Jeszcze miesiąc. Tyle czasu będę jeszcze wynajmowała pokój w Warszawie. Po ponad dwóch latach najwyższa pora wrócić do domu, a wcześniej – zastanowić się nad tym, jak to w tym wielkim mieście się żyło. Z jakimi ludźmi, po co, na co, za co i w jaki sposób. No i o tym trochę będzie dzisiaj, bo przed Wami pięć sytuacji, które przytrafiły mi się, gdy mieszkałam w Warszawie. Było z nimi trochę śmiechu. Pokazały jak dziwnie czasami żyje się z innymi. I jak różni potrafią być ludzie.


JAK TO JEST WYNAJMOWAĆ Z KIMŚ MIESZKANIE? 5 SYTUACJI, KTÓRE MOGĄ CI SIĘ PRZYTRAFIĆ, GDY ZAMIESZKASZ Z INNYMI STUDENTAMI


Półnagi facet w salonie
Studenckie imprezy – wiadomo, jakoś muszą się zacząć i w jakiś sposób skończyć. Tak się złożyło, że mój były współlokator postanowił zorganizować z kumplem mały wypad do klubu, który okazał się pijacką eskapadą. Przynajmniej dla jednego z nich. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie było moje zdziwienie, gdy o 8 rano schodziłam na dół, żeby zrobić sobie jedzenie do pracy i zobaczyłam wspomnianego już kumpla mojego współlokatora. Jak gdyby nigdy nic spał sobie w najlepsze na fotelu w salonie, idealnie naprzeciwko schodów. I nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie fakt, że spał tak ze spodniami spuszczonymi do kostek. Nie wiem czy w tym alkoholowym amoku nie miał siły ich zdjąć czy o tym zapomniał, ani dlaczego spał akurat naprzeciwko schodów a nie na przyniesionym materacu, ale nie ukrywam – stał się bohaterem Snapchata.
           

Fallus z kiełbasy
Różne można mieć gusta i różne rzeczy można lubić. A jak wiadomo urodziny to idealna okazja do tego, żeby sprezentować coś, co drugiej osobie może się spodobać. Nie sądziłam jednak, że można komuś podarować kawałek… cienkiej kiełbasy. Aby nie byle jakiej! Prezent, o którym mówię był pięknie zapakowany – w przeźroczystą folię, do której przyklejony był kawałek papieru w kształcie wstążki i z ręcznie domalowanymi oczami. Może jestem dziwna, może mam chore skojarzenia, ale jak natknęłam się na ten prezent w kuchni to jakoś za bardzo przypominał on… kutasa. Ale, jak już wspomniałam – różne rzeczy można lubić. I różnymi obdarowywać innych.


Trudne nowego początki
Nie będę ukrywała: byłam pełna obaw jak przeprowadzałam się do Warszawy. I chociaż miałam spoooro czasu do oswojenia się z myślą, że wyprowadzam się z domu i teraz będę mieszkała w stolicy, to jednak pewien niepokój pozostał. W końcu miałam siedzieć z totalnie obcymi ludźmi, z którymi mogłam się nie dogadać itd. itp. Stwierdziłam jednak, że co będzie to będzie, najwyżej będziemy się żreć. No ale, o ile początkowo rozmowy nie bardzo się kleiły, o tyle każdy był w stanie odpowiedzieć sobie „cześć” jak minął się gdzieś w salonie czy kuchni. No dobra, prawie każdy... Jedna nie opowiadała. A mnie strasznie wkurzał fakt, że mnie ignoruje, nie mówi „hey”, „siema” czy „pocałuj mnie w dupę”. Nie odzywa się, nie pyta, nie interesuje i ogólnie ma mnie w głębokim poważaniu. No bo w końcu – litości! Nic jej nie zrobiłam!
            Cóż, zanim doszło z tego tytułu do rękoczynów z poszarpanych słów podsłuchanych u innych współlokatorów zrozumiałam, że ona po prostu mnie nie słyszy... No i wiecie, lepiej przestać wkurzać się po 3 tygodniach, niż wcale...


Dzikie harce
Imprezy, imprezy, imprezy. Kto jak kto, ale moja współlokatorka wie o nich najwięcej. I nie miałabym nic przeciwko nim (bo co mnie to obchodzi), gdyby któregoś dnia nie wróciła do mieszkania ze znajomymi i o 5 nad ranem nie robiła aftera, a w pokojach nie przekładało tak, że za chuja pana nie dało się spać. Ale! Po usilnych prośbach o to, żeby ściszyli dupska, bo chcę spać i około 15 minutach spokoju, weszli oni. Do pokoju (dwuosobowy tj. najgorszy z możliwych), do łóżka, do siebie. I chociaż chciałam udawać, że nic nie słyszę, niczego nie widzę i o niczym nie mam pojęcia, to nie dałam rady. Po pytaniu czy im nie przeszkadzam i odpowiedzi w postaci skrzypiącego łóżka opatuliłam się w kołdrę i stwierdziłam, że muszę poszukać sobie innego pokoju na tę resztę nocy. Znalazłam, u współlokatora, który akurat wyszedł do pracy. Zwinięta w kłębek na skaju łóżka czekałam na sen, ale nie… Słyszałam tylko i wyłącznie wyrka, materace i postękiwania z pokoju obok. Jeśli bardzo chcecie wiedzieć – nie, nie spałam już tego dnia. Nie mogłam, bo zastanawiałam się, czy nie przebiją się przez ścianę albo nie połamią łóżka.


