramy, które udało się zdobyć podczas ostatnich miesiący. Postanowiliśmy się ruszyć, bo wiosna nie jest od siedzenia! Wiosna to romantyczne wieczory przy blasku gwiazd i księżyca. To rowerowe wycieczki oraz dłuższe przejażdżki samochodem. To czas zwiedzania, oglądania, analizowania i łapania witaminy D.
           Strasznie, ale to strasznie brakował mi w życiu roweru. Albo chociaż chęci na to, żeby po pracy wyjść jeszcze z domu. W końcu komu się chce marznąć na zewnątrz. Mi się nie chciało. A przecież organizm niemalże się tego domagał, wijąc się i krzycząc, że już dłużej nie da rady wytrzymać mojego siedzenia na dupie: nie tylko w pracy, ale i w domu. Zmiana, która się we mnie narodziła jest diametralna. 
Teraz każdą wolną chwilę spędziłabym na zewnątrz, żeby rozkoszować się tą piękną pogodą, która wreszcie do nas przyszła. Razem z moim chłopakiem zaczęliśmy więcej czasu spędzać na rowerach i Wam wszystkim też to serdecznie polecam. W ogóle polecam Wam zrobić w te ciepłe dni cokolwiek! Oby było na dworze, na słońcu, wśród szumu traw i śpiewu ptaków!

Wiosną nawet taki Pałac Kultury wygląda lepiej
5 rzeczy, które warto zacząć robić wiosną

Po pierwsze: iść na rower
Ja kupiłam rower miejski (mogę Wam napisać o wadach i zaletach, dajcie znać czy chcecie) i stwierdzam, że to była świetna inwestycja! Dzięki temu już nie muszę oglądać świata zza szyby w samochodzie. Wraz ze swoim chłopakiem pokonujemy sporo kilometrów. Nie tylko po to, żeby do lata być fit (no ja mam nadzieję, że zdążę), ani po to, by bić kolejne rekordowe trasy (chociaż wtedy sukcesy liczymy podwójnie), ale również (albo przede wszystkim) po to, żeby zobaczyć wiele nowych, fajnych miejsc.  Wierzcie mi, chociaż jeździmy po naszych bliskich okolicach, to są miejsca zupełnie nam nieznane. Albo takie, które przyciągają uwagę o tej właśnie porze roku, kiedy to wszystko rozkwita i zajefajnie pachnie.
Wybaczam nawet te robaki odbijające się od czoła i muszki wpadające do ust. No i 7 kilometrowe spacery do domu, bo na kamieniu przebiła się dętka. Dla tych 300 kilometrów, które zrobiliśmy w kwietniu zdecydowanie było warto trochę pocierpieć.



Po drugie: zrobić grilla
Albo jeszcze lepiej - ognisko. Nic nie smakuje lepiej w te ciepłe dni niż przypalona kiełbasa uratowana z żaru i ognia. Taka z ketchupem i świeżym chlebem jako dodatek. W takich chwilach nie ma też nic fajniejszego od dźwięku skwierczącej kiełbaski...
A komary powiecie? A na komary polecam cieplejszą osobę obok. Mnie dla przykładu komary nie gryzą, gdy mój siedzi obok mnie. Wszystkie dopadają jego...

Po trzecie: pójść na spacer
Bo spacer to same przyjemności! Dzięki niemu można nabrać w płuca świeżego powietrza, spalić kalorie i podziwiać przyrodę dookoła. Lasy czy nawet miejskie parki są teraz cudowne. Hałaśliwe, tłoczne, ale za to jak magiczne z tą zielenią wokół, która zgarnia nas w ramiona i nie pozwala odejść. Naprawdę – wiosną trzeba spacerować. Oby jak najdłużej i jak najbliżej zieleni. Z takiej pogody trzeba korzystać. Żal byłoby ją stracić.
            Tylko na te kleszcze trzeba uważać. Z tym dziadostwem lepiej nie zadzierać. Chociaż szczerze? Wytępiłabym to paskudztwo do zera i dziwię się, że jeszcze nikt z tym nie zrobił porządku. No ale cóż, widać ten biznes się opłaca…