Poszło o termin zapłaty czynszu
Ja rozumiem, ludzie są różni i wszystkich należy szanować. I naprawdę szanuję. I staram się nie wkurwiać, jednak cierpliwość ma swoje granice. Moja również (albo przede wszystkim). Czaję, że czasami można się poprztykać o niesprzątniętą kuchnię czy pierdolnik w salonie, ale nie popadając przy tym ze skrajności w skrajność. A mam wrażenie, że mój współlokator trochę nie ogarnia, że jak w mieszkaniu jest tyle osób, to nie zawsze i nie w każdej godzinie będzie porządek. I czaję, że osoby, które mają wadę słuchu – jak on – mogą czasami nie ogarnąć, ale żeby robić mi wykład o tym, jak to „oni” różnią się od „nas”? I przez kilka godzin nakurwiać o niesprawiedliwości świata. O innej mentalności. O tym, że nie rozumiem. Nie znam sytuacji. Nie potrafię pogodzić się z tym, że im trzeba coś wyjaśniać, mimo że moje wyjaśnienia tego czym jest ironia pojawiły się już na samym początku sprzeczki? No i wiecie, w takim momencie- gdy kłócę się z kimś, kto nie ogarnia nie dlatego, że nie słyszy tylko dlatego, że nie chce – nie wiem czy się śmiać czy jednak płakać. Ale jednak się śmiałam. Bo zaczęło się od tego, że ironicznie napisałam, że przyjeżdża właściciel i muszę mu dać kasę za czynsz z moich ciężko zarobionych pieniędzy… 

PHOTO: pexels.com


Mój chłopak nadal słucha rapu, a ja ciągle próbuję go zrozumieć. I chociaż minęło kilka miesięcy od poprzedniego posta, w którym pisałam o dziwnych słowach, których ten mój używa, tak on ciągle potrafi mnie zaskoczyć. A często nawet rozłożyć na łopatki. Dam Wam dzisiaj najlepsze sformułowania, które usłyszałam w ostatnim czasie. Chodźcie!

MÓJ CHŁOPAK NADAL SŁUCHA RAPU

Oto dziwne słowa, neologizmy, pojęcia, które powinny trafić do słowników, po to, aby tacy jak ja nie musieli prosić o definicję. Bo czasami trudno wyciągnąć ją z kogoś, kto śmieje się z tego, że nie ogarniam. A nie ogarniam nadal, chociaż z każdym dniem coraz bardziej rozumiem, co w trawie piszczy.  No ale są dni, gdy po prostu nowe słowa mnie przerastają. Dlatego dzisiaj na blogu mamy samarkę, trupa, amebę, kwit i wiele, wiele innych. Poznajcie je tak, jak ja je poznałam.

Ekipa remontowa
Ktoś, kto ma więcej kosmetyków na twarzy niż rozumu. Kiedyś mówiło się, że dziewczyny z toną „tapety” to po prostu „tapeciary”, jednak widzę, że czasy się trochę zmieniły. No cóż, słowniki powinny być poszerzone o takie pojęcie.
Przykład użycia: Zobacz jaka ekipa remontowa idzie. Chyba były już te promocje w Rossmanie, bo widać, że wykupiły pół drogerii.

Ziko
Polski złoty, tak po prostu. Nie „mamona”, nie „forsa”, nawet już nie „flota”.  Pięć złotych to teraz pięć ziko. Pamiętajcie. Ja zapamiętałam i nawet używam.
Przykład użycia: Masz może pożyczyć mi pięć ziko? Nie styka mi na bułę, a muszę coś wszamać.

Wacha
Nie, nie chodzi o to, że ktoś się wacha coś zrobić. „Wacha” to paliwo. Teraz jak pojedziesz w daleką podróż i samochód stanie Ci na środku drogi, to nie dlatego, że nie masz paliwa tylko wachy. Swoją drogą, muszę się pochwalić – prawko mam już ponad 3 lata, a ostatnio pierwszy raz tankowałam #takadumna.
Przykład użycia: Nie wiem czy po Ciebie podjadę, bo nie mam wachy.

Łak
Ktoś chujowy, nie nadający się do niczego. Mówić, że ktoś jest łakiem, to wrzucać do wora wszystkie najgorsze epitety i serwować pod jednym słowem.
Przykład użycia: Jak ona może słuchać tych raperów skoro to najgorsze łaki w Polsce?

Bandzioch
Czyli brzuch, bo dlaczego nie.
Przykład użycia: Nie dotykaj bandziocha, bo zaraz zwymiotuję.

Fristajl
To taka Wielka Improwizacja rodem z „Dziadów”, a tak poważnie – wiadomo, że „freestyle” to nie jest nowe słowo, ale nie wiedziałam, że „fristajl” uprawia się także na kartkówkach – wtedy, gdy totalnie nic się nie umie i idzie na żywioł.
Przykład użycia: Pełen fristajl poszedł na tym sprawdzianie.

Bambon
No ja bym w życiu nie powiedziała, że „bambon” to tyle samo co „pępek”.
Przykład użycia: Nie wkładaj mi tego palucha do bambona, bo zaraz swojego włożę Ci w dupsko!

Przypucować
Można się chwalić, a można również przypucować, co znaczy to samo. Ale skąd mam takie rzeczy wiedzieć? Może i jakiś sens to ma, bo trochę mi się to kojarzy z puszeniem się, a stąd już niedaleka droga do chwalenia się. Ale tak to sobie tylko tłumaczę, żeby zrozumieć...
Przykład użycia: - No i zostałem technikiem informatykiem! A Ty co, biedny humanie? Technik informatyk!
- Próbujesz się przypucować?

Damski chuj
Czyli nic. Bądź „za damski chuj”, co oznacza „za nic”.
Przykład użycia:  Teraz w ryj to można dostać za damski chuj.

Wombo combo
Połączenie fajnych rzeczy, które miały miejsce, kombinacja kilku rzeczy, które dają coś przyjemnego. Jak miałabym okres to tłumaczyłabym, że wombo combo to takie połączenie chipsów, lodów i czekolady z oreło.
Przykład użycia: Ty i ja to takie wombo combo, że nikt nam kurwa nie podskoczy!

Padaka
Ja mówiłam „padaka” jak chciałam zaznaczyć, że komuś odjebało. Daniel uważa, że „padaka” to coś strasznego, beznadziejnego, co zdarzyło się w życiu. Można to sobie i tak tłumaczyć…
Przykład użycia: Kolejna pała z chemii. Jaka padaka, ja chyba nie zdam.

Trup
Trup? Co to jest? No co? No maluch to jest! I nie, nie chodzi o dziecko tylko Fiata 126p, który porusza się tak wolno, że jakby jechał wolniej to już by stał. I w ogóle to raczej nie zachęca do tego, żeby wsiąść do niego i udać się w dalekie podróże, chociaż bywają i tacy, dla których jeżdżenie tymi samochodami to taki sposób bycia.
Przykład użycia: O zobacz! Trup na drodze! Dawno już takiego nie widziałem.

Kwit
I znowu pojawiają się pieniądze, bo jak wiadomo – szczęścia one nie dają, ale pomóc w zdobyciu go mogą. Czym bowiem byłyby dalekie podróże, spełnione marzenia, gdyby nie było na nie kwitu?
Przykład użycia: Ogarnę kwit i możemy iść na tego kebaba, grubałko.

Ameba
Kretyn, imbecyl, debil, półgłówek, bądź bardziej poprawnie politycznie – ktoś mniej rozwinięty umysłowo. No po prostu baran. I tyle.
Przykład użycia: Co za ameba, boże. Tłumaczysz piętnaście razy, a głąb i tak nie zrozumie.

Plastik
Czyli wszelkiego rodzaju dowody osobiste, prawa jazdy, karty bankomatowe i te wszystkie karty z drogerii i sklepów wszelkiej maści uprawniające do zniżek (o jak uwielbiam!).
Przykład użycia: - Pokaż mi swój plastik.
 - Po co?
- Bo chcę zobaczyć, jak bardzo bekowe masz na nim zdjęcie xd.

Oczy ważki
Mówi się, że jak dziewczyny noszą zbyt obcisłe leginsy albo są one za bardzo podciągnięte do góry to robią się z nich waginsy. No a pomyślcie co by było, jakby facet między swoje jajka próbował włożyć materiał majtek. Nie pytajcie po co. I nie dziękujcie za obrazy, które przywołałam w waszych myślach.
Przykład użycia: No fajne są te waginsy. Wy to w ogóle macie fajnie, a ja co zrobię? Co najwyżej oczy ważki.

Wihajster
Określa on to wszystko, czego nie potrafimy nazwać słowami. Przeważnie odnosi się to jednak to narzędzi.
Przykład użycia: Podaj mi no ten… wihajster.

Gejzer
Inaczej: „gej”.
Przykład użycia: Zobacz na niego, te ruchy, gesty i styl. No gejzer, jak nic!

Kielnia
Ja to całe życie myślałam, że to narzędzie murarskie, ale co ja tam wiem. „Kielnia” to przecież może być też „kieszeń”. Bo kto bogatemu zabroni, cnie?
Przykład użycia: Dobra, plastik mam w kielni, kwit też, muszę jeszcze tylko wziąć klucze od samochodu.

Kabel
Żeby nikt nie myślał, że moje życie jest łatwe, a słowa, które znam nie sprawiają mi problemu – otóż sprawiają, jeśli ktoś nadaje im nowe znaczenie. Bo „kabel” to może być „kabel”, a może to być też „żyła”.
Przykład użycia: Ale mi kable wystają.

W kredo
 Trudno uwierzyć w to, że jeszcze kiedyś były sklepy, do których się szło i można było wziąć sobie czekoladę na krechę albo na zeszyt i potem bez problemu oddać kasę następnego dnia. Teraz coraz trudniej znaleźć ludzi, którzy poczekaliby te kilka godzin na zwrot pieniędzy, jeszcze trudniej o takich, którzy zaufają, że oddasz im te dwa złote. W każdym razie – „w kredo” to właśnie „na zeszyt/na krechę”.
Przykład użycia: Myślisz, że dadzą mi w kredo Desperadorka? Kurde, mam tylko kilka ziko w kieszeni.

Samarka
No i tak na sam koniec – torba foliowa. Żebyście mieli w czym nosić te swoje zakupy, za które zapłacicie kwitem; kupicie je na stacji benzynowej, gdy będziecie po wachę, a przez to, że jest taka ciężka powychodzą Wam kable na rękach. A w kielni zostanie damski chuj, bo wydacie wszystko, co macie w portfelu, o!


PS. Tak z tym rapem to tylko żart. Wiem, że raperzy takich tekstów nie rzucają w kawałkach, ale mogę sobie dać taki tytuł, bo przecież to prawda - mój chłopak słucha rapu. A przez to poznał trochę inne środowisko niż ja i w nim mógł nauczyć się takich słów, o których ja nie mam pojęcia.

 PHOTO: pexels.com


 Napisałam licencjat! No dobra, prawie go napisałam, troszkę jeszcze zostało do poprawy, ale najgorsze za mną. Najwyższa pora tutaj wrócić. Na tego mojego bloga. Do Was. Wrócić w takim stylu, bo mam nadzieję, że tego teraz będzie więcej.