Po czwarte: po udanej wycieczce, zjeść wymarzone lody
Płock, Wzgórze Tumskie, zdjęcie nie odda tego, jak tam pięknie
            Big Milki, Korale czy zupełnie inne. Nieważne! W te ciepłe dni należy się dobre ochłodzenie, a nic nie sprawdzi się lepiej od dobrego loda na patyku. Albo w rożku. Albo litrowym pudełku.
            Ja ostatnio rozsmakowałam się w sorbetach, więc jeśli macie jakieś fajne do polecania, to dajcie znać. Oby tylko były na studencką kieszeń! W końcu inne rzeczy też trzeba jeść, samymi lodami człowiek nie żyje.
             W każdym razie – nie ma co sobie żałować i perfidnie liczyć kalorii, gdy ma się ochotę na małe odstępstwo od diety. Nic się nie stanie, gdy zjedziecie sobie jednego loda, no błagam. Ja tam sobie nie żałuję. Zresztą – nie mogę się oprzeć, gdy zajeżdżam pod Biedrę po 40 kilometrach na rowerze.

Po piąte: wybrać się w samochodową wycieczkę do miejsca, którego się nie zna
Wiecie, jak byliśmy z moim nad morzem to trochę narzekałam na pogodę. Nie było słońca, za to wiatr, a w Bałtyku nie warto było nawet zanurzyć stopy. Pogoda była jednak świetna, bo mogliśmy spacerować. I nie umierałam podczas przechadzek z przegrzania, co czasami się zdarza. Upały działają na mnie bardzo niekorzystnie.
W każdym razie, wiosna to dobra pora na to, żeby pozwiedzać. Najgorętsze dni jeszcze przed nami, a świat tylko prosi się o to, żeby go bardziej poznawać. Żeby sobie po nim pochodzić i zobaczyć, co ciekawego może zaproponować.
        Potem może się okazać, że jest za gorąco, za duszno, zbyt parno i w końcu nie skorzysta się z czasu, który się ma. My z pogody skorzystaliśmy i trafiliśmy do płockiego ZOO! A przecież mogliśmy do tej mojej Warszawy!

Wisła aż po horyzont i tyłki zwierząt, czyli o wypadzie do Płocka
Myślałam o zrobieniu o tym oddzielnego wpisu, ale w końcu stwierdziłam, że nie ma to sensu. W gruncie rzeczy bowiem nie chodzi o samo miejsce, do którego pojechaliśmy, tylko o fakt, że ruszyliśmy dupska z domu.
Tak, chcę takiego w domu
Od Płocka dzieliło nas (mnie, mojego chłopaka, siostrę i koleżankę) niecałe 100 kilometrów. Możecie mi wierzyć, niemalże sikałam ze strachu, jak zdałam sobie sprawę, że to właśnie ja będę musiała prowadzić. W połowie drogi zaczęłam nawet żałować, że po prostu nie wsiedliśmy w pociąg i nie pojechaliśmy do Warszawy, ale… Ale dla takich widoków było warto!
O ZOO nie mogę powiedzieć zbyt wiele, ponieważ nie pamiętam innych wycieczek i nie mam porównania. Z całą pewnością jednak warto się przejść i zobaczyć te dzikie zwierzęta, których nie zobaczy się nigdzie indziej. W końcu nie każdy może sobie pozwolić na wypad do Afryki pooglądać tamtejsza faunę i florę. Szczególnie, gdy ma ochotę pokazać ją jeszcze dziecku. ZOO jak to ZOO, z pięknymi zwierzętami, które nam trochę focha strzelały i odwracały się tyłkami, gdy chcieliśmy zrobić zdjęcie. Ale za to jak cudownie było na nie patrzeć i je obserwować!
Największe wrażenie? Zdecydowanie gady. Wierzcie mi, nie było nic fajniejszego od szukania tych egzotycznych zwierząt pośród roślinności, wśród której się schowały. A jakie szczęście, gdy się to wszystko wypatrzyło! Chociaż nie ukrywam, niektóre zwierzęta są no… okropne. Szczególnie węże.
Podsumowując: ZOO super, szkoda tylko, że nie było misia koali. Jak ja bym go chciała zobaczyć!
Jeśli chodzi zaś o sam Płock (Marta, pozdrawiam!) to musicie tam koniecznie zajrzeć, choćby tylko dla samego widoku na Wisłę z tamtejszego wzgórza! Chociaż Wisłę mam zaraz obok, w Warszawie, to czegoś tak pięknego w stolicy się nie zobaczy. Ta woda ciągnąca się aż po horyzont i piękna zieleń dokoła. Coś pięknego! Naprawdę zrobiło mi się fajnie na serduchu i przypomniał mi się ubiegłoroczny wypad nad morze. Strasznie fajne miejsce i zazdroszczę go strasznie!

Dlatego też bardzo polecam Wam nie tylko odwiedzić Płock, ale w ogóle jeździć. Naprawdę to jest świetny czas na takie rzeczy. Trzeba się tylko zmobilizować, a potem skorzystać z tego, że wiosna tak hojnie obdarowuje nas dobrą pogodą.


PHOTOS: główne - pexels.com
reszta - zdjęcia mojego autorstwa, wszelkie prawa zastrzeżone



Masz swój ulubiony kolor? Taki jeden, który lubisz, chociaż nie ma ku temu jakiejś konkretnej przyczyny? Albo taki, w którym nie koniecznie dobrze wyglądasz i nie szukasz go na koszulkach czy spodniach na lato? Nie jest Ci w nim po prostu do twarzy, ale i tak darzysz go niesamowitą sympatią? Ja mam taki kolor. Zielony. I już tłumaczę dlaczego!

ZIELONY OZNACZA WIOSNĘ – A ONA JUŻ NADESZŁA!

Nie mam pojęcia dlaczego, ale zaczęło się to bardzo dawno temu. Może nawet wtedy, gdy nie potrafiłam koloru nazwać, ale instynktownie wybierałam odpowiednią kredkę. Zieloną. Jasną, ciemną, pastelową. Bez różnicy! Najistotniejsze było to, że wybór zawsze padał na tę w kolorze trawy. Albo liści. Albo czterolistnej koniczyny.
            Przyznaję bez bicia – nie wiem, dlaczego moim faworytem jest zieleń. Mam jednak 3 teorie, które mogą być odpowiedzią na to nurtujące pytanie. Mianowicie…

Zielony to spokój
            Nie bez przyczyny mówi się, że zielony kolor potrafi odprężyć, uwolnić negatywne emocje i pozbyć się ciężaru. Oszukiwała nie będę - gdy mnie ktoś wkurzy, to nie wgapiam się w zielony punkt na ścianie. Jeszcze nie oszalałam. Lubię jednak wtedy wyjść na spacer. Albo pobiegać. Koniecznie w lesie.
            Chociaż nie biegam już od dłuższego czasu, a wkurzona nie byłam już dawno, to jednak zasada ta jest niezmienna. Gdy coś wyprowadza mnie z równowagi, to lubię wyjść i przez długi czas nie wracać. Bo chce pobyć sama. Bo mam potrzebę bycia gdzieś dalej. Bo chce się wyciszyć i uspokoić. A możecie mi wierzyć – nic nie uspokaja tak bardzo jak przyroda. Jak te zielone liście na drzewach w środku lasu. Albo pola pokryte zieleniejącą się trawą.
            Zielony potrafi odprężyć. Nie na siłę, wulgarnie zakradając się do wnętrza. Robi to subtelnie i powoli. Wyciąga negatywną energię i zamienia ją na coś dobrego.
            Przynajmniej u mnie się to sprawdza.