PISZĘ: KOCHAM, TĘSKNIĘ, NIEDŁUGO WRACAM

Autobus gwałtownie hamuje, zatrzymując się na czerwonym świetle. Ktoś przeklął. Ktoś inny kogoś szturchnął, potrącił, przeprosił. Spojrzał w cudze oczy, by w końcu wrócić do swojej strefy komfortu. Telefon w ręce, wzrok utkwiony w wielkich billboardach, usta zaciśnięte w wąską linie. Autobus znowu rusza... Torby podrygują na każdym dołku, zakręcie, przy manewrze wymijania…
Przystanek: wychodzą, potykają się, zderzają ramionami w ciasnych drzwiach, nie mogąc zdecydować się – przepuścić czy najpierw wyjść? Oczami badają chodniki, uciekają wzrokiem, ukrywają swoje wnętrza. A ja myślę o nim… O jego brązowych oczach, które zaglądają w każde zakamarki. Wypełniają się miłością, radością i uśmiechem. Myślę o oczach, które szukają odpowiedzi, reakcji, pozwolenia. Szukają moich oczu, z którymi mogłyby toczyć szczęśliwe potyczki, kradnąc z nich dumę, uwielbienie i oddanie. Te oczy potrafią wykryć każdą wątpliwość, każdy strach, ból czy zmęczenie. Działają kojąco. Pozwalają wierzyć, że martwię się zupełnie niepotrzebnie, że pora odpuścić, że nie ma się czym stresować. Że są dla mnie.
Myślę o tym, że dawno już ich nie widziałam. Że nie widziałam jego. Kilka dni: w pracy, na uczelni, w bibliotece, bez niego. Minuty zamieniające się w godziny, dni mijające jak tygodnie. Odliczanie do spotkania, pocałunku, do wtulenia się w jego ramiona, w których każdy problem przestaje mieć znaczenie. Do słuchania jego bijącego serca, wygrywającego najładniejsze melodie… Czas biegnie strasznie wolno, gdy ja zmierzam do niego. Gdy jestem, gdzieś tam - w środku Warszawy, w wirze zajęć, ferworze zadań, kakofonii dźwięków, wśród problemów, piętrzących się nad głową. Gdy po raz kolejny wsiadam do autobusu, który zatrzymuje się na następnym przystanku, tym samym co wczoraj, przedwczoraj i jutro. Tłum obojętności otacza mnie z każdej strony. Przytłacza, denerwuje, porywa w objęcia marazmu i sprawia, że jeszcze bardziej chce uciec. Wrócić, zobaczyć, przytulić…
Wielkie budynki, miasto betonu, szara codzienność, która uderza każdego dnia i czasami potrafi przytłoczyć. Miejsce, które bez niego wydaje się smutne, pozbawione szczęścia, humoru. Miasto, w którym ludzie zatracają siebie, swoje pasje, poczucie, że nie są sami na świecie. Kolejne skrzyżowanie, hamulec, gaz, hamulec. Korek. I wspomnienie tego, do czego chcę wrócić: jego uśmiechu, ponieważ potrafi poprawić nawet najbardziej popsuty nastrój. Śmiechu, który rozśmiesza do łez; sposobów na to, żeby się ze mną podroczyć i uroczego spojrzenia, gdy do końca nie wie, czy nie przesadził.
Chciałabym wyjść na następnym przystanku, złapać pierwszy lepszy tramwaj do Centrum, a potem wrócić do domu. Do niego. Żeby móc wtulić się w jego szyje, pozwolić, żeby nosił mnie na rękach, krzyczeć, żeby puścił i bawić się tak, jakbym miała szesnaście lat. Żeby móc poczuć, że życie to nie tylko zmartwienia i że mam jego i jestem w najlepszym miejscu na świecie. Z osobą, która kocha, potrzebuje, opiekuje się i zrobi wszystko, aby było lepiej.
Wyjmuję telefon: piszę, że kocham. Że tęsknię. Że brakuje mi go teraz, tutaj obok. Że potrzebuję, aby przytulił i przekonał, że będzie dobrze, że jeszcze chwila stresu, pracy, a potem już będzie z górki. I że będę miała jego na wyciągniecie ręki i będę mogła usiąść na kolanach, objąć i zapomnieć o całym bożym świecie. Tęsknię. Chociaż widziałam go dwa dni temu i wiem, że zobaczę go niedługo. Tęsknię, bo kocham, bo mi zależy, bo jest najcudowniejszy na świecie i bez niego trudno wytrzymać w tym wielkim mieście. Gdziekolwiek, gdzie nie mam jego obok. Jest kochany, potrafi pocieszyć, poprawić humor, sprawić, że stres opuszcza chociaż na kilka chwil. Jest mój. A ja chciałabym wrócić.
Autobus dojeżdża do kolejnego przystanku. Wstaję, wysiadam, oto mój cel podróży. Taki daleki od tego, który naprawdę sobie obrałam. Jeszcze chwila, kilka dni. W końcu będzie obok. Cały mój, cały dla mnie. A ja będę dla niego.


 PHOTO: www.pexels.com


Jestem studentką już prawie trzy lata, ale to nie znaczy, że zapomniałam, jak to było w szkole. Chociaż teraz patrzę na okres szkolny z większym sentymentem i wiele jestem w stanie wybaczyć, to wciąż przypominają mi się rzeczy, których strasznie nie lubiłam wtedy i których nie lubię dzisiaj. Niby studia, niby uczelnia wyższa, a jednak nadal irytuje mnie to wszystko, o czym wspomniałam w poście. Może oprócz matmy, bo tej na szczęście nie mam w planie. Niech żyje dziennikarstwo!