Zielony to nowe
            To świeższe powietrze. Ptaki latające nad głowami. To kolorowe kwiatki na zielonych łodygach i słońce zachodzące później niż do tej pory. Zielony to taki czas zmian, nowego początku. Wybacza przewinienia i pozwala brnąć dalej w nieznane. Wyznacza nowy porządek, ustala zasady na kolejny kwartał i przygotowuje do czegoś jeszcze lepszego.
            Ale przede wszystkim…

Zielony to kolor wiosny
            I to nie tej nieśmiałej, która miejscem dzieli się z zimą. Nie tej początkowej, kiedy to świat nie może zdecydować się na to czy dzisiaj zaskoczy śniegiem, czy słońcem. Zielony to kolor pewnej siebie wiosny, która zdecydowanym krokiem idzie przez świat i zaznacza na nim swoją obecność.
            Zielony to ta wiosna w pełnej okazałości. Ta, która nie dzieli się miejscem z zimą. Przeciwnie – zastępuję ją i skutecznie usuwa z drogi. To ten kolor, który oznacza coś nowego. Budzący się do życia świat, któremu trochę przysnęło się zimą. To piękne ćwierkanie ptaków i bociany na łące. Ropuchy chowające się w trawie. Wiatr szeleszczący między młodymi liści.
            To te pierwsze przejażdżki rowerem i spacer po rozkwitającym lesie. To uchylone szyby w samochodzie i wdychanie powietrza z zielonych płuc rodzinnego miasta. To nadejście czegoś nowego. Zwiastun lata. Sygnał dla świata, że pora wreszcie coś zrobić.
            Ten moment wreszcie nastał. Wszystko budzi się do życia, a świat zaczyna kolorować się na naszych oczach. Zaczynając oczywiście od zieleni w alejkach w parku czy w rabatkach przy chodniku. Zieleń to wiosna. A ona już nadeszła i trzeba wziąć od niej jak najwięcej.

Jak poczuć wiosnę?
            Nasuwa się jednak pytanie, co zrobić, żeby te wiosnę poczuć jeszcze bardziej i w pełni wykorzystać jej obecność. Sposobów może być wiele, ale moja lista jak co roku zaczyna się od tego, żeby:
- wyjść na spacer;
- pójść na rower (nawet napisze o tym w poście); 
- posiedzieć na tarasie, balkonie albo w ogródku;
- poczytać książkę, ale koniecznie na zewnątrz;
- wdychać świeże powietrze;
- iść do lasu, żeby sprawdzić, jak dużo rzeczy budzi się właśnie do życia;
- zjeść pierwsze lody poza domem;
- odpalić grilla albo zrobić ognisko;
- poleżeć w parku;
- wypić herbatę na zewnątrz;
- zrobić zdjęcia zieleniejącej się przyrody;
- i wszystkim kwiatkom, które można znaleźć na drodze;
- wypatrywać bocianów;
- zrobić coś dla siebie i innych.

To jest też najlepszy moment, żeby zacząć swoją przygodę z bieganiem albo innym sportem, który uprawia się na wolnej przestrzeni. Wiosna to początek, to ciepło, słoneczny dzień i piękno wokoło. Wszystko się już zaczęło, więc warto wyjść z domu i korzystać z tego, co daje nam świat.
Zielony to piękny kolor i mogę go teraz oglądać do woli. A potem już lato: złote zboże na polach; upalne dni, które chce się spędzić nad wodą, urlopy i truskawki. Ale póki co – cieszmy się wszyscy tym zielonym kolorem i wiosną. Wreszcie się jej doczekałam!

PHOTO: Karol D



Ile lat jesteś w blogosferze? Co możesz o niej powiedzieć? Jakie obserwacje poczyniłeś i czy w jakiś sposób wpłynęły one na to, co aktualnie tworzysz? Miałeś poczucie, że to już nie dla Ciebie, a mimo wszystko wróciłeś do pisania bloga? Masz swoje ulubione tematy czy blogi, na które nigdy nie zaglądasz? My mamy. A w blogosferze jesteśmy, czasami z dłuższymi przerwami, od dobrych kilku lat. Widziałyśmy sporo i na własnych blogach trochę nam się pozmieniało. Ale ciągle gnamy do przodu. Chociaż miło było wrócić wspomnieniami do naszych początków tutaj – w tym internetowym miejscu dla każdego, kto lubi tworzyć.
            Dzisiaj z Klaudią z Klaudia Lisowska blog porozmawiam o blogosferze. O tych jej pięknych aspektach, przeszłości i tym, co daje nam teraz. Powiemy też, co nas najbardziej inspiruje i gdzie szukamy pomysłów na wpisy.

BLOGERSKIE PITU-PITU: JAK TO JEST BYĆ BLOGEREM OD KILKU LAT I GDZIE SZUKAĆ INSPIRACJI?

Klaudia: Zaczęłam blogować 9 lat temu. Pisałam opowiadania. W sumie, wtedy prawie każdy blog nastolatki był taki jak mój. Od tamtej pory sporo się zmieniło, jednak wciąż lubię pisać. Chyba mam to we krwi, bo nawet o jakiejś pierdołce mogę napisać referat.

Magda: To ja mam dokładnie tak samo! Też zaczynałam od pisania opowiadań i też pamiętam, że wszystkie blogi, na które udało mi się wejść, były właśnie w tym stylu. Zresztą, jak byłam w gimnazjum to tylko takie blogi mnie interesowały. Potem blog mi trochę umarł, pisać mi się nie chciało, przestało to mieć sens i na kilka lat odeszłam z blogosfery. Jednak coś mnie zawsze do niej ciągnęło. Gdy wróciłam, byłam po 1 roku dziennikarstwa i mój blog stał się zupełnie innym miejscem. I już nie publikowałam wyłącznie opowiadań.

Klaudia: Myślę, że większość osób, która bloguje od dobrych kilku lat, zaczynała właśnie od opowiadań. Jednak tak jak mówisz, z czasem zaczęto pisać o innych tematach. Pojawił się bardzo popularny lifestyle. Mój blog, tak jak i Twój, uległ zmianie. O tym, czy na lepsze bądź gorsze powinni zdecydować stali czytelnicy. Wierzę jednak w to, że blog jest dobry wtedy, gdy jego autor wkłada serce w to, co na nim robi.

Magda: Ja uwielbiałam te fanowskie opowiadania czy ogólnie – wymyślane przez autorów historie. Są czasami ciekawsze od wątków w książkach dostępnych w Empiku. Ale jednak – ile można? Ja stwierdziłam, że pora wziąć się za coś innego poza wymyślaniem historii. Chciałam podzielić się również swoim życiem. A opowiadania? Tworzę je nadal, rzadko, ale za to o miłości. To bowiem najlepsze uczucie pod słońcem. A ja uwielbiam w opowiadaniach przekazywać emocje. Jest to klucz do sukcesu i oczarowania czytelnika.

Klaudia: Zgadzam się, bez emocji każdy tekst byłby nudny. Jednak to nie taka prosta sprawa, włożyć w napisane słowa emocje. Niejednokrotnie spotykałam się z profesjonalnie napisanym tekstem, który usypiał mnie swoją monotonnością i doskonałością. Nie mam na myśli wyłącznie opowiadań, ale książki, prasę czy artykuły w internecie. Dlatego twierdzę i zawsze to powtarzam, że to blogi zawierają w sobie najwięcej emocji. Te krótkie teksty, te zwyczajne tematy, te błędy ortograficzne - czy taki tekst nie jest bardziej prawdziwy? Czy nie zawiera więcej uczuć niż ten w gazecie? Co o tym myślisz? Czy amatorskie blogowe referaty mogłyby dorównać profesjonalnym tekstom?