6 RZECZY, KTÓRYCH NIGDY NIE LUBIŁAM W SZKOLE

A do odpowiedzi przyjdzie…
            Tak, tak. Zawsze miałam nadzieję, że nie trafi na mnie... Jakoś nie miałam zamiaru produkować się na tematy, o których nie miałam zielonego pojęcia i – jeśli mam być szczera – trochę mi one wisiały. Co jest fajnego w wymyślaniu na poczekaniu głupich odpowiedzi, którymi trzeba się pochwalić przed całą klasą? Już wolałam zapisywać średnio inteligentne odpowiedzi na kartce papieru. Te przynajmniej widziała tylko moja nauczycielka i jedynie ona mogła cisnąć z nich bekę.
            Bądźmy realistami – chyba nikt nie lubił stawać przed publicznością i udawać, że wie więcej (albo cokolwiek) na temat, który rzucił nauczyciel. Ja tam zwykle wiedziałam niewiele. Albo nic.

Dzwonek jest dla nauczyciela nie dla uczniów…
            czyli wieczny dowód na to, że nauczyciele mają nas w głębokim poważaniu i są jakimiś robotami, które nie potrzebują jeść, pić, sikać albo gadać z rówieśnikami.  No dajcie spokój! Jak mój żołądek kończy ze mną pertraktacje o tym czy powinnam dać mu jeść, czy też nie, a zaczyna śpiewać pieśni o tym, jaki to jest głodny, to ja naprawdę nie mam ochoty siedzieć dłużej w klasie. Chcę wyjść i coś zjeść. Albo po prostu chce wyjść, bo już dłużej nie mogę znieść tego gadania i wszelkiego rodzaju zagadek matematycznych, historycznych, biologicznych, a nawet kalamburów z języka polskiego.

Sprawdzian
A w szczególności ten niezapowiedziany. W dodatku z przedmiotu, którego nienawidzę i nigdy się do niego nie przykładam. Abstrahuję już od tego, że nie rozumiem tego, co nauczyciel próbuje wbić mi do głowy na lekcjach. Czy on jednak naprawdę musi dobijać jeszcze bardziej robiąc jakieś testy, kartkówki i inne takie pierdoły, które dosadnie pokazują jaką jestem kretynką? Dla mnie to zawsze był cios poniżej pasa...
Poza tym – jaki jest sens w robieniu niezapowiedzianych sprawdzianów skoro wiedza, którą wkuło się poprzedniego dnia na lekcjach i tak w końcu wyleci z głowy? W dodatku, patrząc na to praktycznie – wyleci ona bardzo szybko? Bez utrwalania informacji niestety można tylko pomarzyć o zachowaniu ich w pamięci. No chyba że ktoś ma fotograficzną pamięć. Ja nie mam i po dziś dzień nad tym ubolewam. Może miałabym lepsze stopnie, gdyby wszystko czego się nauczę i co usłyszę na lekcji, tak szybko nie uciekałoby mi z głowy…?

Top 3 najbardziej znienawidzonych przedmiotów
            A więc krótka historia o tym, jak Magda zdawała do kolejnej klasy, nie ogarniając co się dzieje… No dobra, na matmie czasami dostawałam olśnienia i coś tam udawało mi się obliczyć. Ba! Nawet na maturze lepiej poszła mi matma niż polski, czego nie mogę pojąć do tej pory. Niby 2 % różnicy, ale jednak wszyscy w domu śmiali się, że niby humanistyczna dusza, a matmę zdała lepiej niż swój kochany polski. Co mam powiedzieć? Może jednak mam jakieś matematyczne zdolności, hę?
            Z chemią już tak kolorowo nie było. Tutaj pomogli mi jedynie znajomi, od których mogłam spisywać zadania. Niestety moja znajomość tego przedmiotu kończyła się na rozwinięciu skrótu H2O, resztę ogarniałam tylko wtedy, gdy po wielu próbach i długich godzinach męki, udawało mi się znaleźć jakiś schemat. Albo, jak już wspomniałam, ratowali mnie znajomi. W tym miejscu muszę pozdrowić Ewelinę, która pomimo wielu starań, nie potrafiła mnie chemii nauczyć. Nie Twoja wina, że nie rozumiałam połowy pojęć, którymi się posługiwałaś…
            Na koniec fizyka… Tutaj nie ma co się rozwodzić. Po dziś dzień nie wiem, jak udało mi się to zaliczyć (na 2!). Chyba fart albo mój urok osobisty…

Zróbcie to w domu
            Ahaaa, czyli musiałam siedzieć po dzwonu w klasie i słuchać tłumaczenia zadań, których i tak nie potrafię zrobić, by w końcu dowiedzieć się, że mam trzy strony pracy domowej? To bolało. Zawsze. Czy naprawdę nie dałoby się tego zrobić w szkole? Ja rozumiem, że na niektóre rzeczy nie ma czasu, ale bez przesady. 
               Po co tyle zadawać? I na co to komu? Przez lata nie odrabiałam zadań z matmy, a jednak udało mi się zdać maturę. Przy okazji miałam czas dla siebie, nie siedziałam przy pracy domowej kilku godzin tylko cieszyłam się życiem. Można? Można. A że z matmy nigdy nie byłam orłem to wiedział każdy i nikomu nie trzeba było tego przypominać. Wszystko jednak udało się pozaliczać, więc po co całe to jęczenie, że odrabiając prace domowe też można się wiele nauczyć?
            Ja tam z niektórych przedmiotów wolałam uczyć się tyle, ile potrzeba, aby zdobyć pozytywną ocenę. I tak nigdy nie widziałam się w roli matematyka, więc po co o nią zabiegać?