Magda: Myślę, że niektóre blogi już dorównują albo przebijają te artykuły z gazet. Są w internecie miejsca, które są źródłem rzetelnych informacji, zdobytych na podstawie wiedzy własnej lub dzięki badaniom, nad którymi spędzał czas ich autor. Niektóre z tych artykułów były nawet podstawą wiedzy branżowej, dzięki której napisałam swój licencjat. Ale czy takie blogowanie mogłoby zastąpić dziennikarstwo? Zobaczymy. Najgorsze byłoby jednak przemieszanie się tych dwóch sposobów pisania.

Klaudia: Wiesz, nie każdy tekst to informacja. Ja wiadomości czerpię z rzetelnych źródeł. Tam jest wiele inspiracji. Poza tym sądzę, że tekst zawsze znajdzie swojego amatora. Nawet taki, który nie ma prawdziwych w 100% informacji. Takie wpisy warto jednak traktować z przymrużeniem oka.

Magda: Przede wszystkim na blogi trzeba patrzeć jak na subiektywną wizję autora. To on kreuje świat i opisuje go z uznaniem tych faktów, z którymi się zgadza. I ja to w blogach bardzo lubię. Zawsze można przeczytać coś ciekawego, wartościowego, chociaż nie zawsze trzeba się ze wszystkim zgadzać. I to jest w tym najlepsze, bo sprawia, że sami musimy drążyć temat i sprawdzać. Przez to nie można jednak w pełni ufać niektórym autorom. Pokazują oni bowiem tylko część prawdy, tę która im bardziej pasuje. Oczywiście nie wszyscy, mówię o tych, którzy bardziej blogują niż tworzą teksty dziennikarskie. Zresztą nie każdy musi mieć takie zapędy, żeby tworzyć coś, co będzie jak artykuł w gazecie. Nie od tego są blogi.
Są jednak na pewno tematy, które w blogosferze interesują Cię najbardziej.
 
Klaudia: Oczywiście. Każdy miłośnik blogów ma swoje ulubione tematy, wybrane gatunki. Najchętniej odwiedzam blogi z fanowskimi opowiadaniami, z recenzjami filmowymi, z przepisami i te o modzie. Można jednak znaleźć wiele blogów, które nie przypisują sobie konkretnej kategorii. Takie też bardzo lubię. A Ty?  

Magda: Ja zdecydowanie najbardziej lubię w tej chwili lifestyle. Sama zresztą na ten właśnie temat piszę. Fanfiki lubiłam kiedyś, teraz praktycznie nie zdarza mi się ich czytać. Chyba już nie ten wiek i nie te zainteresowania. Lubię za to poczytać o serialach czy fajnych książkach. Na modzie się nie znam totalnie, ale podglądanie stylizacji to ciekawe zajęcie. Niektóre dziewczyny robią kawał naprawdę dobrej roboty i aż chciałoby się ubierać tak, jak one.
A co z blogami, które Cię jakoś zraziły? Są takie, na które w ogóle nie wchodzisz?

Klaudia: Wiesz co? Nie. Nawet jeżeli tematyka danego bloga nie bardzo mnie interesuje, to i tak na takim blogu się pojawiam. Przykład: jeżeli ktoś skomentuje mojego bloga, to ja honorowo komentuję jego, o czym by nie pisał. Po tylu latach blogowania, ciągle wyznaję tę zasadę i po prostu się przyzwyczaiłam do czytania wszystkiego jak leci. Od deski do deski. Dzięki temu dużo uczę się o innych ludziach. No i poznałam wiele nieznanych mi wcześniej tematów, ciekawostek i tak dalej. Ty masz taką czarną listę blogów?

Magda: U mnie kiedyś wyglądało to podobnie jak u Ciebie. Też wyznaję zasadę, że warto odwiedzać w blogosferze innych. Szczególnie tych, którzy u nas byli. Są jednak blogi, które kompletnie mi nie odpowiadają tematyką. Do nich należą np. blogi motoryzacyjne. W zgodzie ze swoim sumieniem wolę tam nie bywać, bo i tak nie mam co pisać na ten temat. Coraz rzadziej czytam też opowiadania. Za dużo jest tego wszystkiego. Za dużo blogów, które mogłabym czytać, a za mało czasu. Dlatego też staram się odwiedzać innych, ale jeśli wiem, że coś mi nie odpowiada, to wolę nie robić tego na siłę. Z szacunku do pracy innego blogera.

Klaudia: Gdy wspomniałaś o motoryzacji, to przypomniało mi się, że nie lubię blogów politycznych. To jedyna tematyka, w której się totalnie nie odnajduję. A tak z drugiej strony, to strasznie uwielbiam haule z chińskich sklepów. Nie wiem dlaczego. W ogóle haule lumpeksowe, bo jestem bardzo oszczędną osobą. Fotografia również jest bliska mojemu sercu. A jakie tematy Ty lubisz najbardziej?

Magda: Polityka i religia! To też niezbyt lubiane przeze mnie tematy, uciekam od nich, jeśli mogę. Co do czytania, to lubię czytać o tym, o czym sama piszę, czyli o życiu. Uwielbiam wszelkiego rodzaju posty w rodzaju „5 sposobów na", „10 dowodów na to, że" itd. Uwielbiam też podsumowania, chociaż te kosmetyczne mnie przerażają. Ja często w kwartał nie wykorzystam tyle, co inni w miesiąc. Czy to robi ze mnie mniej zadbaną kobietę, haha? Przede wszystkim lubię, gdy ktoś mnie w swoich wpisach zaskakuje. Za to nie cierpię rutyny! A czasami nawet zmiana koncepcji postów wystarczy by blog był całkowicie unikatowy!

Klaudia: Jeżeli chodzi o kosmetyki, to mam bardzo podobną sytuację. Czasem patrzę na tych ulubieńców miesiąca, na te denka i zastanawiam się, jak można zużywać tyle kosmetyków? Robię co mogę, a i tak te produkty mi się nie kończą. Albo jestem podświadomie oszczędna i nie nakładam np. kremu tyle ile powinnam (chodź to bardzo głupia teoria) albo te dziewczyny co pięć minut balsamują całe ciało (to też bez sensu). Może wyciskają te kremy do zlewu? Nie wiem…

Magda: Ja też tego nie rozumiem, ale wiem, że nie jestem osobą, która codziennie dba o dokładną pielęgnację ciała. Wystarczy, że włosy muszę myć codziennie, to mi czasami wystarczy. Może więc kluczem jest tutaj regularność? W każdym razie, są tematy, które bardziej lubię, a są takie, na które zerknę i szybko o nich zapominam. Albo się denerwuje, bo na 5 blogu z rzędu widzę to samo. Doprowadza mnie to do szału i nigdy nie wiem, co mam takim osobom napisać.

Klaudia: To, że odwiedzam kilka blogów i na piątym z kolei widzę to samo jest śmieszne. A nawet śmieszno-smutne, bo to jest tak bardzo prawdziwe... Nie wiem, może czasem blogerom brakuje pomysłów na posty, dlatego chwytają te popularne. Chociaż nie potrafię zrozumieć, jak można nie wiedzieć o czym pisać. Od dziewięciu lat nie miałam takiego problemu. Jak widzę na jakichś forach albo grupach pytanie: „nie wiem, co mam napisać na blogu, pomożecie?" to mnie aż boli. Mam ochotę zapytać, czy ten blog jest jakiś zbiorowy. Rozumiem szukanie inspiracji, ale czy takie zachowanie nie jest pisaniem bloga na siłę? Albo dla korzyści materialnych. Wiadomo jakich.  

Magda: Też mam trochę takie gorzkie odczucia. Sama czasami nie mam pomysłu na post albo nie potrafię ułożyć go w głowie. Starać się jednak w takich momentach zrobić sobie przerwę i poszukać czegoś, co chwyci. Mnie, a potem czytelników. Nie lubię robić czegoś, co robią inni. Stąd w sumie też pomysł na ten cykl. I dlatego też strasznie podziwiam ludzi, którzy tworzą unikatowe treści. I pięknie piszą w języku polskim! Dla mnie Ci, którzy tworzą piękne słowa po polsku są niesamowitą inspiracją. Czasami sprawiają, że aż chce mi się wziąć Worda w obroty i po prostu tworzyć.