Co byś sobie postawiła?
            Zacznijmy od tego, że nie ja jestem od oceniania. No bo serio: skąd mam wiedzieć, czy to, co robię na lekcjach, jest naprawdę odpowiedzią na wymogi nauczyciela? Nie mogę być w 100 % pewna, czego żąda, jaki ma sposób oceniania, czy spełniam jego wymagania. Nigdy nie mogę mieć pewności czy czasami sobie nie zawyżyłam oceny i czy nie stawiam siebie w zbyt dobrym świetle.
            Przyznaję – pomysł na ten post przyszedł mi do głowy, gdy dowiedziałam się, że muszę ocenić swoją pracę na jednych z zajęć na studiach. Nie, jakoś mnie ta perspektywa nie ucieszyła i nadal nie wiem, co mogłabym sama sobie postawić. Ocena końcowa miała być średnią ocen z prac pisemnych i aktywności na zajęciach. Aktywność to u mnie wiadomo – niespecjalna. Gadać jakoś nie gadałam, bo nie idzie mi to zbyt dobrze, a mówić głupot jakoś nie mam w zwyczaju. Pisać za to lubię i chyba nie poszło mi to tak tragicznie, więc przynajmniej o to mogę być spokojna. Ale jak to z tą oceną końcową? Na 5 nie liczę, bo zbyt ambitnie do tego wszystkiego nie podchodziłam. Znowu 3 to trochę średnia sprawa, bo jednak starałam się pisać dobre teksty. Może zatem wylądować gdzieś po środku i zgarnąć 4? Może moje teksty będą w stanie mnie uratować. W końcu nie wyszły najgorsze. A i ja jakoś nie przeszkadzałam, pilnie słuchałam i nawet oglądałam te filmiki puszczane na zajęciach, chociaż godzina, kiedy one trwały, bardziej kusiła do drzemki niż do skupienia się i wyciągnięcia wniosków z zajęć.
Tak właśnie bym siebie oceniła. Chociaż wolałabym nie oceniać siebie wcale. Niech inni to robią, ja chętnie wysłucham rad, pouczeń i krytyki. 

Eh, jak to dobrze, że skończyłam szkołę i przynajmniej przedmiotami ścisłymi nie muszę się przejmować...


PHOTO: MasterTux


Napisz reportaż o świętach, jak one już dawno minęły. Boże, przecież teraz to nic tylko wypatrywać wielkanocnego królika, który – nie wiedzieć czemu – będzie nosił jajka. Dlaczego królik i jajka? Czy one, znaczy – te króliki, w ten sposób się rodzą? Z jajka? Na wsi mieszkam, a nie wiem. Zadzwonię wieczorem do babci. Może ona wie skąd się biorą króliki. No i jajka… Ale dobra, dajmy już temu spokój! Reportaż! O świętach! Teraz, natychmiast, na wczoraj! A trudno, weź napisz o tym, co wszystkie tygryski lubią najbardziej – o prezentach!

CHOINKA, PREZENTY I INNE WYPADKI, CZYLI CZEGO NIE DAWAĆ NA ŚWIĘTA

            Musi być radośnie, wesoło, w radiu koniecznie kolędy, a w telewizji „Kevin sam w domu”. Tak sobie wymyślili dawno temu i tak musi zostać. Na środku domu stoi choinka, ale tak trochę dziwnie, jakby do góry nogami. Komentować nie będę, nie moja sprawa, może taka ta moda zza oceanu. Nie odzywam się, bo zaraz matka spojrzy oczami Bazyliszka, a siostra stwierdzi, że dzieci, wigilijne karpie i ja głosu nie mają…
            No ale stoi sobie ta choinka. Do góry nogami, tak na moje oko, ale kto by się tym przejmował. Pod choinką w końcu prezenty. Serce tego domu i każdego innego w sąsiedztwie. Co oni wszyscy tak do tych prezentów lgną to ja nie wiem, pewnie i tak połowa tego wszystkiego to skarpetki opakowane w kolorowy papier czy piżamy w torebkach z Elsą. Niech im będzie! Prezenty to prezenty - stały punkt programu. Świąt bez tego być nie może! Bo kto to widział, żeby tak przyjść do kogoś bez podarunku? A niech się ktoś potem martwi, co zrobić z kolejnymi majtkami, jeszcze do tego w złym rozmiarze! Takie to prezenty daje się u mnie na święta.
           
Majtki w rozmiarze XXL
            Nie jestem wścibska, ale wiem, co moje znajome dostały od swoich facetów na święta. Wiem, co wujek podarował ciotce, a moja matka swojej mamie. Na pewno się ucieszy z wełnianego szalika. Matka sama zrobiła. Wkręciła się w te wszystkie DIY i teraz siedzi wieczorami i wywija tą wełną. Dobrze, że nie mamy kota, bo rozniósłby jej to wszystko w cholerę… W każdym razie – moja babcia dostała szalik. Dobre to i praktyczne, w końcu przyszły mrozy i mamy jakąś taką zimną zimę, a to ostatnimi czasy jakby oksymoron. Szalik się przydał, babcia go nosi, mama ucieszona, bierze się za coś nowego. A Aneta, znaczy – moja znajoma, z zazdrością mi pisze, że też taki chce.
- Taki własnoręcznie wydziergany (o ile szaliki się dzierga)? Jasne! Biorę! A tak skończyłam z papierową lampką nocną ze świstkiem, że prosto z Ikei. Brzydka, że litość bierze, postawić się nie da, bo zaburza feng shui w mieszkaniu, a do tego świeci blaskiem tandety...
            No cóż, na jej miejscu też wolałabym szalik…
            Tak sobie myślę, że jakoś te lampki popularne w tym roku, bo Monika też się żali, że jej tata dostał jedną. Chociaż nic nie przebije chińskiej gry, o której opowiadała wcześniej. Prezent dzielony na spółę z siostrą, więc już jej współczuję. Do tego to gra z chińskimi znaczkami, której zasad nie ogarniał nikt, nawet sama kupująca. Niby rozwijające, edukujące, ale jak przez dwie godziny nie mogli całą rodziną rozpracować tego dzieła, to stwierdzili, że szkoda zachodu. Przeleżało w kącie święta, a potem zginęło w niewiadomych okolicznościach.
            - Wiesz co? – pytała mnie wtedy Monika – to tak jakbyś dała rozdupczoną Kostkę Rubika 80-letniej osobie i powiedziała, żeby sobie to ułożyła, a staruszka miałaby tylko jedną rękę. Za cholerę nie ogarniesz…
            I prawdę mówiąc nie ogarniałam wtedy, ani nie ogarniam dzisiaj. Chińska gra dla Polskiego dziecka. Ciotka to chyba nie miała gustu. I wyobraźni. Chociaż ona sama mogła pomyśleć, że to oni nie grzeszą wyobraźnią, skoro gry dla dzieci nie mogą opanować…
W każdym razie, ja tam bym takiej gierki nie chciała. Już wolę ten szalik. Albo majtki w rozmiarze XXL. 
           