Klaudia: Dla mnie wielką inspiracją są filmy. Gdy obejrzę wyjątkowo dobry film, to robi mi się cieplej w klatce piersiowej i od razu mam ochotę pisać. Nagle przypływa do mnie fala potężnej weny twórczej.

Magda: To ja czasami słuchając muzyki łapię jakąś myśl, która potem przeradza się we wpis. Zwykle jednak najwięcej dają mi inni. Ludzie to świetna kopalnia tematów i trzeba się tylko na nie otworzyć. Chociaż, jak to mówił jeden z moich wykładowców na dziennikarstwie - tematy są wszędzie. Trzeba tylko umieć ich szukać.

Klaudia: Z muzyką mam bardzo podobnie, zwłaszcza wtedy, gdy są to soundtracki z gier. Wpływają na mnie bardzo twórczo. Tematy są wszędzie - tak jak napisałaś. Czasami nawet nie trzeba bardzo wytężać wzroku, aby je znaleźć. Trzeba być tylko otwartym na możliwości, które daje świat.  

Magda: A widzisz podobieństwa między tą ówczesną blogosferą, a tą, w której zaczynałaś 9 lat temu? Według mnie wszystko strasznie szybko poszło do przodu. Teraz większą uwagę poświęca się temu, jak wygląda strona. Sporo blogów powstaje też po to, aby zarabiać. Ciężko mi przypomnieć sobie kogoś, kto w przeszłości myślałby o czymś takim.

Klaudia: Mam podobne odczucia. Nie mogę jakoś znaleźć podobieństw między tą blogosferą, a tą starą, z przeszłości. Kiedyś blogi były o czymś. Teraz już nie koniecznie. Nie było współprac, promocji, darmowego testowania czy korzyści materialnych. Blogi były amatorskie, często nieestetyczne (słynny blog Emo Martynki). Miały jednak w sobie to coś.

Magda: Dokładnie tak. To był swoistego rodzaju klimat. I nikt nigdy nie wiedział, na co dokładnie trafi. Teraz mimo że tematyka jest rozległa, to czasami ciężko z kreatywnością.

Klaudia: Tak jest! Dlatego cieszę się, że zaczęłam pisać wtedy. Poznałam taką piękną blogosferę. Niestety ona już nie wróci. W ogóle bardzo się cieszę, że zdecydowałam się pisać. Bez względu na to, jak ta blogosfera się zmienia. To wciąż moja pasja.

Magda: No dobra, ale masz kilka lat za sobą w blogosferze. Jest coś, co powiedziałabyś młodszym stażem koleżankom i kolegom?

Klaudia: Tak - by być otwartym na propozycje innych. Czytajcie dużo, dowiadujcie się wiele, a na pewno na podstawie informacji, które znajdziecie w internecie, stworzycie interesujące posty. Nie kopiujcie - twórzcie. Sprawcie by tekst i zdjęcia były wyjątkowe. Nie stawiajcie na ilość, tylko na jakość. Bądźcie różnorodni i podejmujcie się różnych tematów. Sprawdzajcie, w czym czujecie się najlepiej. Dzięki temu nigdy nie zabraknie Wam pomysłów.

Magda: Ja od siebie mogę tylko dodać, żeby być odważnym. Nie kryć się po kątach z tym, co się tworzy. Publikować tylko takie teksty, z których - jako autorzy - będziecie dumni. I cieszyć się tym, co robicie w internecie. W gruncie rzeczy, to nie jest łatwa robota, więc nie dajcie sobie tego wmówić. Dużo trzeba czytać, sporo pisać i często być w sieci. Ale jeśli to lubicie, to jak najbardziej warto zaryzykować. I tworzyć. Jak najwięcej.


PHOTOS: pexels.com