Miał Mikołaj gest
            Ten Mój to ciągle powtarza, że dla niego najgorszym prezentem był garnek. Raz, że gotować nie lubi, nie umie czy nie chce; a dwa, że kompletnie nie może zrozumieć, dlaczego ktoś mógł wpaść na pomysł, żeby podarować mu na święta gar. I co z tego, że nie przypala. Że może sobie robić jedzenie, bo masa, rzeźba czy co on tam akurat wymyśli. Że stal nierdzewna, błyszczący, ogromny, a zupy można ugotować jak na wesele.
- Garnek to ja mogę kupić Ci na Dzień Kobiet – stwierdził mi w Wigilię, spoglądając posępnie. Wywnioskowałam z tego, że guzik z dobrego obiadu, chyba że pójdę sobie na kebaba do najbliżej budki... Tak jego załatwili garnkiem, a on mnie ciętą ripostą... Jakbyś się zastanawiała, czego nie kupować facetowi, to już wiesz. Nie kupuj mu garnka, bo to z pewnością nie prezent na miarę jego potrzeb.
I nie kupuj siostrze kosmetyków, których ona nie używa, ale ty już tak. Przypadek? Nie sądzę… Miała ta moja Paulina ciężkie święta…
Swoją drogą, tak sobie przypomniałam ostatnią opowieść Ani. Bo jej święty Mikołaj to już w ogóle się rozszalał. Zerkasz na prezent, myślisz, że to kolejna para skarpet albo doniczka ze zwiędłym kwiatkiem? Nie.
- Dostałam obrus. Piękny, wyszywany, aż babcia się zastanawiała czy to może nie narzuta na łóżko... Ale jednak obrus.
Żałuję, że nie chce zdradzić, kto uraczył ją takim prezentem, bo nie mogę uwierzyć, że ktoś naprawdę kupił młodej dziewczynie obrus. Ba! Że ten obrus kupił komukolwiek! Może sądził, że w domu to nie mają pod co sianka włożyć? No nie mam pojęcia, ale obrus był mistrzostwem. Wygrała wszystko.

O czym plotkują baby?
O, są jeszcze ludzie, którzy ewidentnie nie darzą nas sympatią i na święta kupują rzeczy, które w perfidny sposób mają dać nam do myślenia. Albo ich użycie powoduje pojawienie się drastycznych skutków ubocznych. Bo naprawdę, czy dostając od kogoś (i to od jednej osoby!) sześć dezodorantów za jednym razem, nie zastanawiałabyś się, czy nie chce Ci w ten sposób przekazać, że nie pachniesz zbyt fajnie? Ba! Że śmierdzisz, cuchniesz, twoja higiena osobista pozostawia wiele do życzenia i potrzebny Ci pięcioletni zapas antyperspirantów?
- Wyobraź sobie moją minę jak w 6 klasie, gdy każdy cieszy się ze świątecznych prezentów, ja wyciągam z torby coraz to lepszy dezodorant! – śmiała się do mnie Kamila opowiadając mi ostatnio o swoim najgorszym prezencie, a ja – chcąc nie chcąc – śmiałam się do niej.
Nie wiem czy to był sprytny kawał, czy ktoś robił do czegoś aluzję, Kamili wtedy nie znałam. Ale prezent, po latach, wciąż jest w pamięci. A to wbrew pozorom chyba jest najważniejsze... Mimo że może sugerować, że Kamila śmierdzi…
Tak na koniec powiem Ci o jeszcze jednej Ani. Zrobisz z tym, co będziesz chciała, ale niech przestrogą dla Ciebie i innych będą lakiery, bo jej podarowali takie, które okazały się mocniejsze od hybryd. Pół godziny trzymała waciki nasączone acetonem na pazurach, żeby zmyć to wszystko, a potem palców nie czuła, bo tak jej skóra wyschła. Tak sobie myślę, że chyba powiem rodzinie i znajomym, że mają zakaz kupowania mi jakichkolwiek kosmetyków, bo to nie kończy się zbyt dobrze…
Ale ok. Starczy już tego, bo ile można mówić o kiepskich prezentach? Ciasto leży na stole i ktoś musi pomóc mi go zjeść, bo przecież nowy rok, nowa ja. Dieta i inne pierdoły. Święta się już dawno skończyły i temat powinien pójść w odstawkę, bo ile to o tych Mikołajach, choinkach czy innych takich można gadać? Pisz ten reportaż i sobie przemyśl, co Ty chcesz za prezent, żeby Ci nikt nie kupił jakiejś głupoty, z której potem będziemy mogły się śmiać. Chociaż pleciuchy z nas straszne, jak to baby. I tak pewnie byśmy coś komentowały.
Żebyś mnie tylko w tym swoim reportażu nie obsmarowała, to może nadal będziemy się kumplować. Pamiętaj: Kaśka, jaka jest, każdy widzi. Ale lepiej, żeby widzieli ją w pozytywnym świetle, czyli młoda, rozgadana, zakręcona studentka. Tylko nazwiska nie podawaj, bo jeszcze mnie ktoś znajdzie na social mediach i stanę się celebrytką, fu!


PS. Tekst napisany na jedne z zajęć z reportażu, ale wrzucam Wam tutaj, bo szkoda, żeby się zmarnował. Mam nadzieję, że pośmialiście się podczas czytania. 



Coś strasznie dużo ostatnimi czasy haseł z Google, dzięki którym do mnie trafiacie. W ogóle sporo jest wyświetleń bloga, co mnie dziwi, bo – jak możecie zauważyć – trochę zniknęłam z blogosfery. Kajać się będę po sesji, a może dopiero po obronie? Sama nie wiem, ale póki co zatonęłam w książkach o celebrytach, blogach, manipulacji, a nawet o papieżu Franciszku… Nie mam czasu na pisanie postów, ale wyłuskałam dla Was najlepsze teksty, które wrzucaliście w wyszukiwarkę, żebyście tak całkowicie o mnie nie zapomnieli. Standardowo jest trochę okresu, ale spokojnie – jakoś to razem przetrwamy.
            Pisownia oryginalna, komentarze mojego autorstwa. Łapcie!

O CZYM WARTO PISAĆ NA BLOGU, ŻEBY SIĘ KLIKAŁO?

co się stanie gdy dojdę a moja dziewczyna nie i będzie mnie trzymała
            W najlepszym razie Ty będziesz zadowolony, w najgorszym - ona będzie musiała uprać pościel.

jakie słowa wyjdą z wyrazu bajkopisarz
            Bajko i pisarz?

kiedy kobieta ma okres o swoim mezcynie
            O moim mężczyźnie w czasie okresu i wtedy, gdy go nie mam, wyrażam się w samych superlatywach, bo nic nie poradzę na to, że jest świetnym człowiekiem. Nawet okres nie jest w stanie zburzyć mi tego obrazu.

nienawidzę sraczki
            Aha.

nie ma to jak kichnięcie podczas okresu dlaczego
            To trochę jak wodospad i ta woda, która płynie bardzo szybko i niekontrolowanie ze skalnego progu. Nijak nie można tego zatrzymać, zwolnić czy powstrzymać.

nie nie jestem zla tylko mega wkurwiona
Nawiązując do kawałka Junior Stress: znam ten stan…

okres dziewczyny nie maja ochoty z nikim rozmawiac
            Ja tam mam. A jeszcze jak ktoś słucha o tym, że brzuch mnie boli tak, że nie mogę wytrzymać, to znaczy, że jest świetnym słuchaczem i wielkim przyjacielem. To chyba racja co mówią – prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

dziewczyna wysyla buziaki innym mężczyzną
            No skoro ktoś nie ogarnia różnicy między „mężczyzną” a „mężczyznom”, to wcale się nie dziwię, że wysyła buziaki komuś innemu.

glupoty kobiet podczas okresu
            Że te wszystkie skutki uboczne okresu to głupoty, tak? Fajnie, zamień się na jeden tydzień to zobaczymy co będziesz gadał…

mojego chlopaka ciekawi okres
            Dobrze. Ja tam mojemu mówię co tylko chce wiedzieć, przede wszystkim jednak to, że potrzeba mi czekolady w te dni, ale jeszcze chyba nie połączył wątków i nie ogarnął, że fajnie byłoby, gdyby ją dostarczył. No zobaczymy, wszystko przed nami!

mam byc zla jak chlopak przytula inne dziewczyby?
            Ja bym była wkurwiona…

dlaczego dziewczyna nie chce gdy ma okres
Bo to obrzydliwe? Bo czuje się chujowo i nie ma ochoty pływać po Morzu Czerwonym nawet jeśli facet twierdzi, że jest dobrym marynarzem? Bo to po prostu nie najlepszy dzień na takie rzeczy? No sama nie wiem.

smsy po ktorych twoja kobieta nie bedzie mogla zasnac ,
Dzielą się na dwie zasadnicze grupy: takie, przez które będzie wkurzona i będzie sapała się na Ciebie pół nocy, bo doprowadziłeś ją do furii albo do płaczu oraz takie słodkie, urocze smsy, które sprawią, że będzie jej dobrze i jedyne o czym będzie myślała to fakt, że Ciebie nie ma obok i tęskni jak cholera.

co się stanie jak kobieta umrze podczas okresu
No umrze, a co ma się stać?

mój okres i mój chlopak opowiadnia
Ktoś naprawdę chce czytać takie opowiadania? Na jakim świecie ja żyję…

ruszanie tyłkiem gdy chlopak dotyka w niego
A polecam, ale ode mnie się tego nie nauczyliście, tak jakby coś.

wesołych świąt i tak ci nie mówią tego szczerze
Nikt mnie nie kocha :(

czemu laski majo okres
Daniel tłumaczy to zjawisko tym, że Ewa zgrzeszyła w Raju i teraz my wszystkie przez nią cierpimy, bo mamy jej grzech we krwi…

czy fajnie dotykac dziewczyne podczas okresu
Polemizowałabym, ale koniec końców nie mi to oceniać.

dlaczego facet nie opłaca nic dziewczynie
Samochodu może mi nie opłacać, ale jak mi kupi coś słodkiego od czasu do czasu, to na pewno zapulsuje. Jakby nic nie kupował to już trochę słabo.

kiedy dziewczyna mowi ze zle sie czuje

To znaczy, że źle się czuje. Amen.

A oto poprzednia dawka humoru: